Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Podróże RobaCRO - Lutalicy iz Novogardu

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
kulka53
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 13299
Dołączył(a): 31.05.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) kulka53 » 22.12.2009 22:46

Nie no, fantastycznie 8O

Takie łebskie wydmy, tylko trochę większe :lol: i kolory trochę inne :roll: . No i te wielbłądy :lol:

Po co wyście tam pojechali :wink: , teraz kolejne miejsce będzie czekało na "kiedyś".......

Faktycznie, jeżeli myślałbym o takiej wyprawie to właśnie w Wasz sposób, zdecydowanie najlepsza metoda na zwiedzanie tych nieco dalszych krajów lub wysp.
Aha, francuski (mniej więcej) znam, w końcu mógłby się przydać :wink:

Ciekawe czym zaskoczycie w 2010? 8) . Chyba jeszcze sami nie wiecie :lol:

PS Wszystkiego Najlepszego na Święta :D
Janusz Bajcer
Moderator
Avatar użytkownika
Posty: 105366
Dołączył(a): 10.09.2004

Nieprzeczytany postnapisał(a) Janusz Bajcer » 22.12.2009 22:58

kulka53 napisał(a):Ciekawe czym zaskoczycie w 2010 ? 8) . Chyba jeszcze sami nie wiecie :lol:


Młodość ma swoje prawa :D i jak to młodzi mówią, najlepiej wychodzi spontan :wink:
Vjetar
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 45308
Dołączył(a): 04.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Vjetar » 23.12.2009 08:40

RobCRO napisał(a):...kto zostawił tu swój trop???

Wąż
Lidia K
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3519
Dołączył(a): 09.10.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) Lidia K » 23.12.2009 11:49

Kulka już wyraził swój podziw (za mnie też). Ale ja muszę jednak coś dodać, te zdjęcia z pustyni i wydm są przepiękne. PRZEPIĘKNE. Będą mi się śniły po nocach. Fajnie, teraz noce najdłuższe.

No i śliczne macie takie jedno wspólne w cudownym ujęciu.

Życzę mnóstwa takich ujęć i objęć.
Lidia
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 30.12.2009 20:09

Odcinek IX - Kaskady d'Ouzoud i do zobaczenia spoko Maroko

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy :(. Stara prawda i w naszym przypadku znalazła potwierdzenie. Sobota była dla nas w zasadzie ostatnim dniem pobytu w Maroku :(.

Na koniec zaplanowaliśmy dodatkową atrakcję - przed wyjazdem umieściliśmy to miejsce na "rezerwie". Nie dlatego, że mało ciekawe, a dlatego, że nie wiedzieliśmy jak to nam wszystko wyjdzie czasowo. Udało się jednak dograć i ustalić trasę tak, żeby pod to miejsce podjechać...

Mimo niesprzyjających warunków (poduszki polarowe :)) udało się nam dobrze pospać. Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Początkowo główną trasą w kierunku na Marrakesz, by następnie odbić w boczną, górską drogę - z której roztaczały się wspaniałe widoki i przy której małe dzieciaki sprzedawały różne owoce. Zakupiliśmy od nich...sami nie wiemy, co to było dokładnie :). Takie czerwone, małe kulki :). Smakiem i wyglądem przypominały naszą polską poziomkę tylko w nieco większym rozmiarze :). Te dojrzałe smakowały dobrze, te mniej dojrzałe były nieco cierpkie...może po fotografiach uda się Wam rozpoznać, co to jest:

Obrazek

Obrazek

Wspinając się na przełęcz mijaliśmy jeziorko z infrastrukturą (bez pewności, że to miejsce turystyczne). Wg znalezionych informacji, jezioro powstało w wyniku wybudowania zapory Bin el-Widan, która zaspokaja 25% zapotrzebowania na energię elektryczną Maroka.

Widoki "ustrzelone" po drodze:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jezioro:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po ok. 2 godzinach dojechaliśmy do małego miasteczka Ouzoud. Jest ono znane dzięki znajdującym się tam kaskadom. Ich nazwa jak i samego miasteczka oznacza "oliwkę" (z języka berberyjskiego). A to dlatego, że w okolicy jest pełno gajów oliwnych. Warto wiedzieć, że ziemia, na której rosną oliwki należy do króla, a drzewka do poszczególnych rodzin. I zdarza się, że w jednym gaju rosną drzewka różnych właścicieli - są one oznaczane odpowiednim kolorem i ew. numerem np. niebieski pasek z liczbą "12" oznacza, że drzewo należy do Hassana a czerwony pasek z liczbą "8" do Mohammeda :). Ot, taki lokalny zwyczaj...

Obrazek
W "nogę" tu też można pokopać...

Obrazek
...a na deser można zjeść owoce :).

