Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Środziemnomorska 3.5 - Chorwacja 2009

Nasze relacje z wyjazdów do Chorwacji. Chcesz poczytać, jak inni spędzili urlop w Chorwacji? Zaglądnij tutaj!
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009
Środziemnomorska 3.5 - Chorwacja 2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:44

Obrazek

Prolog

Dlaczego tak d... strony?
No, wiesz. Nie było czasu, jakoś nikt nie chciał słuchać.
A po za tym: "a-le-ra-no mo-ty-wacji-brak", pamiętasz?
Korba.
A dlaczego trzecia? -
No "i pół".
A co? Lucas mógł, mogę i ja. Nie marudź. Kiedyś ci opowiem.
Jak już przylazłeś, to siedź słuchaj.
O suchym pysku nie siedzisz:


W zasadzie wszystko było proste, do czasu, kiedy trafiłem na to cholerne forum.
Może?
Gdybym miał mniej czasu.
Tyle, że wakacje w tym roku zaplanowaliśmy dopiero na wrzesień,
więc czasu na czytanie zrobiło się dużo.
To i wsiąkłem.

No, ale, zacznijmy od początku.

Polej.
Ostatnio edytowano 11.06.2010 12:47 przez weldon, łącznie edytowano 1 raz
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:45

Obrazek

1. Przygotowania

1.1. Czym, gdzie, kiedy?


Wiesz, że odkąd postanowiliśmy skończyć z tą partyzantką,
i jednak robić sobie jakieś urlopy i wakacje,
to wszystkie nasze dotychczasowe wyjazdy rozpoczynaliśmy w Bielsku-Białej,
gdzie zostawialiśmy samochód, przesiadaliśmy się do autokaru Jasia
i, jakby prowadzeni za rączkę, wyruszaliśmy na podbój Śródziemnomorskich krain.

Tyle, że po ostatniej podróży do B-B i z powrotem
(a tym razem była nas czwórka - dokooptowaliśmy teścia)
trzeba było powiedzieć sobie prawdę w oczy:
- Almera jest mała.
- autokar, nawet z takim kierowcą i z taką załogą, to jednak "krótka smycz".
Jedziemy, gdzie nam każą, hotel, plaża, jedzenie na czas.
Zajęcia grupowe.
Starczy tego.

No więc, już przy rozpakowywaniu samochodu zacząłem marudzić:
- Na następny wyjazd kupuję "samochód" i wyjeżdżamy sami!
- Rany. Ludzie, przecież to za rok!
- Szybko zleci. A ja się muszę przecież przygotować!
- Daj spokój.
Noś te klamoty.


A gdzie mi tam "dać spokój". Znasz mnie, leniwy jestem, ale jak sobie coś ubzduram ...
No to sobie ubzdurałem i zacząłem kombinować: VAN, SUV, kombi, benzyna czy diesel?
Dziewczyny nie zwracały na to wszystko uwagi, póki decyzja nie zapadła - SUV.
Człowieku, szkoda, że nie widziałeś ich min. No, ale szybko się zgodziły, tym bardziej,
że, sam widziałeś, ta cała kanalizacja zamieniła ulice w szutrowo-piaskowo-asfaltowo-żwirowo-kałużowy
badziew terenowy.

Obrazek

No i to był ten pierwszy krok do tego wyjazdu.

No to teraz trzeba wybrać - dokąd?

Przedyskutowałem to z dziewczynami (a w zasadzie z Bożeną, Kaśka zgadzała się ze mną w ciemno,
co tak średnio ułatwiało podjęcie decyzji, ale ona miała faktycznie ważniejsze rzeczy na głowie).

No i taka dyskusja:

- Nooo... Chorwacja! (he - ten problem "do" czy "na" był jeszcze przede mną).
- A dlaczego?
- Nie wiem. Wszyscy tam jeżdżą. Musi coś w tym być.
- No niby tak, ale Jasio planował Sardynię i Kostarykę ...
- Teraz? W czasie kryzysu? Poza tym - jak?. Przecież w końcu po to kupiliśmy samochód.
- No tak. Myślałam, że żartujesz. Ale jak tak, to może być Chorwacja.


Znasz życie. Dyskusja wyraźnie pokazała, kto ma się zająć przygotowaniem imprezy,
i zapewnić dziewczynom wygodną i bezpieczną podróż tam i z powrotem, jak również
wszelkie atrakcje na miejscu. Pozostało mi jeszcze tylko, jakoś tak delikatnie, wyjaśnić im,
co będzie znaczyło nie używane dotychczas przez nas, i tajemniczo brzmiące określenie
"w ciemno". Trochę, to cholera, trudne, bo wiesz, że nie należą do pasjonatek gołej chmurki,
kempingów i takich tam.

Na razie postanowiłem ich nie denerwować... I tak, pomysł z wyjazdem na początku września
uznały za, co najmniej dziwny, ale, skądinąd, uzasadniony.
No wiesz, matura, studia ... mieliśmy się czym denerwować. Przynajmniej do końca lipca.
To znaczy one. Ja już wtedy zacząłem denerwować się podwójnie.

Oczywiście, w międzyczasie, znajomi z Bielska poinformowali nas o zmianie planu.
Zamiast Sardynii i Kostaryki, wyjazd do ... Chorwacji. Na Ciovo. No ale wiesz.
Termin lipcowy kolidował z naszymi planami.
Zresztą, w ogóle - zaczął się wtedy wysyp - następni znajomi już opłacili tydzień w Sucuraju.
Mogliśmy się podłączyć, ale oni też w lipcu. No więc nam nie pasuje. Zresztą Pan Bóg strzegł ...
Stary, jak - oni - podróżowali ... No dobra, może ci kiedyś opowiem.
No i widzisz. Taki chciałem być oryginalny, a wyszło, że jadę tam gdzie wszyscy.
Tyle, że sam. To znaczy z dziewczynami, a nie w dwadzieścia osób, ale mi to pasowało.
Chciałem, tym razem, trochę pobyć tylko z nimi.

Tak więc, jak widzisz, "czym" i "kiedy" zostało rozwiązane.
Pozostało "gdzie", bo "Chorwacja w ciemno" to, wtedy, nawet dla mnie
zaczęło brzmieć trochę niepokojąco. No a gdzie ja mogłem szukać informacji?
Oczywiście, że zacząłem guglać:
c-h-o-r-w-a-c-j-a.
Ostatnio edytowano 20.02.2012 08:23 przez weldon, łącznie edytowano 1 raz
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:45

Obrazek

1.2. Cro.pl'a

No i wiesz. Jak zawsze na początku: linki sponsorowane
- pooooszły,
wiki - to będzie później,
poznajchorwacje.pl - fajne, nawet się trochę wciągnęłem.
Na trzecim miejscu jakieś takie: "Chorwacja Online - nieoficjalna strona Chorwacji.
... ogólnie o kraju, ... porady dla wyjeżdżających ..." - może być.
O, nawet forum mają. To była właśnie ta Cro.pl'a.

Rany! Człowieku. Nalepki, relacje, autostrada w Słowenii, regiony ...
Patrzę, co w tym roku? Jeszcze nic, mało, w końcu dopiero czerwiec.
Tyle, że z upływem czasu zaczynam się niepokoić.
Zaczynają się problemy.
Pogoda nie ta. Morze zimne. Piwo drogo (no wiem, że mnie to nie rusza, ale narzekali - to ci mówię),
a zaraz obok - wszystko drogo! Wszystko be! Chorwaci źli, drogi kręte i pod górkę,
paliwo marne, celnicy i policja wszystkich krajów tworzą międzynarodówkę przeciwko nam
wyciągając z bagażników worki z ziemniakami, bigos i bańki z paliwem.
Jakim paliwem? Nie wiem. Wychodzi, że kradzionym.
Kochany, ludzie to potrafią sobie Galaxy zafundować,
a, żeby jeździć, to paliwo kradną.
Chociaż, może to nie tak?
No dobrze. Tak mi wyszło z tego co piszą.
Acha. Słuchaj, tam gliniarze to karzą nawet za łamanie przepisów.
A gdzieś tam, komuś, to kazali kupić bilety wstępu!!!
Stary! Tragedia. Gdzie ja chcę jechać? I co ja powiem dziewczynom?
Już rozpowiedziały znajomym, że my do Chorwacji ...
Wycofać się? Nieee.
Sam wiesz. W życiu "twardym trza być, nie mientkim" - jadę dalej.
Na razie skoncentrowałem się na tym nierozwiązanym: "dokąd?"
Inne problemy rozwiążemy później. Jak to mówią:
"wódka z colą nie rozwiążą twoich problemów".
Z drugiej strony, (sam to wiesz), że sama cola też nie.
Ty, ty. No! Zostaw te cole. Żartowałem.
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:46

Obrazek

1.3. Dokąd

No więc zostawiłem te biadolenia "niespełnionych Chorwacją", no i, jak karze Lucas,
przeszedłem na tę "dobrą stronę mocy", co mi nie tylko nie pomogło,
ale też skomplikowało sprawę do końca.

