c.d
napisał(a) ewa.krakuska » 02.08.2010 20:53
Wypite winko w połączeniu z morderczym zmęczeniem dały się we znaki i padłam na łóżko na kilka godzin.
O łóżko też bój został stoczony, ponieważ znajomy Chorwat ( nie Mario- on już nie miał miejsc) zapewniał że zarezerwował nam w sąsiedztwie super apartament. Niestety okazał się on być piekarnikiem na drugim piętrze, bez klimatyzacji, z łóżkami pamiętającymi czasy najazdu Turków na Europę. Mimo, że jestem niewymagającym turystą, jednak warunki mnie przeraziły. No ale od czego ma się przyjaciół. Wszyscy zgodnie orzekli ze Zoran ( ten , który załatwiał apartament) przegiął i natychmiast znalazł się fajny apartament u Josefa - Józkiem zwanym.
NA tym nie koniec przygód. Wieczorem w dniu przyjazdu moj syn ( z cukrzycą) dostał 41 stopni gorączki. Po kolejnej nieprzespanej nocy zerwałam się wczesnym rankiem do Vodic do apteki. Zaparkowałam na parkingu w centrum miasta. Kupiłam lek ( staram się nie narzekać na ceny w Chorwacji, bo uważam że jesli komuś nie pasuje to moze jechac w inne miejsce ale tu muszę...za lek kosztujący 8 zł w Polsce zapłacilam 150 kun!!! - no wkurw... się, ale cóż nie mialam wyboru).
Przy wyjeździe z parkingu ustawił się sznurek aut, przede mną wielkie Audi na austriackich numerach, z którego równie wielka baba płaciła za parking Chorwatowi. Gdy zapłaciła zamiast do przodu ruszyła .......na wstecznym!!! prosto w moje auto!!!
Na nic zdało się trabienie, krzyki Chorwata w kierunku tego babiszona. Wysiadłam z autka a ona ...pojechała. Hakiem odcisnęła znak na moim pokancerowanym autku. Sarna nie pogniotła blachy to ktoś musiał dokończyć zniszczeń