W Ouzoud zostawiliśmy auto na płatnym parkingu. Od razu podszedł do nas młody człowiek oferując swoje usługi - przewodnika. Grzecznie odmówiliśmy, ale skubany poszedł za nami a tak naprawdę wyprowadził nas w takie miejsce, gdzie potem byliśmy "zmuszeni" skorzystać z jego usług :). Doprowadził nas do punktu widokowego, skąd mieliśmy wspaniały widok na kaskady z góry. A chcieliśmy dostać się na dół i właśnie zejścia za bardzo nie mogliśmy odszukać. Wtedy to po wewnętrznej naradzie poprosiliśmy o pomoc Mohammeda :). Nie chciał jednak podać ceny, za jaką chce to zrobić - mówił, że niby co łaska. Każdy wie, że na "co łaskę", to i jest z góry ustalony cennik :).

Kanion widziany z góry:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mohammed sporo opowiedział nam o kaskadach, Maroku, ludziach, o różnicach między Arabami i Berberami. Facet naprawdę swoje usługi wykonywał fachowo. Jak się chwalił zna biegle francuski, angielski, niemiecki...

Wodospady mają ok. 110 m wysokości a woda spada do płynącej poniżej rzeki wijącej się kanionem. Brzegi wodospadów nie są zabezpieczone. Często dochodzi tam do nieszczęśliwych wypadków. Mohammed mówił nam, że władze nie chcą postawić barierek ze względu na chęć pozostawienia krajobrazu takim, jakim jest. Gdy spogląda się z dołu - to widać, że na górze stoi się na podmytych skarpach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Aby przeprawić się na drugi brzeg rzeczki potrzeba skorzystać z mini promu :). Oczywiście za drobną opłatą...Warto się na to skusić, bo sternik podpływa niemal pod same kaskady. Wrażenie niesamowite :).

Obrazek
Na łodzi...

Obrazek
Sternik kieruje łódź wprost pod wodospad...

Obrazek

Po przeprawieniu się na drugi brzeg, nasz przewodnik zaproponował nam posiłek. Pora była odpowiednia. Zaprowadził nas do knajpy swojego znajomego (marokańskie powiązania :)), a sam ulotnił się gdzieś - to nazywa się wyczucie sytuacji, bo niestety zdarza się w Maroku, że turyści nie są odstępowani na krok przez tubylców, co bywa niekiedy bardzo męczące. Zajęliśmy miejsce na tarasie z widokiem na kaskady. Zgodnie z rekomendacją zamówiliśmy tradycyjnego, berberyjskiego omleta :). Podano nam go w tadżinowym naczyniu i smakował wyśmienicie :).

Obrazek
Nasza cała ekipa

Obrazek

Mieszkańcy Ouzoud:
Obrazek

Obrazek

Na koniec zwiedzania kaskad mieliśmy spotkanie z małpkami. Zaskoczyły one nieco Maćka, który się ich zupełnie nie spodziewał. Wystraszył się potwornie, kiedy jedna z nich niespodziewanie skoczyła mu prosto na klatę :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przy aucie rozstaliśmy się z przewodnikiem. Jak wspomniałem, wcześniej, zaplata miała być, co łaska - uzgodniliśmy, że damy mu 100 dh. A tu niemiła niespodzianka, po której pozostał niesmak :(. Mohammed wyraźnie niezadowolony zaczął marudzić, że zwykle dostaje więcej, że to że tamto...dołożyliśmy mu jeszcze 50dh. To go bardziej zadowoliło, ale w naszych oczach sporo stracił...i warto pamiętać, że w Maroku cenę zdecydowanie lepiej ustalić z góry.

Kaskady naprawdę warto odwiedzić - z Marrakeszu jest do nich ok. 170 km. Niedaleko, a miejsce piękne. Maćkowi bardziej podobało się w Ouzoud niż...wiem, wiem, narażę się Cromaniakom, ale stwierdził, że jest tam lepiej niż w Krka.

Po raz kolejny trzeba podkreślić, że doskonale trafiliśmy z porą zwiedzania. Latem są tam podobno wielkie tłumy turystów. W listopadzie da się ich uniknąć...

Z Ouzoud jechaliśmy już prosto do Casablanki. Najpierw boczną drogą do głównej i przez marokańskie miasteczka jechaliśmy prosto do celu. Gdzieś w Khourbiga zabłądziliśmy. Ale, kto by pomyślał, że główna arteria zaprowadzi nas na...dzikie wysypisko śmieci. Po prostu, nagle skończyło się osiedle a zaczęło wysypisko, na którym nawracaliśmy.