Primo - zobacz, długa ta Chorwacja i pozawijana, kawał linii brzegowej, dużo miejscowości.
Secundo - wszędzie fajnie (no wiem, najfajniej, gdzie nas nie ma). Nie dobijaj.
Tak właśnie było.

Słuchaj, ci z forum to już tam wszędzie byli, i wszędzie im się podobało.

Na razie wiem jedno - musi być morze, no więc chociaż ta Sławonia odpada - chociaż też fajna,
będę tam musiał kiedyś pojechać..
No to pestka, pozostało mi tylko kilka regionów, w każdym kilka, kilkanaście miejsc ...
Piszą i piszą te relacje, jakby nie mogli napisać - początkujący maja pojechać tu i tu,
na drugi wyjazd - tu i tu, i tak dalej, i tak dalej ... No, ale nie piszą.

No więc dalsza selekcja. Już wiem, że Nin odpada.
(Dobry jestem, nie? Kochany, z pamięci, na mapie ci mogę pokazać).
Szibenik, Zadar, Split, Dubrownik, Rijeka, Pula też.

Pozostało mi tylko wybrać: ląd czy wyspy. A może półwysep. Blisko czegoś czy daleko?
Primosten, Biograd na Moru, Rab, Makarska, Hvar ...

Ci znajomi właśnie wtedy wrócili z Sucuraja - nie pomogli za wiele
(słuchaj! pobyt tam to bajka, ale droga tam i z powrotem ... tak, wiem, kiedyś ci opowiem).
Te relacje z forum też niespecjalnie pomagają, tylko mącą.
No i wtedy znalazłem takiego posta: Pozdrowienia dla Maslinki
Ona "szutrowym szlakiem", ja, na co dzień też szutrowym. Prawie jak w domu.
Wyszło, że może wyspy jednak nie teraz, pływanie promem mamy już zaliczone,
ale duża część tej trasy, przynajmniej ta, o której zdążyłem przeczytać przed wyjazdem,
całkiem mi odpowiada.

Dziewczyny przyjęły do wiadomości:

- Wyjeżdżamy do Dalmacji. Riwiera Makarska. Wszędzie blisko.
Wycieczki: Split, Omiś, Sibenik, wodospady Krka, Kastela, Trogir,
Mostar, Medjugorie, wodospady Krawica, Dubrownik. Wyspy kiedy indziej.
- mówię.
- To wszystko naraz?
- Nie, po kolei.
- A jakaś plaża?
- Przewidziałem. Dzień. Może dwa.
- Może być.
- w zasadzie nie miały wyboru, ale, wiesz, akcept musiałem mieć.
- No to jedziemy: przez Słowację do Grazu, omijamy autostrady w Słowenii, wracamy przez Budapeszt.
Może jakieś zwiedzanie?
- kusiłem - Trzeba tylko zarezerwować pokój.
- W Chorwacji?
- Nie. W Grazu.
- A w Chorwacji gdzie?
- Jedziemy w ciemno. Wszyscy tak jeżdżą.
- dodałem szybko - Znajdziemy na miejscu.
- Na twoją odpowiedzialność ...
- To już brzmiało trochę złowieszczo.
Na szczęście, na forum, był taki temat:W ciemno
to i ja byłem odważniejszy.

Trochę.

Znów puste. Polej.
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:47

Obrazek

2. Wyjazd

2.1. Kręta droga do Cro


Wiesz, jak to z pakowaniem. Niby mamy wcześniejsze doświadczenia, dołożyłem trochę porad z forum,
wcześniej przygotowaliśmy "zestaw wakacyjny". Dużo uboższy, mniej walizek - miało być pięknie,
a wyszło jak zwykle.
Wyjazd - jak się da - to 29 sierpnia. Co prawda to sobota. Może być ruch.
No i kwestia urlopu Bożeny. Miał być od pierwszego. Trzeba dołożyć dzień.
Sam nie wiem: dołożyć z przodu czyli zabrać na końcu? Chyba nie. Zobaczymy. Jakoś to będzie.

Było. Na trzy dni przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że jedziemy na Mazury.

Znajomi wynajęli jacht i przewidzieli nas jako jeden z "turnusów".
- Przyjedziecie w piątek wieczorem, wyjedziecie w poniedziałek.
- Chopie! W piątek pracujemy! Jadę do Chorwacji. Musimy się spakować, przepakować,
zakupy, miałem to wszystko robić w piątek po południu.
- Wrócisz w poniedziałek, spakujesz się pierwszego, wyjedziesz drugiego, zakupy zrobisz po drodze...
- ... ???
- ...a po za tym, zabierzesz mi żonę i dziecko. Pierwszego musi być w szkole.
- Jasne!
- Widzisz. To BYŁ argument. Kumple zostawali na jachcie sami, a ja za taryfę miałem robić.

I tak, w sobotę rano, wylądowaliśmy w samochodzie w drodze do Rynu. Zaczęły się wakacje.
Co prawda - urwaniem chmury. Ledwo granicę Mazur przekroczyliśmy to się zaczęło.
Cały dzień ulewa, Giżycko - ulewa. Sztormiak Bożenie kupiliśmy. W Rynie, trzeba się zamustrować, ulewa.
No ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami. Co tam, Chorwację ... diabli wezmą.
Najwyżej czeka mnie przeziębienie, zapalenie płuc, przemoczenie, przemarznięcie ...
... jak to na wakacjach.

Tałty pokonujemy jeszcze w strugach deszczu. Potem się trochę uspokaja.
Na szczęście nocna impreza w Mikołajkach, szanty (koncert Gooroo Tyszkiewicza),
było coś na rozgrzewkę ... Chmury się rozeszły ...

Obrazek

No a potem standard: Mikołajskie, kawałek Śniardw, Wierzba, Galindia, Bełdanami do Rynu,
powrót do Piasków. Ech, jednak kocham te Mazury. Człowiek się szwenda po świecie ...
Wtedy jakoś tak nie mogłem zasnąć.
- A gdyby tak spakować się zaraz po powrocie, w poniedziałek wieczorem,
i wyjechać we wtorek rano? Zawsze to dzień do przodu.
- Jezu, człowieku, pierwsza w nocy ... No nic. Jak dasz radę, to jedźmy ...

Zrywam załogę skoro świt (prześpią się po drodze), wypływamy o ósmej, szybki bieg przez kanały.
Wilkasy, samochód, korki w drodze powrotnej (przecież to 31 sierpnia) ...
Pakowanie kończyliśmy już po ciemku. No wiesz, klamoty z Mazur do prania,
klamoty wakacyjne do walizek, jakieś żarcie, picie, mapy, a ja to wszystko do samochodu.
Ciężko było, ale poszło. O konsekwencjach - potem.

Jedziemy.

Trochę Mazur'09
Koncert Gooroo
Zwiedzamy Galindię
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:47

Obrazek

2.2. Etap pierwszy - Graz

W Polsce, na Bielsko pusto. Nawet w Częstochowie. W sumie tego miejsca najbardziej się bałem,
ale, ponieważ wyjechaliśmy z półgodzinnym opóźnieniem, większe kłopoty sprawiło nam przejechać
przez Warszawę, z Żoliborza na Raszyn.
Dalej już droga prosta. Radary tam gdzie zawsze, trochę bardachu na wjeździe do Bielska
i jesteśmy na obwodnicy do Cieszyna.
Auchan (końcu musieliśmy zrobić jakieś zakupy). Tankowanie. Powrót na obwodnicę.
Granica.
Najpierw Czechy.

Mówili o nadgorliwości tej inostrannej policji więc sprawdzam dostępne prędkości
(kazałem dziewczynom cyknąć zdjęcie tablicy - pamięć już nie ta - może się przydać).
No więc dalej kawalkadą do Słowacji, znów granica, winietka, znów kawałek kawalkadą
(fajne te górki i zameczki, ale to już, jak wiesz, kilka razy widzieliśmy), no i autostrada.
Co jakiś czas zwężenie, jeden pas. Coś tam Słowacy majstrowali na środku.
W sumie jak na naszej gierkówce. Tyle, że bez świateł i radarów. No i te 130 niby dozwolone.
Znów Bratysława. Postój. Zaraz Austria. Znów winietka. Trasa piękna, ale już nią jechaliśmy,
a co jakiś czas jakiś remoncik, zwężenie. Jak u nas.

