Odcinek 39 – Pustinja Blaca tuż…– 2018-09-1414 września. Ostatni pełny dzień urlopu. O 7 rano byliśmy umówieni z Kateriną i jej małżem pod Konzumem. To dobra pora, aby ruszyć do Pustinja Blaca. Raz, że będziemy tak jako pierwsi na godzinę dziewiątą, gdy przewodnik Zoran wprowadza pierwszą grupę. Po drugie – będziemy wracać, gdy jeszcze nie będzie za gorąco. I po trzecie wreszcie zostanie czas na odświeżenie się przed zaplanowaną Peką w Dolu.
Wstaliśmy jak zwykle koło 5.00, przygotowujemy plecaki, zapodaliśmy sobie kawę na balkonie i jeszcze raz zachciało się nam zaznać wschodu słońca, jak w dwa poprzednie dni. Poranek był nieco chłodniejszy co widać na pokrytym rosą samochodzie
Na plaży wylądowaliśmy za wcześnie
Do wchodu jeszcze chwila, więc postanowiliśmy zaparkować przy Konzumie i usiąść na ostatniej porannej kawie z Lokalsami na rivie
Spacerując do rivy oglądnęliśmy miejsce, w którym można kupić ekologiczną „proizwodę”
No rzeczywiście wybujała roślinność nieodparcie wskazywała na ekologię
Słońce wstawało nad być może ostatni raz widzianym Sutivanem
Stivańscy pracusie ruszali w drogę
Stivańska Maćka zastygła drzewiej w beruchu
wyznaczała jakiś spowolniony rytm, do którego i my się dopasowaliśmy
Wypiwszy kawę i otrzymawszy wiadomość, że Kaśki (a co dopasuję się do Zdzihów) są już gotowi do wyruszenia obraliśmy kurs na Konzum po drodze dokumentując ciekawą nazwę sklepu rybnego
W Chorwacji jak wiecie co rusz można się natknąć na zdezelowane auto
Ale taki okaz zauważliśmy pierwszy raz
Z reguły bowiem parkowaliśmy z drugiej strony Konzumu robiąc tam zakupy. Po dojechaniu Kasiek zwróciłem jej uwagę, ze jest łódź do kupienia. „Skasowałem” typa, który chciał na gapę do Blacy się zabrać
I ruszyliśmy
Dojazd jest bardzo łatwy. Trzeba się kierować z Supetaru w stronę Sumartina lub Bolu, skręcić do Vidowej Gory, pilnować rozwidlenia na Pustinja Blaca, i patrząc na małe drogowskazy skręcić z drogi, która teraz wiedzie na Farską do Pustinja. Dojeżdża się na parking – ktoś na forum pisał, że płatny, my nie płaciliśmy nic, bo było tylko jakieś małżeństwo z Holandii motocyklowe i jakieś auto. Katerina u siebie opisałą inne drogi, więc nie będę się powtarzał. (Katerina sorry za kurz – ale ostatni odcinek to szutry)
Zapoznaliśmy się z tablicą informacyjną
A gdzie ruszyliśmy, a owóż za siecią:
"W krasowych jaskiniach po Vidova gora na południowych wybrzeżach wyspy Brač w okresie renesansu założono szereg pustelniczych klasztorów: klasztor Stipančić (1416), pustelnię Silvio ( 1497) i poniżej, tylko trochę bliżej morza - Dračeva luka, zamieszkała w 1512 r. przez kapłanów z Poljicy i Dutić, Glagolskich mnichów, którzy uciekli przed Turkam. Nieco później w jaskini Ljubitovica na stromej zatoce na południowym krańcu wyspy dwóch głagolitycznych mnichów, którzy przybyli do Brač w 1551 r i tam znaleźli schronienie, które wkrótce rozwinęło się w pustelniczy klasztor. Był on utrzymywany i odnawiany przez pokolenia mnichów aż do ostatniego, ojca Niko Miličevicia, który zmarł w 1963 roku i był znanym jako astronom" – więcej w trakcie zwiedzania…
Drogowskazy informujące jak iść były różne, ale nie dało się ich nie zauważyć
Skoro Katerina zapodała w swojej relacji tak dużo zdjęć z tego, jak wygląda ścieżka, to ja powiem tylko tyle. Crocksy może są ok, zwykłe adidasy też wystarczą,
ale jednak proszę pamiętać, że utrzymanie nóg w odpowiednim stanie jest na urlopie bardzo ważne – i już wiele nie trując pokażę swoje zdjęcia z trasy do (bo jak zwykle bywa albo gnałem do przodu albo zostawałem w tyle wycieczki)
Od czasu do czasu mój wzrok przyciągały małe istoty martwiące się o to, by moje nogi nie zrobiły im krzywdy
Wspominane przez Katerinę braki oświtlenia nie bardzo mi przeszkadzały, ale ja nie mam zmysły fotograficznego. Chłonąłem naturę, na ile można było
Spotkany po drodze krzyż wrył mi się w pamięć…
Dziś, gdy to piszę i słyszę o krzyżu na Giewoncie, burzy i ofiarach przypomina mi się, że tak go właśnie jakoś dziwnie odebrałem. Niby jak prośba o dobre miejsce u Manitou dla tych co gdzieś takich właśnie ostępach zginęli…
Bliżej Blacy krajobraz stał się nieco mniej zadrzewiony momentami
A kiedy doszliśmy - za szybko – jeszcze było kawałek do 9.00 no to jakby to było, żeby Zdzihu coś nie wymyślił. Wlazłem na ile się dało na dość strome zbocze nad zbiornikiem wodnym, który zobaczycie w relacji u Kateriny, żeby zrobić takie inne zdjęcia, ot choćby jak te
Usłyszałem kozy, ale zanim je odnalazłem wzrokiem wysoko ponad klasztorem i zzoomowałem to pokazały mi niefotogeniczne oblicze
A potem odwróciłem się, i robiąc fotkę Katerinie i jej małżowi fotografujących właśnie mnie… poczułem jak grunt usuwa mi się pod nogami a ja walę plecami o glebę szukając rozpaczliwie stopami punktu zaparcia, aby nie pierdynkąć z kilkunastu metrów między drzewami w beton zbiornika.
Powiem tak. Po raz enty w życiu mój wrodzony dar wychodzenia z opresji zadziałał. Jedynie tylko nagły zryw pleców aby jak najszybciej całością oprzeć się o glebę spowodował odczucie naderwania jakiegoś ścięgna, nie wiem, mięśnia na plecach w okolicy przejścia odcinka lędźwiowego w piersiowy. Ból był do wytrzymania, ale oddychanie go potęgowało. Zagryzłem zęby, „nic się nie stało” rzuciłem i przełykając łzy zszedłem na dół.
Może wyczuwając, ze trzeba mi zalizać rany ten paskudny futrzak się do mnie zaczął łasić
Więcej zdjęć ze wspólnego dojścia do Blacy u Kateriny w relacji tu
https://www.cro.pl/mamma-mia-hippy-vis-i-happy-bra-t54738-750.html#p2093877A potem gdzieś z dołu usłyszeliśmy powtarzane jak mantrę zaklęcie
"Mis mala Mis… Mis mala mis…." O co kurde kaman???!!!
Ale to w następnym odcinku….