Trafiliśmy też na większy niż zwykle ruch drogowy. Ogólnie, po Maroku jeździ się bezproblemowo i ruch jest naprawdę umiarkowany. W sobotę w stronę Casy ciągnęło więcej aut. Na marokańskich drogach trzeba uważać na innych użytkowników. Potrafią oni tak naładować swoje wozy, że szok :). Widzieliśmy takiego jednego "partyzanta", który zgubił na drodze swój bagaż (=snopki ze słomą). Marokańczycy posiedli niezwykłą umiejętność ładowania towaru na swoje samochody, ale jak widać nie każdy ma ten "dar".

Marokańscy kierowcy:
Obrazek

Obrazek

W Berrehid niedaleko od Casy wjechaliśmy na autostradę - płatną. Cena za przejazd tego odcinka to bodajże 10 dh. Niewiele a sprawnie można dojechać do miasta.

W samej Casie trochę pobłądziliśmy, zanim dojechaliśmy pod nasz hotel. Po raz kolejny przydały się nam wydrukowane z Internetu plany miasta. Pod hotel dojechaliśmy ok. 20.

Po zostawieniu w pokojach plecaków poszliśmy na zakupy - w pobliżu naszego hotelu znajduje się spory supermarket. Chcieliśmy nabyć trochę marokańskich specjałów. Trochę zamieszania narobiliśmy przy stoisku z alkoholem, które było już zamknięte. Obsługa specjalnie dla nas je otworzyła. Chyba podobnie jak w Macedonii mają tam prohibicję od określonej godziny. Ale widząc, ze jesteśmy turystami, to alkohol nam sprzedano. Co ciekawe, zaraz inni (czyt. tubylcy) niemal rzucili się po butelki z % trunkami. Nabyliśmy winka, piwo (ten ich "Special" to żaden specjał...trudno tęsknić za jego smakiem :) Tak na marginesie, w sklepie puszka 0,33l kosztuje bodajże 8 dh). Trochę by zabrać do kraju, trochę by mile spędzić ostatni wieczór w Maroku. Przy okazji, o czym już chyba verus wspomniał, że alkohol pakują do czarnych, nieprzeźroczystych toreb...

Po zakupach podjechaliśmy pod meczet Hassana II. Chcieliśmy zobaczyć go w nocnej scenerii...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W hotelu trochę posiedzieliśmy, powspominaliśmy wydarzenia...

Noc była krótka, wieczór się nam przedłużył...na dźwięk budzika nikomu się wstać nie chciało :(. Byliśmy jednak umówieni z szefem naszej Dacii na 6.00, że zawiezie nas na lotnisko. Przyjemność ta była w cenie wypożyczenia auta :).

Na lotnisko dojechaliśmy godzinę przed odlotem - z Casy prowadzi na nie autostrada (ta na Marrakesz). Już na wejściu przechodzi się przez bramki. Łatwo też jest się na nim pogubić i trochę pobłądziliśmy zanim znaleźliśmy nasz terminal. Musieliśmy też odszukać kantor, bo Maćkowi i mi zostało trochę ichniejszej waluty. Oficjalnie jest zakaz wywozu dirhamów z Maroka. Podobno celnicy potrafią "trzepać" bagaże w ich poszukiwaniu...

Przy wylocie z Maroka ponownie wypełnia się świstek - taki sam jak przy podróży "tam". Przejście przez bramki to...wielka lipa, ja np. nie zdjąłem zegarka, a celnik kazał mi przechodzić. Gadanie o bezpieczeństwie, to chyba jest jedynie dla lepszego samopoczucia...

Ok. 8.30 wystartowaliśmy. Z okien Airbusa obserwowaliśmy Casę, ocean...niestety nad Hiszpanią niebo niemal całe zasnute było chmurami i widoków praktycznie żadnych.

Przed 12 wylądowaliśmy w Paryżu - już na pokładzie samolotu do stolicy Francji informowali nas o naszej przesiadce. Mieliśmy na nią ok. 30 minut. Mało, ale mieliśmy nadzieję, że zdążymy. Nie zdążyliśmy...odprawa francuska trwała za długo. Najpierw straż graniczna sprawdzała paszporty, potem bramki - przypuszczaliśmy, że my jako turyści tranzytowi będziemy z tego zwolnieni, ale niestety tak nie jest :(. Gdy podbiegliśmy pod naszą bramkę, była już zamknięta :(. Samolot do Warszawy już kołował...oczywiście, zaraz ruszyliśmy do obsługi. Tam miły człowiek poinformował nas, że...nie ma takiej opcji, żeby ten samolot na nas zaczekał. Ba, dodał że na następne dwa loty także nie ma miejsc :(. Na szczęście, Wiola nas uratowała. Tak teraz myślę, że gdyby nie jej znajomość języka, to nie wiadomo kiedy byśmy wylecieli z Paryża.
A tak Wiola załatwiła nam miejsca w I klasie na następny lot 3 godziny później.

