Wyjeżdżamy z miasta w kierunku południowym. Czujemy, że nasza zdolność percepcji kolejnych atrakcji w tym dniu została już wyczerpana. Trzeba by więc znaleźć jakieś miłe miejsce noclegowe. Bierzemy pod uwagę wybrzeże, bądź okolice kanału Limskiego - długiej i wąskiej zatoki, wcinającej się w głąb lądu. Gdy dojeżdżamy do skrzyżowania ze zjazdem na Vrsar, decydujemy się jednak na jeszcze jeden, krótki postój. Parkuję samochód i ruszamy - chociaż bez większego animuszu - na spacer. Brukowaną uliczką pośród kamiennych domów podchodzimy na plac, przy którym stoi kasztel. Vrsar przeszedł analogiczne koleje losu, jak zwiedzony wcześniej Porec, a między VIII i XVIII wiekiem był rządzony przez biskupów Poreca.
Kasztel do tego stopnia nas nie zachwyca, iż nie robimy mu ani jednego zdjęcia - pamiątką z Vrsaru pozostanie jedynie widok uliczki.
Wracamy do auta i syci wrażeń z całego, długiego dnia nie marzymy już o niczym więcej, jak o przyjemnym noclegu. No, może wcześniej jeszcze o jakiejś kawie czy herbacie, kolacji i kilku piwach.
Objeżdżamy Limski kanał, nie znajdując jakichś intrygujących zjazdów do niego. Przychodzi mi takie spostrzeżenie do głowy, że bardzo daleko leży Limski kanał od samej Limy. A i Peruwiańczyków zbyt wielu tu nie widać. Za zatoką główna droga prowadzi w kierunku Puli, a my skręcamy na Rovinj. Decydujemy, że skoro jesteśmy już tak blisko miasta, to rzucimy okiem na niego, chociażby z daleka, zostawiając bliższe poznanie na kolejny dzień.
Dobijamy do brzegu na północnych peryferiach Rovinja i zaczynamy się intensywnie rozglądać za możliwością przenocowania. Niestety, rejon tu mocno turystyczny i nie widać żadnego odpowiedniego miejsca. Zatrzymujemy się na chwilę, gdyż widok na niemalże prosto z wody wyrastające kamieniczki z górującą ponad nimi wieżą świętej Eufemii w kształcie rakiety gotowej do startu jest naprawdę uroczy. Do tego plusk fal, rozbijających się o wystające z wody głazy - jaka szkoda, że tu taka gęsta cywilizacja. Cóż, trzeba poszukać czegoś bardziej intymnego.
Zjeżdżamy w jakieś zakurzone, polne dróżki pośród plantacji winogron, klucząc to tu, to tam. W końcu wyjeżdżamy poza zwarty, grodzony płotami rejon i tu już teren zaczyna dobrze rokować. Po lewej mamy jakieś tory kolejowe i właśnie przez te tory przechodzi wąska, boczna droga. Sprawdzamy to miejsce. I co się okazuje?! Nie dość, że droga kończy się zaraz za torami przyjemną, zieloniutką polaną, to jeszcze stoi tu ruina jakiegoś romańskiego kościoła. A więc - mamy nocleg z własną ruinką!
Doczytujemy, że to Św. Tomasz będzie nas dziś gościł. Miło z jego strony. Traktuję to piękne - pierwsze w Chorwacji - miejsce noclegowe, jako dobrą wróżbę na najbliższą przyszłość. Warto za to wznieść toast.