W tej Austrii, to fajne było jak nagle wjechałem pomiędzy samochody z rejestracją jak moja...
To znaczy oni mieli austriackie, ja polskie, ale literki się zgadzały.
No to tak trochę podejrzliwie się na siebie patrzyliśmy. Zresztą te rejestracje to w ogóle.
Jedziesz. Nudzisz się. To i patrzysz. Tak się mieszały. Polskie z czeskimi, czeskie i słowackie,
potem austriackie, potem chorwackie ... Te, to były proste: Z - Zadar, D - Dubrownik, M - Makarska.
Za to Węgrzy! Ci to mają pogibaństwo. Stoją ci w Budapeszcie samochody jak alfabet:
G. H, N. Próbowaliśmy to jakoś połączyć, ale było trudniej, niż rozpoznać który wucet męski.
A jeszcze taka zabawę sobie wymyśliliśmy: Masz literki PL i na przykład SKA.
Ładnie brzmi, PoLSKA, nie?
Albo PL + DOL ... Czyta się ...
Ups, dobra, odszedłem bo od tematu.

Mimo wszystko, zgodnie z planem, tak gdzieś o szesnastej lądujemy w Karlsdorf bei Graz.
Oekotel jak hotel. Miały być czyste pokoje, prysznic, nocleg, śniadanie, to i były.
Tylko przydała by się jakaś kolacja.
Mówisz, masz - w Copacabanie.
Z tego pola kukurydzy, gdzie położony jest hotel, przechodzimy za pobliską górkę
i, słuchaj, prawdziwy kurort. Małe (wiem że narzekam - ale przed chwilą byłem na mazurach przecież)
jeziorko, zabudowane prawie dookoła pensjonacikami, domkami. Do tego grecka knajpa, plaża, kilka jachtów
(to nas rozłożyło - te jachty w górach) ... Cisza i spokój, greckie jedzenie, trochę wina ...
Bajka. No, a że słońce zachodzi za Alpy, więc i my wracamy do hotelu i kładziemy się spać.
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:48

Obrazek

2.3. Etap drugi - Słowenia.

W Oekotelu - śniadanko.
Pakowanie poszło szybko, bo, tym razem, zrobiliśmy sobie taką "walizkę hotelową".
Tę całą trasę przejazdu przez Słowenię ściągnąłem z jednego postu.
Mam też kilka opisów, więc spokojnie wracamy na austriacką autostradę i dojeżdżamy do Spielfeld.
Pisali - ominąć autostrady w Słowenii, to i omijamy.
Jadą te zaspane Austriaki, więc i my ciągniemy się z nimi do Murfeld.
Most graniczny przekraczamy w Mureck. Oczywiście fotka tablicy z prędkościami
(ta była ostatnia - dziewczynom się znudziło. W końcu "wszędzie tak samo ...")
i wjeżdżamy w słoweńskie góry.

Pierwszy, stromy podjazd, z zakosami (wszak drogi w Chorwacji dopiero przed nami),
już robi wrażenie. Co prawda to nie Tarvisio, ale tam przecież byłem pasażerem.
Szczyt, zjazd z góry, piękne widoki. Pojawiają się pierwsze krzyże, tak charakterystyczne
dla tego regionu. Przejeżdżamy gdzieś tak między Świętą Anną i Świętym Jerzym - dojeżdżamy do Lenart.
Póki co AutoMapa, wydaje się, kieruje nas bezbłędnie.
Nie miałem przyjemności jej rozgryźć. Wiesz, żeby ją wypróbować, trzeba jechać.
Jak się ja sprawdza w domu, to ładnie wygląda, a czy działa, to się dowiadujesz tak jak w Bośni:
biała plansza i ładny punkcik „tu jesteś”. Trójkąt Bermudzki.
Żeby jechać, trzeba trzymać kierownicę. A jak trzymasz kierownicę, to się nie bawisz gepesami.
No więc jadę, tak jak ta ściągnięta trasa prowadzi:
Zdaje się Trnovska Vas, Destrnik, Jenezovici, Ptuj.
No i gepees kieruje mnie kolejnymi uliczkami prosto na plac budowy.
Zawracam, objazd, dojeżdżam do tegoż samego miejsca, tylko z drugiej strony - remont ulicy.
AM jak nakręcona: "ominąłeś punkt, ominąłeś punkt" czy jakoś tak.
To dziadowskie "Zwolllnij, zwolllnij" udało mi się wyłączyć,
ale jak mam teraz przejechać przez dziurę w ziemi?!
- A co ci (biiip) zrobię?! Mam cię (biiip) nogami zanieść?!
Wspólnymi siłami, między innymi posiłkując się jakimiś mapkami z forum, wyjeżdżamy z Ptuja.
Drogowskazy kierują nas na ... No właśnie. Teraz to tak dokładnie nie wiem.
Wyglądało jak autostrada, a ją przecież miałem ominąć. Skręcam w drugą stronę.
Zakaz wjazdu. Remont. Staję na poboczu i widzę jak mija mnie najpierw ciężarówka (tutejsza),
a później osobówka (z Polski). Szybko nikną w pobliskiej wsi. Jadę za nimi.
Pole kukurydzy. Skrzyżowanie, No więc szybka decyzja - w lewo.
Wjeżdżamy w góry. Pojawiają się drogowskazy na CR. Znaczy się dobrze.
Tyle, że wąsko, w górę i dół, po zboczach. Zakosami. Znów ładne widoki, tylko ta droga taka jakaś.
Trochę czasu mija - pojawia się granica. Ja wiem? Gradisce?
Chłopie! widzę Chorwację i mam się zastanawiać – którędy jadę i skąd? Ze Słowenii. Mi wystarczyło.
No więc podjeżdżam. Trochę brak doświadczenia, bo takie granice, to ja ostatnio rok temu. Autokarem.
Znudzona, słoweńska, celniczka macha mi lekceważąco ręką, ruszam, dobrze, że powoli,
mijam kolejne okienko i - HALT!. Rany! Drugi celnik! Chorwat! Znaczy się jadę na rympał.
Ostro po hamulcach. (Prędkość mała, ale efekt był ...). Wysiadam.
"Tourist?" "Yes".
Ogląda puste (no prawie) wnętrze samochodu. Trochę jak nie tourist.
- Bagażnik - pokazuje - otwórz.
W tym, to wiesz, jestem dobry. Po otwarciu i odsunięciu roletki facet ma przed sobą bagażnik ideał.
Wszystko poukładane, upchane do ostatniego centymetra. Chyba robi wrażenie.
"Alkohol?" "No" "Cigarettes?" "No wiesz ..." "Goooood... bye".
I tyle. I teraz, słuchaj, podchodzi do mnie jeszcze jakiś taki, lekko zarośnięty, nieświeży
"Polak?" pyta w jakimś znajomym języku, jakby nie widział rejestracji."Acha".
"Czego się czepiał?" "W sumie nic". "Do Chorwacji?"
Kiwam głową, że tak - człowieku,
przecież mijam granicę z Chorwacją - "Makarska". "Uchu" odpowiada i ten powiew tłumaczy wszystko.
Znaczy się - rodak. A już się cieszyłem, że ten chorwacki taki podobny do naszego.
"Powodzenia. I ... szerokiej ..." życzy i znika.
No i tyle. Jesteśmy w Chorwacji.

No i tutaj, masz babo ...
Ten przejazd, łącznie z błądzeniem po tej Słowenii, z Graz do granicy chorwackiej zajął mi
jakieś dwie i pół godziny. Następnym razem pewnie przejadę szybciej, powiedzmy - dwie godziny.
Podobno, płacąc za winietkę, skróciłbym ten czas do jakiś czterdziestu minut.
Znaczy się, dziewczyny miały rację.
Co prawda poznaliśmy kawałek Słowenii,
ale, za rok - jedziemy prosto. Autostradami.
Chorwacja czeka.
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:48

Obrazek

2.4. Etap trzeci - Chorwacja

Jest już prawie dziesiąta. W Polsce - ciepło, w Austrii, Słowenii - też.
Tu niby też, ale jednak, jakby tak jakoś mało tych stopni. Dojeżdżamy do autostrady.
Bramka. Numerek. Ruszamy. Jedziemy na południe. Będzie cieplej.
Zagrzeb. Koniec autostrady. Na forum pisali - jedź tam, gdzie "Card".
Faktycznie, szybko. Sprawnie. Karta działa (znaczy się - coś tam na koncie jeszcze mam).
Ruszamy dalej, razem z innymi samochodami, których znów zrobiło się teraz więcej.
Droga - w zasadzie - dalej autostrada, tyle, że ja nie mam żadnego numerka?
No to zaczynam sobie przypominać, co ja robiłem przy przejeździe przez bramkę?
Pewnie podniósł się szlaban, a ja ruszyłem, pozostawiając numerek?
Rany. Na razie dziewczyny nie muszą wiedzieć, a ja przecież zawsze mogę cofnąć te kilka,
hmmm ... już kilkanaście kilometrów. (w końcu "... dał nam przykład europeseł, jak się cofać mamy ...)
OK. Nowe bramki. JEST nowy numerek. Sestanovac - 171 kun.
Przyznaję się dziewczynom czym się sępiłem przez o statnie kilkanaście minut, ale to już za nami.
Wakacje.
Temperatura rośnie, a my, tak naprawdę, dopiero teraz czujemy, że jesteśmy na urlopie.