Dodatkowo na pocieszenie, dostaliśmy bon na sandwicza i coś do picia...obawialiśmy się również o nasze bagaże. Ale, te na szczęście zostały z nami w Paryżu.

Posiedzieliśmy w małej knajpce, trochę pokręciliśmy się po lotnisku i w sumie trzeba było zbierać się do naszego lotu. W I klasie zdecydowanie wygodniej...a za sąsiada mieliśmy znanego z występów w Skrze Bełchatów - reprezentanta Francji w siatkówce Stephana Antigę z rodziną.

Po dwóch godzinach wylądowaliśmy z zimnej, acz naszej stolicy...odebraliśmy bagaże (dotarły :)!), zapakowaliśmy się do autobusu i dojechaliśmy na Centralny. Tam każdy wsiadł do pociągu w swoją stronę...snując plany na kolejne wyjazdy :).

PS dziękujemy wszystkim za miłe słowa i pochwały dotyczące naszego pustynnego wypadu...

PS Danusiu, od Ciebie zawsze dowiadujemy się czegoś nowego...

PS Kulka, naszym kierowcą był Maciek - spore czarnogórskie doświadczenie w pokonywaniu podjazdów, zjazdów, serpentyn :).

PS W 2010 roku na pewno zaskoczymy :).
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:40 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
magiana
Turysta
Avatar użytkownika
Posty: 13
Dołączył(a): 13.11.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) magiana » 30.12.2009 21:34

Robert, przepiękne zdjęcia, wodospady, pustynia, i te wcześniejsze - cudo! tak, jak cała wyprawa!
życzę udanego sylwka! :D
Vjetar
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 45308
Dołączył(a): 04.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Vjetar » 31.12.2009 09:13

RobCRO napisał(a):...skubany poszedł za nami a tak naprawdę wyprowadził nas w takie miejsce...


To w końcu kto za kim szedł ? :wink: :lol:


RobCRO napisał(a):PS W 2010 roku na pewno zaskoczymy :).

Po prostu coś napisz...

Pomyślności.
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 05.01.2010 20:42

Spoko Maroko - Podsumowanie

O Maroku można by napisać dużo i w samym superlatywach. Ale, słowa nie oddadzą tego, jak tam jest w rzeczywistości. Kraj urzeka na każdym kroku. Atlasowe krajobrazy zmieniają się co kilkadziesiąt metrów. Poukrywane kazby, tak że trzeba dobrego oka, żeby wypatrzyć je ukryte wśród skał...Toubkal, który choć nie daje się łatwo, czeka na górskich wędrowców. Mili, sympatyczni i pomocni tubylcy...no i wyśmienita kuchnia :).

Miejsc do zwiedzania jest naprawdę sporo. My z powodu tak krótkiego pobytu zmuszeni byliśmy wybrać jedynie kilka miejsc. Musieliśmy ograniczyć się w sumie do jednej części kraju. Stąd nie widzieliśmy nic na północy jak choćby Chechaouen. Odpuściliśmy sobie też miasta takie jak Fez, Rabat, Meknes. Kulka już pisał i w pełni się z nim zgadzamy, że to, co najpiękniejsze jest między nimi. Miasta są do siebie podobne...krajobrazy zmieniają się i czarują :).

Szczególną radość przyniosło nam wejście na Toubkala. Ponadto, Ait Benhaddou i pustynia zrobiły na mnie największe wrażenie. Może dlatego, że takich miejsc wcześniej nie widziałem. A i na kolejną wizytę sporo by zostało...:)

Ważny jest również aspekt finansowy. Pobyt w Maroku nie jest drogi - być może w sezonie letnim ceny są nieco wyższe i trudniej np. o nocleg w takich miastach jak Marrakesz. Płaciliśmy za nocleg średnio tak ok. 15-20 zł/ osoba/ noc. Nieco drożej było jedynie na Toubkalu. Ceny w knajpach zróżnicowane w zależności od miejsca, ale dobry posiłek można zjeść za ok. 15- 20 zł. Odważni, acz Danusia przekonuje, że nie ma to wiele wspólnego z odwagą, mogą posilić się za przysłowiowe grosze w małych knajpkach na uliczkach medyn.

Maroko lepiej wg nas odwiedzić po sezonie. Listopad jest dobrym miesiącem. Choć może to my tak trafiliśmy. Nie jest wtedy za gorąco, a temperatura oscylująca wokół 25C czyni pobyt bardzo przyjemnym. Warto jednak zabrać jakieś kremy, bo skóra niestety wysycha...udało się nam również z pogodą w górach, choć wg relacji innych, w listopadzie trzeba się liczyć z zimowym wejściem na Toubkala. My nie mieliśmy śniegu :). Deszcz też potrafi w Maroku padać a listopad jest początkiem pory deszczowej. W czasie naszego pobytu nie spadła ani kropelka...

