Dzień 6
29 czerwca 2018 r. (piątek)
Hmmmm... gdzie jest Hum? oraz droga przez deszcz do zielonego półwyspuTo nasze ostatnie minuty pobytu w słoweńskim Dekani oraz w tym pięknym państwie. Większość rzeczy spakowaliśmy poprzedniego dnia więc po śniadaniu kończymy zbieranie drobiazgów i żegnając się z przesympatyczną właścicielką, opuszczamy drugie już miejsce noclegowe na naszej wakacyjnej trasie.
O godzinie 10:35 jesteśmy na granicy słoweńsko-chorwackiej. Kolejka aut niezbyt długa więc liczymy, że szybko przekroczymy granicę. Niestety spotyka nas bardzo nieprzyjemna sytuacja. Gdy podjeżdżamy do szlabanu, drzwi samochodu otwiera celnik i w dość niemiły sposób nakazuje mężowi opuścić auto i odsunąć się na bok. Obserwuję wszystko z niepokojem, tym bardziej, że w tej samej chwili, gdy mąż zostawia nas w samochodzie, ten sam celnik rozpoczyna przeszukanie auta. Jestem autentycznie przerażona, bo pierwszy raz mam do czynienia z podobną sytuacją. W całym tym przerażeniu nie widzę męża i mam już czarne myśli, że został gdzieś zabrany. Celnik zagląda nam pod fotel kierowcy, do schowków, obmacuje dziecięce foteliki. Dzieci przerażone podobnie jak ja.
Po znalezieniu jedynie zużytych chusteczek i papierków po słodyczach nadgorliwy Słoweniec pozwala mężowi usiąść za kierownicą i odjechać. Czuję się, jakby uszło ze mnie całe powietrze. Nie wiem, czemu akurat nas spotkała tak nieprzyjemna kontrola – inne samochody spokojnie przejeżdżały dalej. Może nasz wygląd terrorystów-zamachowców lub innych przemytników sprowokował całą sytuację?

Budki chorwackich strażników mijamy już bezproblemowo i tak oto w dość stresujący sposób ponownie, po roku nieobecności, witamy chorwacką ziemię.
Jesteśmy jej tak spragnieni, że pomimo padającego deszczu, postanawiamy zajrzeć do najmniejszego miasta świata, czyli uroczego
Humu, leżącego
w centralnej Istrii.
Gps prowadzi nas polnymi dróżkami, czasem niemal wjeżdżamy na podwórka domostw. W pewnej chwili dopada nas zwątpienie, czy to na pewno tutaj? Pomimo zachmurzenia i opadów deszczu (raz silniejszych, raz słabszych), podziwiamy piękną krainę zielonych wzgórz dookoła.

Wreszcie docieramy do miasta i po dokonaniu odpowiedniej opłaty rogatkowej u bardzo miłego pana, stawiamy samochód na parkingu przy cmentarzu.

Rozpoczynamy spacer po miasteczku, którego liczba mieszkańców waha się pomiędzy 12-28 osób.
Hum otaczają mury. Do środka prowadzi
miejska brama.

Po jej przekroczeniu znajdujemy się w przedsionku, w którym wiszą
kamienne tablice z głagolicą (pierwszym słowiańskim alfabetem).

Te tablice to oczywiście repliki. W średniowieczu Hum pełnił rolę ważnego ośrodka piśmienniczego, funkcjonowało w nim skryptorium, w którym przepisywano kodeksy, ewangeliarze, mszały i inne pięknie zdobione księgi napisane głagolicą.
Po przekroczeniu bramy znajdujemy się na dziedzińcu, z którego można rozpocząć miły spacer pośród uroczych, kamiennych budowli.

Mieszkańcy zadbali o fajny klimat miasta. Pięknie komponują się tu kwiaty w donicach, czy dekoracyjne elementy typu kolorowe rowery, miniaturki kamiennych domków, beczki na wino itp.