Na autostradzie pusto, a im bardziej na południe - puściej.
W zasadzie, za rozwidleniem na Rijekę, jadę sam - czasami mignie jakiś Chorwat,
zdarzył się Polak, kilku Austriaków, trochę Niemców.

Droga mija szybko. Ledwo na horyzoncie pojawiają się góry, już mamy je przed sobą,
już podjazd, już tunel, już jesteśmy z drugiej strony. Góra, dół. Podjazdy i jakieś
punkty kontrolne dla ciężarówek. Chyba przed tunelami. Ciekawe, co oni robią,
jak się ciężarówa nie mieści w tunelu? Górą jedzie, czy co?
No nic, zmienia się krajobraz, rośnie temperatura. Pojawia się pierwsza woda - zatoka ....
i jezioro .... Tak pomiędzy Novigradem i Starigradem. Zjazd na Zadar. Krka. Sibenik. Split.
Zaczynamy odczuwać to, że kierujemy się na południe. Czas odpalić klimę, która, od tej pory,
wyłączając krótką przerwę, stanie się nieodłącznym elementem podróży. Gorąco.
No i blisko. Coraz bliżej. Sestanovac. Bramki. Płacę kartą. Zadvarje. Gornja Brela.
Objazd żlebu, po podróży autostradami, robi wrażenie. Ale w Słowenii było gorzej.
Biokovo. Wyjeżdżam na drugą stronę ...
O ty, Karol. Słuchaj, to o tym pisali.
Nie wiem, gdzie patrzeć. Morze, skały, droga w dół - wtedy wydawała się kręta i wąska.
Taaaaki zakręt z ograniczeniem do dwudziestu. Przecież się nie zmieszczę!
Droga rozwidla się na Makarską i Split.
Depnąłem (no, przecież żartuję) i widzę znaną ze zdjęć siatkę z napisem.

Jesteśmy na miejscu.
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:49

Obrazek

2.5 Etap czwarty i ostatni - Brela

Do Riwiery przyjechaliśmy około 15.30. Trochę później niż planowaliśmy.
Prawdopodobnie przez te "oszczędności" w Słowenii.
Dziewczynom wychodzi, że jednak jestem dusigrosz i marnotrawca ich czasu.
Cóż - rady z forum...

Po drodze, a może wcześniej, ustaliliśmy, że Makarska będzie za duża, Brela za mała
(cytując pewnego <biiiip> "...uznałem, że trochę lansu nie zaszkodzi...").
Czyli pada na Baską Vodę. Ewentualnie Tucepi.
Wjeżdżamy. Kocioł. Korek. Nie ma gdzie zaparkować. Dojeżdżam do plaży.
Znajduję miejsce na parkingu na bulwarze. Oczywiście płatne. Dostaję od chłopaka bilecik.
Zdaje się, że 10 kun za godzinę. Taaaa... Tam wszędzie było dziesięć kun za godzinę.
W porządku. Tylko, że my nie mamy kun. Mieliśmy kupić w Polsce, ale się postawiłem,
że przy takim kursie to nie mam zamiaru. Potem były tylko autostrady.
Bożena zaczyna się denerwować (chyba jednak miała rację - trzeba było coś tam kupić).
Rzucam "Exchange?" - "Mienjalnica! Bravo". - Wiem, że brawo, też bym chciał,
żebyś dostał te pieniądze, tylko niekoniecznie Euro.
Podobno (patrz: forum) oszukujecie przy wymianie.
Bravo, bravo, pravo? Dupku głupi (to do siebie), przecież sam to czytałeś - prosto!
- Idziemy do kantoru.
- Gdzie?
- Tam. Prosto.
- Moje akcje wzrosły.
A jak już się okazało, że tam naprawdę jest kantor ...

Po dokonaniu wymiany rozpoczęliśmy szukanie kwatery.
Nasze wymogi były dość wygórowane, no, ale, nie spodziewaliśmy się takich tłumów.
Byliśmy gotowi na pewne ustępstwa.
Kilkaset metrów w jedną stronę i powrót do centrum, gdzie widzieliśmy naganiaczy.
Idziemy obejrzeć kwaterkę. W samym centrum. Przy porcie. Wejście prosto z ulicy, dwa pokoje.
Bez balkonu. Badziew.
- Idziemy stąd.
- Dokąd?
- Sprawdzimy Makarską. Jeżeli tu jest tyle ludzi, to tłum Makarskiej nam nie przeszkodzi.
Tam jest więcej miejsca.

Przeszkodził.
Pierwsze podejście zakończyło się ostrym rajdem na wstecznym, pod górę. Jakaś ślepa ulica.
Jedziemy razem z innymi samochodami.
Zaparkowaliśmy przed portem, na zagruzowanym placu (w końcu SUV!)
Prawie na zapleczu Studenaca.
Tłum. Tłum. Tłum.
Naganiacze jakoś nie mogą nas przekonać do siebie. Oglądamy kolejny apartament.
Przy głównej ulicy. Trzecie piętro. Malutki balkonik. Mam dość. Dziewczyny też.
Decydujemy się zacząć od początku - Brela.
Uciekamy.

Brela wita nas stromym i krętym zjazdem. Jeszcze nie wiedziałem, jak pokonać na jeden raz
ten ostatni zakręt, na szczęście nikogo za nami nie ma.
Zaczyna się dobrze. W sumie pusto. No i te sosnowe lasy.

Jedziemy Frankopanską, zatrzymując się przy kolejnych pensjonatach.
Brak miejsc. Też już się trochę niepokoję. Robi się późno. Nagle ktoś za nami biegnie.
"Apartman?" "Yes" "Sobe" "No, apartman. Dwa sobe", "OK".
Ante, jak się później dowiemy, prowadzi nas schodkami w dół.
Przechodzimy przez korytarzyk pomiędzy kuchnią i jadalnią i wchodzimy do pokoju.
Mały. Łóżko małżeńskie, dostawka. Duży taras wspólny dla pokoju obok, kuchnia
na tarasie. Widok fajny, tylko, że to nie to. - Małe. - Małe? - Ante otwiera drugi pokój,
identyczny z pierwszym. Dwa pokoje, dwie łazienki, duży taras, kuchnia. Wszystko dla nas.
Prawie całe piętro! Tego, jak mi szczena walnęła o podłogę na szczęście nie zauważyli,
więc przystąpiliśmy do targów. Krótkich, ale zawsze. Z Turcji nam zostało. Znosimy nasze klamoty.
Wada - nie ma parkingu, ale Ante załatwił strzeżony, w &#8222;Marinie&#8221;, gdzie sam pracuje.
Odprowadzam samochód. Wracam. Dziewczyny zajęły już pierwszy pokój. Drugi, w całości dla mnie.
Jeszcze kawa, kostiumy, ręczniki i nad wodę. Po obowiązkowej kąpieli wracamy.
Ściemnia się. W pobliskiej knajpie zaczynają śpiewać klapę. Mała kolacja.
Ante wyciąga wino własnej roboty - będzie dla dziewczyn, ja stawiam Żołądkową.
Oczywiście, że Czystą!
Pomału kończymy ten dzień. Czujemy w kościach te 1700 km z dwóch dni. Jest tak ciepło.
Ciemno.
Koncert się rozkręca, ale my już odpływamy.
W końcu mieliśmy ten jeden dzień do przodu.

W gardle zaschło.

Herbaty? Pogło cię? Herbaty to sobie sam zrobię!
Prundu załatw!


Obrazek

Trochę Słowacji
Kilka zdjęć z Austrii
Słowenia
Witaj Chorwacjo
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:49

3. Zwiedzamy

Drugi dzień rozpoczynamy po bożemu. Ręczniczki, karimaty, kostiumy itd. itp.
Ruszamy na Punta Rata.

Obrazek

Ante zachwala ją jako najpiękniejszą plażę Breli.
Przy okazji, kierunek się zgadza, pokazuję, gdzie stoi samochód.
Dobrze, że nigdzie nie jedziemy. Samochód zaparkowałem pomiędzy dwoma drzewami na betonowym podeście.
Jedyny zjazd, a zatem również mój pojazd, zastawiony jest przez czerwonego fiata.
(Z tym fiatem toczyłem przez kilka dni prywatną wojnę, wspieraną przez Ante
- zastawialiśmy wjazd dodatkowymi słupkami, parkowałem przed wjazdem, kombinowaliśmy różne dziwne rzeczy,
w końcu, bez urazy - widzę - baba. Kapitulacja. Przestawiłem samochód w miejsce,
gdzie nie można go było zastawić, a tam gdzie parkowałem poprzednio pojawił się samochód jakiegoś Austriaka.
Chwila moment - zastawiony!)
No nic. Wracając do wątku głównego - odwiedzamy słynną skałę, ten symbol Breli.