Poruszać się po Maroku można na wiele sposobów. Najlepiej tak jak my - wypożyczyć auto i jechać tam, gdzie się chce. Oczywiście, jak ktoś ma dużo wolnego, może pokusić się o przyjazd własnym autem, ale tak naprawdę, to oprócz tego gościa od rowerów, to innych polskich blach nie widzieliśmy. Były auta na rejestracjach niemieckich, brytyjskich i sporo hiszpańskich. Ale ci ostatni to mają blisko...ruch drogowy w Maroku należy do umiarkowanych. Oprócz sobotniego przejazdu do Casy na drogach było stosunkowo pusto a na niektórych wręcz żadnego ruchu. Jakość dróg dobra, nieliczne przypadki gorszej nawierzchni. Jak wspomniałem w relacji, do życzenia pozostawia oznakowanie dróg. Rzadko trafiają się tablice z wypisanymi miejscowościami i kilometrami do nich - za to gęsto przy drodze są małe słupki takiego typu:

Obrazek

Jeszcze gorzej jest z oznakowaniem miast. Najlepiej mieć choćby wydrukowane z netu plany miast. Naprawdę pomagają - jak nam w Casie czy Marrakeszu. Drogi są płatne, ale ze względu na to, że jechaliśmy krótkim odcinkiem, to nie możemy powiedzieć, czy opłaty są niskie czy wysokie. O cenach benzyny za to już coś powiedzieć możemy, kosztuje ona podobnie jak u nas. 1 litr kosztuje ok. 10 dh. Przy bocznych drogach stacji w zasadzie nie ma. Przy głównych jest ich sporo...cen LPG nie znamy, nie widzieliśmy, żeby coś takiego było sprzedawane :).

Inne "ciekawe" znaki:
Obrazek

Obrazek
Po kształcie wiadomo, o co chodzi...:)

Obrazek

Obrazek

Oznaczenia drogowe:
Obrazek

Obrazek

Obrazek
Trzeba niekiedy uważać, bo nazwa miejscowości na znaku może się różnić od tej, którą macie na mapie - nas to spotkało w Todra.

Jeśli ktoś nie ma przekonania do wypożyczenia i prowadzenia auta w Maroku pozostaje transport publiczny. Sieć kolejowa łączy najważniejsze miasta. Pociągi są tanie i komfort jazdy może nawet lepszy niż w naszych pośpiechach (tfu, teraz to szumnie zwane TLK). Z autobusów nie korzystaliśmy...są też taksówki. Te małe - petit taxi kursujące w obrębie miasta i te większe - grande taxi kursujące także poza obszarem miasta.

Obrazek
Marokańskie "blachy"

Obrazek
Petit taxi

Obrazek
Animal taxi :)

Obrazek
Nawet PKS do nas dochodzi...

Obrazek
Ludzie listy piszą...

Tutaj znajdziecie trochę linków (pomijam te umieszczone wcześniej w relacji), które mogą się przydać planując wypad do Maroka:
- mapy, info o górach etc - tutaj

- mapa okolic Marrakeszu - tutaj

- Francuski Klub Alpejski z Casy (info nt. Toubkala, schroniska górskie, przydatne wiadomości dla tych, którzy lubią atlasowe wędrowanie) - tutaj

- spory wybór map - tutaj

- pogoda dla Oukaimeden (stacja narciarska w Atlasie na 3232 m.n.p.m.) - tutaj

pozdrawiamy wszystkich czytelników bardzo serdecznie w nowym 2010 roku :)
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:41 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 08.01.2010 20:07

Rudno - Tenczyn. Grudzień 2009

W jedną z grudniowych sobót wybraliśmy się na zwiedzanie ruin zamku Tenczyn. Początkowo, planowaliśmy górskie łażenie po Beskidzie Śląskim. Zmuszeni jednak zostaliśmy do zmiany naszych planów ze względu na pogodę. Uznaliśmy, że skoro nie ma wcale śniegu, jest mglisto i ogólnie dosyć paskudnie, to Beskid sobie odpuszczamy...Wtedy wymyśliłem, że w zamian możemy wybrać się do Rudna na zamek Tenczyn. Co prawda, Wiola już tam kiedyś była, ale dosyć dawno temu...

Rano ruszyliśmy pociągiem do Krzeszowic z przesiadką w Katowicach. Krzeszowice stanowią najlepszy punkt wypadowy do Rudna. Po przyjeździe sprawdziliśmy, czy nie ma jakiegoś busa pod zamek. Stety lub nie, ale ten akurat odjechał kilka minut wcześniej. Następny był za ok. 2 godziny. Postanowiliśmy iść na pieszo...w okolicy dworca PKP jest rozstaj szlaków.