W miasteczku można się posilić oraz kupić przysmaki typowe dla regionu Istrii, ale i całej Chorwacji. Także kolekcjonerzy drobnych pamiątek znajdą tu dla siebie odpowiednią rzecz.

My zaglądamy m.in. do
kościoła Wniebowzięcia NMP.


Po wyjściu z kościoła idziemy w stronę
miejskiej loggi, gdzie rezyduje burmistrz. Tutaj też dokonuje się wyboru włodarza Humu.

Spacer po Humie, nawet gdy zajrzy się do każdego zaułka, nie trwa długo.



Na zakończenie można m.in. zasiąść na tej uroczej ławce i korzystać z dobrodziejstw krajobrazu i uzdrawiająco-kojącej mocy zieleni.

Przez całe dzisiejsze przedpołudnie towarzyszy nam deszcz. Na szczęście na czas spaceru w Humie, jedynie mżyło. Niestety deszcz coraz bardziej się nasila więc uznajemy, że pora ruszać w dalszą drogę.
Udaje nam się jeszcze spotkać pierwszego chorwackiego kota.


Przechodząc z powrotem przez miejską bramę zwracamy uwagę na piękne
kołatki na drzwiach.

Niestety, gdy wracamy na parking, deszcz zaczyna już lać, dlatego nie wstępujemy na pobliski cmentarz.
Nim dojedziemy na trasę szybkiego ruchu, podziwiamy piękne istryjskie rejony. Mijamy też stację kolejki.

Wreszcie docieramy do charakterystycznego wiaduktu, którego ogrom skłania do wykonania pamiątkowej fotografii.

Więcej zdjęć nie jestem w stanie zrobić, bo wiązałoby się to z zalaniem aparatu.
W strugach deszczu mijają nam kolejne godziny trasy. O tym, że jesteśmy w pobliżu Opatiji czy Rijeki wiemy tylko dlatego, że wskazuje to gps. Krajobraz jest zasnuty chmurami i mgłą. Szkoda!!!
W miejscowości Novi Vinodolski robimy krótką przerwę na drobne zakupy. Jestem tak szczęśliwa, że rozpoczyna się chorwacki etap wakacji, że nawet okolica miejscowego parkingu wprawia mnie w zachwyt


W miejscowości
Senj odbijamy na drogę dojazdową do autostrady i dalszą trasę pokonujemy pośród wspaniałych górskich krajobrazów. Wreszcie dojeżdżamy do autostrady.
Zła pogoda nie ma zamiaru odpuścić. Autostradę pokonujemy w strugach deszczu.


Mamy jeszcze nadzieję, że tunel Sveti Rok nieco zmieni sytuację, jednak po jego pokonaniu temperatura wzrasta jedynie o 1 stopień i aktualnie termometr wskazuje 18,3 stopni Celsjusza.


Jednak z każdym kilometrem sytuacja na niebie staje się coraz bardziej klarowna, dlatego choć na 10 minut zatrzymujemy się na moim ulubionym
Odmorište Krka.



Pierwotny plan zakładał, że na Półwysep Pelješac dostaniemy się promem z Ploče. Rezygnujemy jednak z tej opcji, bo po wyliczeniu szybciej będziemy w Orebiću (gdzie mamy noclegi) jadąc samochodem.
W okolicach Gradaca ponownie następuje urwanie chmury. W Neum już zdecydowanie lepsza pogoda, dlatego po zatankowaniu zerkamy na chylące się ku zachodowi słońce.

Na półwysep wjeżdżamy już niemal o zmroku.

Jesteśmy bardzo zmęczeni i marzymy już o wygodnych łóżkach. Droga pokonywana w ciemnościach wlecze się niemiłosiernie. Nawet nie mamy świadomości jakie krajobrazy mijamy.
Wreszcie o 21:30 zjawiamy się w Orebiću, gdzie czeka już gospodarz z kluczami.
Uffff, to był bardzo długi dzień. A od jutra zaczniemy odkrywać uroki Pelješca