Obrazek

Kilka zdjęć i na plażę. Faktycznie, bajka. Zamiast żwiru - białe otoczaki. Woda ciepła
(Przynajmniej dla mnie). Temperatura zbliżona do tej, którą mieliśmy w Turcji,
ale daleko jej do greckiej zupy).
Natomiast barwa, czystość - miodzio. Kładę się na fali (zasolenie musi być duże, choć,
pierwszy raz pływam bez okularków i mi to nie przeszkadza - nie do pomyślenia w Grecji).
Widok na Biokovo, Brela. Sosny przy brzegu. Zaczynam rozpoznawać: Brac, Hvar.
Przelatuje parasailing, jakiś skuter, plaża, ta Czeszka topless ...

Obrazek

Wspominam, bo potem to już tylko same, letko zwiędłe Niemry, więc, szkoda gadać.
Dzień jak to na wakacjach. Kąpiel, opalanie, jakiś obiad, spacer.
A co do spacerów to w Breli raczej nie jest płasko.
Jeżeli jest z górki, to znaczy, że potem będzie pod górkę, a najczęściej: góra - dół, góra - dół.
Nawet wzdłuż plaży. No, może trochę płaskiego przy porcie. wrócić trzeba. Z początku ciężko było.
Wieczorem pierwsze zakupy. Nausnice, narucnice ... zgadnij kto robił te zakupy.

Obrazek Obrazek

Jakoś tak pusto. Kolacja i pierwsze owoce morza.

Obrazek

Sałatka z ośmiornic, kałamarnice z grila, faszerowana papryka. Najedliśmy się jak ...
Napiwek chyba zrobił wrażenie. Chociaż, może tu tak zawsze? Chociaż, przy sąsiednim stoliku,
Polacy reszty zgarniają co do grosza. A my za to dostajemy po ciepłym ciasteczku
i małej szklaneczce żółtawego płynu. Dobre. Ostre, choć leci jakąś mandarynką.
Dla mnie trochę za słodkie, ale dziewczynom zalśniły oczy.
Plany na jutro? No wiesz, plaża już zaliczona, znaczy jedziemy na wycieczkę.
Gdzie? Kierunek >> Maslinka, znaczy się Mostar i przyległości.

Strasznie szybko minął ten drugi dzień.

Brela
Ostatnio edytowano 20.02.2012 08:23 przez weldon, łącznie edytowano 1 raz
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:50

Obrazek

3.1. Mostar

Nie zapowiadało się, ale ten dzień był długi.
Zrywamy się jeszcze po ciemku. No wiem, że tam to nietrudne, ale jednak.
Tankowanie w Makarskiej i pierwsza podróż Jadranką. Jeszcze ostrożnie, nawet chyba
zbyt ostrożnie, no ale droga kreta, widoki rozpraszają, opowiadam o mijanych miejscowościach.
Za dużo tego dobrego naraz. Na wysokości Drvenika rzucamy okiem na Sucuraj na Hvarze.
Jak ci mówiłem znajomi tam byli niedawno.
Dalej tak jak powinno być: Ploce, Rogotin, Komin. Cały czas brzegiem Neretwy.
Przepiękna okolica. Dobrze, że tam wróciliśmy jeszcze. Dzięki temu mogliśmy obejrzeć ją
też z innej strony. Na chwilę, do rozwidlenia w Opuzen, żegnamy się z Neretwą, ale później
wszystko wraca na swoje miejsce.
Przed granicą w Metkovic szykuję sobie paszporty, zielona karta, szeroki uśmiech.
Podjeżdżam, a ten łach, słuchaj, najzwyczajniej w świecie mnie olał!
Odwrócił sie tyłem i nawet nie wiedziałem, jechać nie jechać? Pojechałem.
Ta dolina Neretwy to słuchaj - miodzio. Widoczki. Góry.

Počitelj

Obrazek

Tu, na podstawie opisu Maslinki, zaplanowałem pierwszy przystanek.
Warto. Mimo upału drapiemy się z Kaśką na szczyt wzgórza i ładujemy na wieże.
Trochę jedzie, ale widok na rzekę i dolinę wart poświęcenia.
Jak zwykle, nie mam miejscowych pieniędzy, ale okazuje się, że oni i kuny i euro.
Kupujemy suszone figi i ruszamy dalej. Szybko docieramy do płaskowyżu, na którym
położony jest Mostar. Widoczne dookoła góry są jakieś inne. Takie surowsze.
A może nam się zdawało?

Obrazek

No nic. Mostar. Przejeżdżamy przez most i kierujemy się, zgodnie z tablicami,
na starówkę. Oczywiście trafiam, jakby tu powiedzieć, w pobliżu... To znaczy,
znajduję parking, ale starówki ani widu, ani słychu. "Bridge?" Parkingowy pokazuje kierunek.
W porządku. Jakiś meczet. Jakaś wycieczka. Plan starówki. Wychodzi, że idziemy w drugą stronę.
To znaczy, niby dobrze, ale meczetów to my w Turcji się naoglądaliśmy.
Trochę upiornie wyglądają te postrzelane domy. Chociaż, kiedyś na Żoliborzu takich
śladów po kulach też było sporo. Ot, kolejna lekcja historii dla Kaśki. No pewnie, że dla nas też.

Obrazek

Zawracamy i trafiamy już na dobrą ulicę. Są stragany, znaczy będzie most. I jest.
Robi wrażenie. Żałowałem, że nie możemy obejrzeć go wieczorem. Po ciemku.
No nic. Runda po okolicach mostu, trochę prezentów (miało być taniej niż w Chorwacji,
no i chyba było). Trochę się jeszcze pokręciliśmy i czas ruszać dalej.

Obrazek

Blagaj
Trochę się musiałem wstrzelić w ten ruch co się zrobił, ale zaraz skręciłem na Blagaj
i, w zasadzie, znów było pusto. Dalej tak jak w opisie: kilka wież kościółków, wieś, cmentarz,
budka z pamiątkami, parking. Tyle, że tam droga ostro w dół. Znaczy się - trzeba będzie dygać z powrotem.
To może kiedy indziej. Walę w dół, pod same restauracje. Udało się.
Jakieś znajome te widoczki. Ja to znałem z relacji Maslinki, a dziewczyny, wydawało im się,
z jakiejś relacji Makłowicza. No, ale na razie starczy. Czas na obiadek.
Knajpa na wodzie. Mówię ci, szemrze, płynie z lewej, z prawej, jakieś młyńskie koła,
trawa w takich soczystych kolorach, ichnie wróble, rybki. Sielanka.

Obrazek

Kelner podaje karty i, słuchaj, schyla się i sru, wodę w szklance prosto z rzeki mi podał.
Musiałem mieć głupią minę, bo się zaczął śmiać, ale wiesz, zapomniałem, że to źródło.
Dobra była. Zimna. Dolewki już sobie sam robiłem.
Dobra, jak szaleć, to szaleć - bierzemy "talerz ryb na dwie osoby". Kaśka konserwatywnie.
Cisza. Na razie jesteśmy sami. Kręcę się trochę po restauracji robiąc zdjęcia.
Jak przychodzi wycieczka Niemców, to sam mam taki ubaw, jaki mieli ze mnie - woda z rzeki.
Przynoszą jedzenie. Pięć ryb jak nasze pstrągi. Każda inaczej przyrządzona.
Bożena mięknie po pierwszej. Ja, w połowie drugiej. Patrzymy w te martwe ślepia.
Zmęczyliśmy. Kaśka też coś marudzi o wielkości porcji.

Obrazek

Dobra. Kawa. Rachunek. Lecimy obejrzeć Domek Derwiszów i okolicę. Trochę się zrobiło późno,
a ja mam jeszcze kilka rzeczy w planach. Rany, jak ja bym miał po tym obiedzie deptać pod górkę!
Jeszcze kilka komentarzy - gdzie ten Makłowicz mógł to kręcić? Chyba jednak nie tu.
I lecimy.

Medjugorie
W Żytomislici przejeżdżamy Neretwę i wjeżdżamy w górki.
Słuchaj, to był hardcore. Jadranka przy tym to autostrada. Ciągle w górę, żadnych barierek,
nad nami widać ciężarówkę. Jakby tak się omskła, to po nas, a jakbym tak ja się omsknął...?