Obrazek

Obrazek

Pod zamek prowadzi żółty szlak o długości 5,7 kilometra. Oprócz krótkiego odcinka jest to "asfaltówka" :(. Na szczęście, prowadzi on rzadko uczęszczaną drogą, więc mijały nas pojedyncze samochody. Zresztą, spacer był bardzo przyjemny. Mieliśmy też okazję zobaczyć stado sarenek :)...

Obrazek

Po ok. godzinie doszliśmy pod zamek - schowany nieco za drzewami. Niestety, nie ma możliwości zwiedzania zamku od wewnątrz. Co prawda, na upartego dałoby się gdzieś tam wcisnąć, ale wszystkie łatwiejsze drogi zostały zamurowane. Nie wygląda to zbyt dobrze - stare cegły/ kamienie zmieszane z nowymi :(. Rozumiem kwestie bezpieczeństwa, ale mądre głowy mogłyby pomyśleć o estetyce miejsca. Choć nie wiem, czy ten zamek ma jakiegoś gospodarza. Bo to naprawdę wspaniała, imponująca budowla przepięknie położona na niewielkim wzniesieniu. Cud - miód na oczy spoglądać na budowlę ze wzniesienia z przeciwnej strony. Robi niesamowite wrażenie :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert z tenczyńskim zamkiem w tle...

Zamek w Tenczynie (zwany też i Tęczyn) zbudował w połowie XIV w. Andrzej Tęczyński herbu Topór. Wcześniej jego ojciec Nawój z Morawicy, wojewoda sandomierski i kasztelan krakowski założył tu osadę (był właścicielem 15 okolicznych wsi) i być może rozpoczął budowę zamku, poprzez postawienie zabudowań drewnianych i jednej z zachowanych do dzisiaj okrągłych baszt gotyckich (zwanej Dorotką). Średniowieczny zamek składał się z trzech takich baszt i jednej wieży kwadratowej otoczonych murem. W 1656 r. - podczas "potopu" zamek próbowali zdobyć Szwedzi. Udało im się to dopiero podstępem. Obrońcy w razie kapitulacji otrzymali przyrzeczenie wolności, jednak Szwedzi wymordowali większość z nich. W zamku szukali ukrytych tam ponoć skarbów koronnych, nic jednak nie znaleźli. Rok później opuścili go i spalili. W 1768 r. - wielki pożar powstały od uderzenia pioruna zniszczył zamek, który był już na wpół opuszczony. Więcej o historii zamku możecie poczytać tutaj.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po obejściu zamku, porobieniu "zamglonych" fotek postanowiliśmy wracać do domu. A że nie chciało się zasuwać na piechotę, złapaliśmy stopa. Pierwsze auto, które jechało (zaraz po naszym wejściu na drogę), zatrzymało się. Sympatyczny kierowca podrzucił nas do Krzeszowic. Niestety, tam mieliśmy mniej szczęścia, bo akurat nasz pociąg na Katowice uciekł nam sprzed nosa :(. W oczekiwaniu na następny zrobiliśmy sobie krótki spacer po mieście. Nic ciekawego jednak nie znaleźliśmy...Do domu wróciliśmy późnym popołudniem...

Wycieczka była udana - żadnego żalu, że nic nie wyszło z górkami - w górach namęczylibyśmy się a widoków żadnych. Tenczyn bardzo mi się spodobał, choć jak wspomniałem przydałby się jakiś gospodarz. Naprawdę, żal...ściska, gdy widzi się, że takie miejsca stają się nijakie i popadają w zupełną ruinę :(.

Dla "Krakusów" dobre miejsce na jednodniowe wypady na łono przyrody :). Dla miłośników zamków punkt obowiązkowy :).
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:43 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
piotrf
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 15719
Dołączył(a): 26.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piotrf » 08.01.2010 20:56

Zgadzam się z Tobą w 100%
Szkoda tych ruin :? a swoją drogą co ma na ten temat do powiedzenia konserwator zabytków , po za tym , że oczywiście nie posiada środków . . .

W Tenczynie pierwszy raz byłem gdzieś pod koniec lat 70 tych , kiedy wraz z rodzicami Syreną 105 przemierzaliśmy "Szlak Orlich Gniazd" - buszowaliśmy po ruinach , zaglądając w każdy zakamarek - szkoda , że nikt z nas wtedy nie fotografował :? :)
Użytkownik usunięty

Nieprzeczytany postnapisał(a) Użytkownik usunięty » 08.01.2010 23:49

Dzięki za pozdrowienia z "mojej" Kotliny :lol: Mamy nadzieję, że jakieś fotki tutaj również się pojawią.
Pozdrav
Nata i Sławek
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 13.01.2010 19:44

Dwa zimowe szczyty z Korony Gór Polski - Styczeń 2010

Śnieżnik


Po sylwestrowych szaleństwach przyszła pora na górski "odpoczynek" :). Sylwester udał się nam znakomicie. Bawiliśmy się super i udanie weszliśmy w nowy 2010 rok :).

