Kontunuując, dzisiaj znowu było wesoło. Udałem się po wypis, a w zasadzie to wygoniłem Najlepszą z Żon a sam czekałem w aucie. Joaśka zaparła się żeby jechac przed końcem szkoły sayna a była to ok 12:00 tymczasem na kancelarii jak pamiętałem bykiem napisane było "Czynne od 13:00 do 14:30". Zatem aby nóg po próżnicy nie fatygowac i się nie nadwyrężac (mam się nieźle ale rana trochę boli) poiwedziałem, że jak chce to niech idzie sama bo ja dyrdać dwa razy nie będę. Ok, poszła i wraca po chwili machając dumnie wypisem i wszystko cacy. Tylko, że jak się oikazało, do wypisu dołączona była recepta. Na lek przeciw zakrzepom we krwi - wiadomo, po operacji krwi się trochę napuści, wszystko się musi uszczelnić a jak by co to bałagan gotowy. Wszystko fajnie? Zwracam uwagę, że ten lek powinienem brać od piątku ( w szpitalu był podawany) przez KOLEJNYCH 10 dni. Dzisiaj mamy wtorek, więc gdyby taki wrdny zakrzep mi się zrobił, to teraz w klawiaturę klepałby mój duch albo byłbym roślinką. W każdym razie miałbym spore szanse.
Na szczęście podsłuchałem jak jeden lekarz - jeszcze w szpitalu - mówił do drugiego po wyjściu ode mnie z obchodu, że będę musiał brać leki przeciwzakrzepowe i załatwiłem sobie właściwą receptę.
PS W wypisie nie ma nic powiedziane o zdejmowaniu szwów, nikt mi nie udzielił takiej informacji, więc gdyby z tym dokumentem udał się do rejestracji chirurgicznej to szwy zdjęli by mi za dwa tygodnie - dobrze że podsłuchałem inną rozmowę i że mam dobry bajer, udało się przekonać moją internistkę do wpisania daty którą sobie wymysliłem.
Jutro idę na zdjecie szwów, pewnie będzie czadowo

.png)