Obrazek

No nic, widok na dolinę prima - jeżeli to jest mój ostatnio widok w życiu to nie mam czego żałować.
Rzeka robi się wąziutka, za to widzimy coraz dalej i dalej.
Na szczycie robi się płasko. Trochę się boję, że zabłądziłem, ale jadę dalej.
Nawet jakby co, to mam zakaz zawracania. Dziewczyny nie zjadą. Na szczęście, po Krusewie,
pojawia się Medjugorie. Drogowskazy kierują mnie na Sanktuarium.
Fajnie, miało być odświętnie, a ja trafiłem na Stadion Dziesięciolecia.
Zaparkować nie ma gdzie, tłumy Polaków, stragany, knajpki.
Jeżdżę w kółko i, coraz bardziej, chcę uciekać. Na szczęście, przejeżdżając przed kościołem,
trafiam na duży parking, znajdujący się za nim. Wracamy pod kościół.
Koncentruję się na zrobieniu kilku zdjęć. Dziewczyny idą do Św. Jakuba (podobno już go zamknęli).
Jakoś nie udziela mi się atmosfera tego miejsca.

Obrazek

Przechodzimy koło straganów, zapalamy kilka świeczek pod figurą Chrystusa.

Obrazek

Uciekamy.

I tyle. Pozostało wspomnienie buteleczek z głową Matki Boskiej i śliniaczka z główką Jezusa.
Gadam? No co ty. Przecież bym tego nie wymyślił!
Kravica. Dobra. Jedziemy spłukać negatywne wrażenia w &#8222;Vodopadach Kravica&#8221;.
Dziewczyny jeszcze nie wiedziały co je czeka.
Gorzej, bo ja też nie wiedziałem.
Mapa? No pewnie, że nie miałem. A ta cała Automapa to pokazała mi trójkącik na białym tle.
Wiesz, taka zabawa w zgadywanki: zgadnij, gdzie jesteś.
No, ale, póki co, walę na ślepo, teoretycznie tam, gdzie powinienem.
Nawet by się zgadzał. Wjeżdżam do jakiejś wsi, mijam mostek, powinna być tablica.
No i jest. Co prawda miały być Vodopady, a jest Kupalnica, no ale to przecież to prawie samo.
No, jak nie to samo. Woda, to woda. Jest "kupalnica", będzie "vodopad".
No i jest. Dzieci się kąpią, Ledwo się mieścimy na mostku i, od razu, ostro w górę.
Nadrabiam miną, ale, to muszę dziewczynom przyznać, asfalt się skończył, a my, ledwo, ledwo,
mijamy się z kozami. No i dobrze. Na wstecznym nie zjadę, a zawrócić nie ma jak. Zresztą,
dziewczyny mi nie dały. Coś tam pod nosem o mordercach mruczały.
A może się przesłyszałem? Jedziemy. Wreszcie szczyt. Wraca asfalt. Pojawia się jakaś wiocha,no i, kłopot.
Na środku jedynej drogi stoi kopara i, kopiąc dół. ładuje ziemię na stojącą obok ciężarówę.
Człowieku, żebyś zobaczył ich miny. Na nasz widok gruzawik odsunął się trochę na bok,
a my, wpychając się między nich krzyczymy: "VODOPADY?". Prosto, kiwają rękami i głowami,
bo hałas jak skurczybyk. Znaczy się - dobrze. Zresztą zaraz za wsią, przy rozwidleniu,
znajdujemy drogowskaz. Co prawda musimy zjechać z asfaltu, ale do takich szutrów to już się przyzwyczailiśmy.
Na chwilę. Szuter urywa się na wprost w jakichś krzaczorach nad urwiskiem, a ja daję ostro w prawo,
na mocno koleinowatą ścieżkę w dół. Zakosy biorę na dwa razy. Zawrócić nie da rady.
Muszę walić do końca. No i jest. Nawet jakaś ogrodzona łączka, kilka tutejszych samochodów,
a dalej mała polanka, stara reno czwórka, motorower i koniec. Krzaczory.
Wysiadamy. Mimo klimy koszulę mam całą mokrą. Dobrze, że jest gdzie zawrócić.
- No co chcecie? Słychać wodę? Słychać. Znaczy się, wodospad blisko.
No to idziemy ścieżką, bo droga się skończyła, i przechodzimy komuś przez chałupę.
To znaczy pusta była i zrujnowana, no ale jednak chałupa. Wodospady coraz bliżej,
co poznajemy po odgłosach wody i coraz większej ilości papieru toaletowego w krzakach.
Czyli, jak to mówią, dojechaliśmy, dokładnie, OD DUPY strony.
Obrazek

Wodospady fajne. Woda zimna.

Obrazek

W sumie sporo osób, a po na drugim zboczu widać całkiem porządny parking i dość cywilizowaną drogę.
Gorąco. Do domu daleko. Skończyła mi się karta w aparacie.
Starczy. Niby wiemy gdzie jesteśmy, ale jednak, musimy znaleźć jakąś cywilizację i wrócić.
Wracamy do rozwidlenia z drogowskazem. Pod górkę było tak samo fajnie, jak z górki.
Chociaż może nawet fajniej, bo zacząłem odczuwać jakieś takie braki w elastyczności silnika.
Trochę tutejsze paliwo dawało znać o sobie. Ale o tym to kiedy indziej.
Kaśka, za pomocą jakichś map, które zahaczały o Bośnię, próbowała nas wyprowadzić w stronę granicy.
To znaczy, w stronę granicy to my niby jechaliśmy, tyle, że nie do końca byliśmy pewni - której?
W końcu wyjechaliśmy gdzieś pomiędzy Caplijną a Trebizat. Potem podłączyliśmy się pod dwie polskie taryfy.
No, taryfy. Taksówki nie widziałeś? Taka z kogutem, napis Taxi. Z Warszawy byli.
A skąd mogę wiedzieć? Może na wczasach? Daj mi spokój. Grunt, że przekroczyłem granicę.

Obrazek

Gdzie? Nie wiem. Może w Prut? Może Vid? Myślisz, że to był wtedy problem?
Problemy to ja miałem jeszcze przed sobą. No bo, zamiast przejechać tę granicę i, spokojnie,
wrócić do Makarskiej, poniosło nas w drugą stronę. No, tak nam wyszło, że będzie szybciej.
No i znów wróciliśmy w góry. Teraz to już było cywilizowanie: Nova Sela, Pojezerie, dwa Prologi.
Niby dojechaliśmy do autostrady, niby widoki ładne - całą Bośnię mieliśmy u stóp, ale już trochę
mieliśmy dość tego "u stóp". No a potem już "po bożemu", Sestanovac, zjazd do Breli, Brela.
Tak się potem zastanawiałem: zadupie, krzaki, szutry. Nawet nie wiem, czy miałem zasięg,
a jakby co, to gdzie ja mogę zadzwonić i co ja powiem. Heeeelp?
No nic. Wszystko dobre ... Samochodzik się sprawdził. Jedynie pod koniec podróży, nagle,
z dmuchawki cóś zaczęło lecieć. Jakby para czy dym? Jak wyłączałem klimę - przestawało,
to i wyłączyłem. Później, na drugi dzień, jak włączyłem, to okazało się, że mu przeszło.
Znaczy - naprawił się. Chwała mu.
Zgadnij co mi dziewczyny powiedziały, jak im zaproponowałem wjazd na Sv. Jurę?
A jeszcze zacytowałem "wjazd mrożący w żyłach krew ...".

Z tego punktu, niestety, musiałem zrezygnować.

Pocitelj
Mostar
Blagaj
Medjugorie
Kravica
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:51

Obrazek

3.2. Split

A potem przyszła burza. No wiem, że burza to burza, ale to była moja pierwsza (no i ostatnia)
w Chorwacji, więc wrażenie zrobiła. Mówiłem ci, że Brela leży na zboczu i tam jest wszystko "w dół".
No więc i woda leciała "w dół". Chyba z całego Biokova. Jakbyś chłopie w rzekę wlazł.
Chmury zasłaniały i odsłaniały a to Hvar, a to Brac, a to góry. I tak w kółko. Kilka godzin.

