W czwartek rano po śniadaniu wymeldowujemy się z hotelu zostawiając auto i parę minut po ósmej wyruszamy w kierunku Zermattu, a docelowo do Gornergrat. Niestety, stosownie do możliwości uczestników wycieczki będzie to tylko punkt widokowy, a nie trekkingi po górach.
W tę stronę jedziemy zwykłymi pociągami z przesiadkami, opcji do wyboru jest kilka. SBB Mobile wszystko Wam powie. Którędy byśmy nie jechali, ostatni odcinek to trasa z Visp do Zermatt, biegnąca dość ostro pod górę i pociąg wolno wspina się na zębatce. Na dworcu w Visp i w tym pociągu po raz pierwszy zobaczyliśmy tłok, ludzie stali między siedzeniami.
Na żadnym odcinku nie było możliwości otwierania okien, w składzie były tylko nowsze wagony, a szyby matowe i brudne. Zdjęcia zrobione na tej trasie będą z drogi powrotnej.
Przed 13.00 wysiadamy w
Zermatt i kierujemy się na lewo do bocznego wyjścia. W odległości około 200 m. jest przyzwoity sklep Denner z normalnymi cenami. Za ten zestaw zapłaciłam coś 19 CHF, dodatkowo rogaliki w piekarni obok hotelu.
Ku mojej rozpaczy dzieje się to, czego się najbardziej obawiałam. Nie ma słońca, prognozy przewidują na górze deszcz, który miał się już skończyć, a przesuwa się na kolejne godziny. Spróbujemy chwilę przeczekać i nie idziemy od razu do kolejki, której stacja mieści się po przeciwnej stronie ulicy niż dworzec kolejowy.
Do hotelu mamy kilka minut. Czujemy się jak na Krupówkach w wersji lux.
O Petit Helvetia Budget Hotel zbyt wiele dobrego powiedzieć się nie da- plus z lokalizację, bezproblemowe zameldowanie (nazwisko z numerem pokoju na liści i klucz na tablicy), łazienkę z ciepłą wodą i czystą pościel. Ale ogólnie to stary zaniedbany obiekt, bałagan i brud na korytarzu, a pokój to ciemna norka z oknem na zaplecze i podest do sąsiedniego budynku. Gorąco, więc okno musi być otwarte, a klimatyzacji nie ma. To znaczy jest, ale w kuchni na dole, skąd przez cały wieczór wydobywają się trudne do zniesienia smrody. Jest czajnik i szklanki. Śniadanie OK.
Zjadamy lancz i zbieramy się do wyjścia.