Obrazek

Potem rozeszło się i przyszła bora, która miała towarzyszyć nam przez kilka dni.
To znaczy wiało nocą i nad ranem, a potem wychodziło słońce i robiło się gorąco.
Woda zrobiła się, nawet jak dla mnie, zimna, ale gospodyni pocieszała: "Jak bora, to nie bura".
Z dwojga złego - miała rację. Zresztą, plaża plażą, a my przecież mieliśmy tu zwiedzać,
a nie się byczyć. No to pojechaliśmy do Splitu. Jadranka, po poprzednich wojażach, okazała się
wygodną i bardzo przyzwoitą drogą, tak więc szybko minęliśmy Omiś, Podstranę i zapuściliśmy się
w miejskie ulice Splitu, szukając jakiegoś znaku, kierującego nas na ichnią starówkę.
Później zmieniłem preferencję na to, żeby chociaż znaleźć dojazd do morza, i to był słuszny kierunek.
Zaparkowaliśmy w porcie i ruszyliśmy na podbój widocznego w oddali Pałacu.
Już zdążyliśmy odzwyczaić się od miasta. Dużo ludzi, hałas, samochody, promy.
W Breli, pomiędzy sosnowymi zagajnikami, czuliśmy się prawie jak w domu, a tu miasto.
I to spore. No nic. Za to ładne. Zapuściliśmy się w wąskie, pałacowe, uliczki.
Kaśka prowadziła nas za pomocą przewodnika, a my chłonęliśmy tę atmosferę.

Obrazek

Takie miejsca też mają urok. Dużo ludzi, ale coś za coś. Łyknęliśmy obowiązkową kawę.
Na promenadzie przed pałacem - lody - obowiązkowo. Dobre były. Tu wszędzie były dobre lody.
No i duże. A, o tym, to ci potem powiem. Zejścia do podziemi nie znaleźliśmy.
Zresztą też nie szukaliśmy za dokładnie. W sumie planujemy tu wrócić, to zejdziemy następnym razem.
- Chodźcie. Pokażę wam jeszcze Omiś. A może zdążymy do Makarskiej? - w sumie nie było jeszcze tak późno.

Obrazek

Jak już znalazłem miejsce do zaparkowania (standard) przeszliśmy się wzdłuż ujścia Cetiny.
Potem spacer wąskimi uliczkami. Obejrzeliśmy stragany przy magistrali, obowiązkowa wizyta w Pekarze
- dziewczyny zgłodniały. Plaż nie widziałem, ale, jakby co, chyba by tu było całkiem przyjemnie.

W sumie wyjechaliśmy trochę z żalem. Znaczy się - trzeba będzie wrócić.
No, ale dziś jeszcze Makarska. Trochę głupio nie odwiedzić stolicy riviery.
Zresztą nie żałowaliśmy. Po drodze, (wiem jak Bożenie zależało na tym całym Medjugorie,
i jak się zawiodła), zahaczamy o Vepric.

Obrazek

No niby też, taki twór sztuczny, ale wiesz.
Góry, lasek, źródełko, ołtarze, kilka osób, jest gdzie usiąść, jest gdzie się zadumać.
Taka atmosfera to nawet mi się udziela. Po Splicie i Omisiu, jakbyś do pustelni trafił.
Jeszcze świeczka. Aha, jakbyś był, to zapal dwie świeczki. Musieliśmy potem wrócić,
bo tam są dwa stoły - za żywych i za zmarłych, więc od razu dawaj dwie.

Obrazek

W Makarskiej dość szybko znalazłem miejsce. Co prawda okazało się, że to miejsce dla samochodów
czekających na prom, więc musiałem się przenieść, ale było po polsku. No &#8211; to znaczy &#8222;za darmo&#8221;.
W poszukiwaniu targu przeszliśmy przez stragany przy plaży, rzuciliśmy okiem na plaże,
i, skierowani przez zapytanych tubylców (znaczy się - Polacy, ale tutejsi), przerzuciliśmy się
na drugą stronę zatoki portowej, na płatne już miejsca.
Na targu, na razie, pare rzeczy kupiła Kaśka. My trochę pooglądaliśmy.
Musieliśmy się jeszcze zastanowić co i dla kogo.
W sumie - wpadniemy jutro rano. Było blisko.
Jeszcze obowiązkowe lody. I powrót.

W Breli kolacja, spacer. No i kłopot. Trzeba skorzystać. Siedliśmy w lodziarni.
Zamówienie złożyliśmy pokazując palcem na obrazki. Lody mają dobre, więc damy radę.
No a potem - przynieśli.
Bożena ma jakiś kielich, tak jakieś pół metra wysokości,
Kaśka takiego statku weneckiego, z rurkami w miejscu wioseł, ja też jakiegoś kolosa.
Dobrze, że nie zamówiliśmy już żadnych kaw i tym podobnych, bo to nie do przejedzenia.
Z tego wszystkiego narobiliśmy sobie kłopotu: dobre było, więc wciągnęliśmy to wszystko nosem,
no i żadnego zdjęcia. To i tragedia. Trzeba przyjść drugi raz.
Wyobrażasz to sobie?
A dziewczyny miały dbać o linie.

Na drugi dzień, Kaśka zaprotestowała, spała jeszcze, więc tylko we dwójkę, depnęliśmy
do Makarskiej. Zakupy mieliśmy już zaplanowane, a Bożena chciała jeszcze raz do Vepric.
Tym razem nie było tak łatwo. Mimo, że to był poniedziałek, to i ludzi jakoś tak więcej.
W ogóle, po tej niedzieli nawet w Breli jakoś tak się zaludniło, jakby tego szóstego,
czy siódmego nowy turnus się zaczął. I Polaków się trochę pojawiło. No nic.
Znalazłem taki parking (skąd wiesz, że dycha?) i wlazłem w inną Makarską. Taką bardziej omisiową.
Do tej pory nie miałem okazji jej poznać takiej. Mieszkać to pewnie bym tu nie chciał,
ale jednak warto tu trochę pochodzić. Będę musiał tu jeszcze Kaśkę przywieźć.
Zakupy zrobione. Wracamy. Dojeżdżamy do Vepric, a tam człowieku horror. Gliniarze,
korek, autokary. Póżniej okazało się, że 7 i 8 września to jedne z głównych dni pielgrzymek,
no i właśnie się zaczęły. Spadamy. Później jeszcze tu zaglądaliśmy, ale wtedy dałem sobie spokój.

Deszcz
Split
Omis
Brela
Vepric
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:51

Obrazek

3.3. Dubrownik

Ma być daleko. No więc zrywamy się skoro świt i w drogę.
Tak mi jakoś wypadło, że lepiej wrócić na autostradę, potem na Ploce, Bośnia i hop.
Jesteśmy na miejscu.

Tyle, że autostrada się zaraz skończyła, a my, jakimś cudem wylądowaliśmy
z powrotem na tej drodze wzdłuż granicy z BiH. Velikij Prolog, Mały prolog.
Dziewczyny machnęły ręką. Też już się przyzwyczaiły do tych dróg.
Gorzej, bo mi się paliwo zaczęło kończyć. Miałem tankować w Górnej Breli, ale, nie dość,
że tam akurat stała cysterna, to i nie było Eurodiesla, tylko Diesel.
Czułem, że ten lepszy nam nie służy, więc się wystraszyłem tego gorszego.
Potem autostrada - pustynia.
Za autostradą - pustynia.
Bodajże we Vrgoracu tablica - jest stacja. Tylko gdzie? Jeżdżę po tym mieście, pytam,
tak mnie jakoś kierują, że wyjechałem po drugiej stronie. Dobra, mam dość. Jedziemy dalej.
I tak było aż do Ploce. Niby rezerwa się nie paliła, ale też wskazówka jakoś tak utknęła
w pobliżu zera i się nie rusza. Tak więc - eco-driving bez kursu opanowałem.
No i stąd wiem, gdzie w Ploce mają Lidla. Nie patrzyłem już czy to OMV, czy INA.
Jakiś Petrol - leję. Pod korek. I słuchaj, coś w tym musi być. Mówiłem ci, że jakoś tak straciłem
na elastyczności, jakaś taka wołowata się zrobiła i zaczęła więcej palić. No to sobię tłumaczę:
góry, gorąco, cały czas klima, na autobanie noga ciężka.
G...ucio prawda. Po tym Petrolu to mi samochód ruszył. Jakby mi kto z pół tony zdjął.
A skąd mam wiedzieć? Nie znam się. Ale jak samochód jedzie to czuję. Było lepiej. A droga taka sama.
Jadranka. Chociaż nie. Nie taka sama. Już ten płaskowyż przy Ploce był fajny.
Może nie ładniejszy niż ten bośniacki, ale taki sympatyczny. Poprzecinany stawami, kanałami.
Ale później, jak już go objechaliśmy i, gdzieś tak na wysokości Raba wróciliśmy nad Jadran,
zrobiło się tak nostalgicznie. W wodzie pojawiły się takie jakieś beczki.
Hodowle jakie, czy co? Równo poukładane. Po prawej zbliżał się Paljesac.
I tak było do Zaton Doli.
Po drodze minęliśmy dwie granice z Bośnią. Neum. Potem drogę na Paljesac i Korculę.
Potem wszystko wróciło do normy, a nawet ją przewyższyło.
Pojawiły się te wyspy koło Dubrownika.
Morze zrobiło się takie, jak najbardziej uwielbiam - srebrzyste.
Tego nie da się opisać. Jak kto mnie spyta o morze w Cro - to mówię: żywe srebro. Rtęć.
Mieni się, błyszczy. No, ja wiem, powinno być niebieskie, ale niebieskie to było wszędzie.

Tu było srebrne.

Obrazek

No, ale nic. Wjeżdżamy do Dubrownika. Most Franjo Tuđmana.
Już się rozglądam za parkingami. Mają być jakieś podziemne. Jadę za wszystkimi. Jest.
Wjeżdżam. Na pierwszym zakręcie - patrzę - wyjeżdża samochód. Nasi.
Jakoś wcześnie się zbierali, za to my mamy miejscówę przy wjeździe.
Zresztą, jak wyjeżdżaliśmy, też zaraz na tym miejscu nasi stanęli.
Tak sobie żartowaliśmy, że może by je oznakować jakoś.
No, ale, na razie, wychodzimy z podziemia i podziwiamy, pomiędzy drzewami, panoramkę.

Obrazek

Droga w dół piękna. Przez jakiś taki ogród, park, czy co.
Schodki, ławeczki roślinki. I w dół, w dół, w dół.
Potem się okazało, że z powrotem to jest vice versa.
To znaczy: otwieranie tu fitnesów mija sie z celem.
Słuchaj! Jak te Chorwatki tak się przelecą trochę po tych ulicach ...
Nie daj Bóg soli zapomnieć.
No, ale na razie, kawka, posiedzieć, wchodzimy do miasta. Ma się rozumieć, że starego.
Zaczynamy od Wielkiej Fontanny Onofria. Stradun błyszczy.

Obrazek
Ten piesek, po chwili, dokładnie olał nogi krzesła tego pana

Mijamy Pałac Sponza, pałac Rektorów, kolumnę z kamienną figurą rycerza Orlanda
i przechodzimy do portu. Tu, obowiązkowo, lody.
Wracamy koło fontanny i zagłębiamy się w wąskie uliczki.
Przechodzimy koło pomnika Ivana Gundulicia na placu Polana Gundulicia

Obrazek

i skręcamy stromo, pod górę wąskimi schodkami. Pomału pojawia się widok na czerwone dachy Dubrownika.
Obowiązkowo - koty, suszące się pranie, dzieci. Przecież to miasto żyje.
Od bombardowań minęło już ponad siedemnaście lat. Trochę inaczej na to wszystko patrzymy.
Nasze miasto też ktoś, kiedyś, próbował zabić.
Może nie mamy z Chorwatami za dużo wspólnego, ale tę dubrownicką dewizę:
"Wolność nie może być zabrana nawet za cenę wszystkich skarbów tego świata".
możemy potraktować jak naszą.
Jeszcze krótki spacer po murach, a w zasadzie pod murami, biskupstwo Dubrownika,
zahaczamy o kilka kościołów i koniec, wychodzimy.

Obrazek

Po krótkim spacerze wzdłuż fosy zagłębiamy się w strome uliczki, a właściwie schodki,
i próbujemy przypomnieć sobie, gdzie zostawiliśmy samochód.
Teraz dopiero, przychodzi olśnienie - człowieku, nie wiem gdzie ten cholerny samochód,
ale na pewno jest gdzieś wysoko nad nami! Nie ma siły - trzeba wchodzić.
Gorąco. Złaziliśmy się po starym mieście, a tu, nie ma siły - do góry.
Idziesz, dochodzisz po schodach do zakrętu, a tam dalej schody.
Idziesz do kolejnego skrzyżowania - schody. Jak już byliśmy na górze
i, ot tak, po prostu, wyszliśmy przy parkingu, to nawet się nie cieszyliśmy.
Po prostu wypiliśmy całą wodę jaką mieliśmy.
Z tego wszystkiego zapomniałem dziewczynom pokazać panoramę Dubrownika.
Nic to. Będzie okazja następnym razem.

Obrazek

Jak się wraca to warto tak zaplanować, żeby stanąć w Trsteno przy kanale Kolczep
i obejrzeć platany i arboretum z 1502 roku.

Obrazek

Nam się nie udało, ale późno się robiło.

Dubrownik
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:52

Obrazek

3.4. Brela, Makarska

Ostatnie dni poświęciliśmy już na spacery po Breli i odwiedziny Makarskiej.
Pogoda się ustabilizowała - nocą bora, potem słoneczko i ciepło, ale woda zrobiła się lodowata.
W Makarskiej chcieliśmy zrobić zakupy, trochę zwiedzić no i zahaczyć o Vepric.
Dalej było pełno Polaków i autokarów z Polski, ale już spokojniej.
Potem jeszcze raz odwiedziłem Makarską, tym razem z Kaśką. Spodobało nam się.
No nie, nie tak, żeby zaraz na dwa tygodnie. Ale, na godzinkę, dwie.
Połazić po porcie, starówka, jakieś lody (koniecznie) no i bazarek.
A na bazarku to wiesz...

Obrazek

Za pierwszym razem, jak już mówiłem, kupiliśmy jakieś butelczyny dla znajomych Kaśki.
Spodobało się. Za drugim razem dokupiliśmy Kaśce i kupiliśmy sobie.
Potem dokupiliśmy jeszcze, a że po każdych zakupach upychałem te butelki
po zakamarkach samochodu, to ich nie było widać.
W Budapeszcie dowaliłem do pieca, no i chłopie! Awantura.
Przywieźliśmy 32 butelki. No i piwo dla chłopaków.
O rany, no małe, duże, wino, Travarica, Orachovica, Slivovica, Palinka, Tokaj.
Małżonka z początku zarzuciła mi "ankoholizm", ale, po kilku dniach,
wszystko wróciło do normy. Część poszła na prezenty, coś tam skubnęliśmy, no i rozeszło się.
Numer to był, jak rozpakowałem "wino" od Ante.
No a jak. Ja go na Żołądkową Gorzką (nie, nie - czystą, czystą) - on nam karafkę,
ja mu Żubróweczkę, on nam butelczynę. Bożena to tylko wino pija, więc mówi - polej.
A ja,jakoś tak, polałem, słuszny kieliszeczek, ale:
- jakieś takie dziwne to wino? Białe takie.
- No jak jest białe, to jakie ma być?!

Jak wypiła, to był numer: oczy jej wyszły na wierzch, dławi się, oddechu nie mogła złapać.
Jak jej przeszło, to myślałem, że mi w...dziel spuści.
- Coś ty mi nalał! Przecież to gorzała!
Faktycznie. Zapach słuszny, przyjemny. Moc ma. Znaczy się - śliwowica.
Dobra.
No i mocna.
A po co się upierała, że to wino. Było spróbować.
Ja akurat Travaricę konsumowałem, to i węch i smak mi się przytępił.

O pozostałych odwiedzinach Makarskiej już wspominałem.

Obrazek Obrazek

Obrazek

Makarska
Brela znów
weldon
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 39917
Dołączył(a): 08.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) weldon » 19.11.2009 08:52

Obrazek

4. Powrót

Przyszło się żegnać.
Samochód spakowany. Nawet to pudełko, które nam Ante podrzucił weszło bez problemu.
Jakie pudełko? A nie mówiłem ci. Przed nami, jacyś rodacy, zostawili coś u naszych gospodarzy.
Wysyłka do Polski to jakieś 300 kun. Szkoda.
Obiecałem, że zabiorę i wyślę od siebie, tylko, tak sobie żartowałem,
"żeby psy nie wyczuły". O tym cholernym pudle przypomnieliśmy sobie na granicy węgierskiej.
- Ty, sprawdzałeś co tam jest? Nie? Bo ja też nie. A jak tam co trefnego?
No dobra. letka kolejka. Staję z boku. Otwieram bagażnik, niby, że szmatki szukam,
ale druga ręką grzebię w pudełku. No i co?
Nic.
Kosmetyczka. Duża. Ładna. W środku jakaś babska chemia.
No, nawet jakby co wyczuli, to ja się na tym nie wyznaje. Wygląda dobrze.
No i dojechaliśmy z tym do Warszawy. A stąd to już tanio poszło do właścicielki.
Ale, wracając. Wyjazd - siódma trzydzieści. Autostrada, w zasadzie pusta.
Wiatr niezły, w większości ograniczenia do 60 km/h. Potem się uspokoiło.
Granica. Winieta węgierska. Kawałek Balatonu i dojechaliśmy.
O piętnastej byliśmy na miejscu.

Obrazek

Kilka zdjęć
Następna strona

Powrót do Nasze Relacje z podróży


  • Podobne tematy
    Ostatni post

cron
Środziemnomorska 3.5 - Chorwacja 2009
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Forum wykorzystuje oprogramowanie M 2.0. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2018