Pierwszą noworoczną wycieczkę postanowiliśmy zrobić do Kotliny Kłodzkiej. Już nieco wcześniej mieliśmy w naszych planach wypad w ten region, ale wtedy plany pokrzyżowała nam pogoda. A skoro po Sylwestrze były 3 dni wolnego, to czemu nie skorzystać z okazji :). Wiola zadzwoniła w kilka miejsc. Spodziewaliśmy się, że właśnie ze względu na długi weekend wszystko będzie zajęte, ale spotkała nas bardzo miła niespodzianka. W jednym z ośrodków był wolny pokój 4-osobowy od 1.01 do 3.01.2010r.. Na wspólny wyjazd długo nie musieliśmy namawiać naszych znajomych Zosi i Pawła. Paweł też zresztą już kiedyś wspominał, że chętnie by się wybrał na eksplorację Kotliny Kłodzkiej :). Teraz trafiła się ku temu okazja.

Z Tychów wyjeżdżaliśmy w nowy rok po południu. Pogoda była taka sobie - mglisto, ale dosyć ciepło i co gorsze - zupełnie bez śniegu, na który liczyliśmy. Obraliśmy trasę na Gliwice, gdzie wjechaliśmy na A4 nowym węzłem (podobno można było tam zastosować prostsze rozwiązania). Z autostrady zjechaliśmy na Krapkowice i przemierzaliśmy ładne, bardzo senne tego dnia śląsko-opolskie miasteczka. Podobnie, jak kiedyś na Kaszubach powitały nas dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości.

Obrazek

W jednej z takich miejscowości zrobiliśmy sobie postój. Miejsce nie zostało wybrane przypadkowo. Na mojej liście miejsc do zobaczenia miałem Mosznę. I tak ułożyliśmy trasę, żeby zwiedzenie Mosznej było możliwe :).

Nazwa wioski pochodzi prawdopodobnie od nazwiska Moschin. Jak głosi legenda, Moszna w średniowieczu należała do Zakonu Templariuszy. W roku 1679 właścicielami Mosznej była rodzina von Skall. W 1723 roku po śmierci właścicielki Ursuli Marii von Skall, Moszna przeszła w ręce jej kuzyna nadmarszałka dworu Fryderyka Wielkiego - Georga Wilhelma von Reisewitz. Z tego okresu pochodzi pałac - środkowa część dzisiejszego zamku. W 1853 roku Karl Gotthard Seherr-Thoss sprzedał Mosznę Heinrichowi von Erdmannsdorfowi, który zbył ją w 1866 roku Hubertowi von Tiele-Winckler z Miechowic. Jego syn Franz Hubert był pomysłodawcą i budowniczym zamku, wzniesionego po tym, jak w 1896 roku częściowo spłonął barokowy pałac. Po II wojnie światowej losy zamku układały się różnie - od 1972 roku funkcjonuje jako szpital leczenia nerwic. Zamek ma 365 pomieszczeń i 99 wież. Gdyby kogoś interesowała historia zamku, można zajrzeć na oficjalną stronę.

Obrazek
Zamek z "wystającą" szklaną oranżerią :(

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zrobiliśmy sobie krótki rekonesans wokół zamku. Budowla jest faktycznie bardzo ciekawa, choć mi się nie spodobała szklana oranżeria. Jej bryła psuje ogólny widok...pewnie też i zamek o wiele lepiej prezentuje się przy ładnej pogodzie. We mgle, choć owiany nutką tajemniczości, sprawia dość posępne wrażenie. Do środka nie wchodziliśmy. Nawet nie wiem, czy jest to możliwe...

Klimaty wokół zamku:
Obrazek

Obrazek

Obrazek


Z Mosznej pojechaliśmy na Nysę, skąd dalej przez Kłodzko, które powitało nas zimą, dojechaliśmy do Międzygórza. To ta miejscowość miała stanowić bazę na dwa najbliższe dni. Bez problemu odszukaliśmy nasz pensjonat - Nad Wodospadem.

Wieczór spędziliśmy na rozmowach - głównie na temat wakacji. Coraz bardziej krystalizuje się nasz plan na ten okres :). Trochę zmęczeni podróżą i nocą sylwestrową, dosyć szybko wskoczyliśmy do łóżek. Trzeba było to wszystko odespać :). Cieszył nas widok za oknem, bo rozsypał się śnieg. Dobrze to rokowało na dzień następny...

Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Długo wylegiwaliśmy się...i dopiero po 10 ruszyliśmy na szlak. Przez noc trochę śniegu napadało, ale liczyliśmy, że będzie go więcej...mieliśmy też nadzieję na słońce, ale ta okazały się płonne i dzień podobnie jak poprzednie był mglisty :(.

Najpierw zobaczyliśmy jedną z atrakcji Międzygórza - Wodospad Wilczki. Wysokość wodospadu wynosi 22 m. Jest to drugi co do wielkości wodospad w polskich Sudetach, po Wodospadzie Kamieńczyka. Przed wielką powodzią w 1997 r. woda spadała z wysokości o 5 metrów większej. Powódź wymyła wtedy, jak się okazało, sztucznie wykonany próg z początków XIX w. Przed 1945 r. wysokość wodospadu sięgała nawet 30 m. Wody spadają z progu szerokości ok. 3 m do niewielkiego kotła eworsyjnego wyżłobionego w mniej odpornych łupkach łyszczykowych. Zimą wokół kaskady tworzy się efektowny lodospad...wokół wodospadu został utworzy w 1958 r. Rezerwat Przyrody.

Obrazek

Obrazek

Po zwiedzeniu wodospadu ruszyliśmy przez miasteczko na właściwy szlak. Pod sklepem wdaliśmy się w krótką rozmowę z miejscowymi, którzy leczyli kaca tanim winem :). Pogadaliśmy o pogodzie, że zima tego roku to jakaś marna :(.

W centrum miasteczka trafiliśmy na znak ze szlakami, m.in na cel naszej wędrówki czyli Śnieżnik :). Wynikało z niego, że na górę mamy 3 godziny. Początek oznakowanego szlaku wiódł dalej wzdłuż ul. Śnieżnej (a jakże by miała się nazywać inaczej) do końca miasteczka. Po drodze mijaliśmy nielicznych turystów. Pewnie większość wyszła na szlak zdecydowanie przed nami. Po minięciu tabliczki oznaczającej koniec Międzygórza, weszliśmy na leśny dukt. Ale, i ten dosyć szybko się skończył i zaczęła się wspinaczka :). Nie było wcale tak łatwo - szlak pokryty był cienką warstwą śniegu, pod którym był lód. Po takim czymś nie było się łatwo poruszać :(.

Uchwycone po drodze (szukaliśmy pierwszych oznak zimy tej zimy :)):
Obrazek
Leśna ścieżka

Obrazek

Obrazek
"Zasuwają" aż miło...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na szlaku spotkaliśmy trochę turystów. Jedna para chciała sobie skrócić drogę. I o ile facet pokonał podejście sprawnie, to jego kobieta bardzo się męczyła. Gdyby poszli szlakiem, nic by nie stracili czasowo...jak widać, nie każdy skrót daje korzyść :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola, w tle...schronisko na Śnieżniku :)

Obrazek
Schronisko...

Po ok. 2,5 godziny doszliśmy pod schronisko na Śnieżniku. Od razu po wyjściu na otwartą przestrzeń zrobiło się zdecydowanie chłodniej i wietrznie. Termometr umieszczony na ścianie schroniska wskazywał temp. -10C. Brrr, zimno...Postanowiliśmy od razu ruszyć na szczyt a do schroniska zajrzeć po powrocie. Zosia została (była na górze latem 2009r. przy ładniejszej pogodzie). Ze schroniska na szczyt idzie się ok. 30 minut. Niewątpliwie był to najtrudniejszy odcinek. Wiało okrutnie i było naprawdę zimno...dobrze, że część odcinka prowadzi przez las.

Uchwycone w drodze na szczyt:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Szczyt osiągnęliśmy zgodnie z prognozowanym czasem przejścia. Śnieżnik- 1425m. - nasza pierwsza górka w roku Anno Domini 2010 :) i kolejna górka z Korony Gór Polskich :). Na szczycie zostaliśmy tylko kilka chwil. Przenikliwe zimno, mgła nie pozwalająca podziwiać widoków skłoniły nas do pstryknięcia kilku fotek i szybkiego powrotu na dół...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola i jej...

Obrazek
...włosy

Obrazek
Paweł, Robert

W schronisku spotkaliśmy się z Zosią. Zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek i napiliśmy się grzanego piwa. Ruch w schronisku był całkiem spory. Nie siedzieliśmy zbyt długo, obawialiśmy się trochę zejścia ze względu na oblodzony szlak.

Nasze obawy szybko się potwierdziły. Niedługo po wyjściu ze schroniska wylądowałem na 4 literach. Następne kroki stawiałem bardziej ostrożnie...dalej już obyło się bez podobnych "incydentów". Jeden z odcinków, który przypuszczaliśmy, że może sprawić nam trudności (duże nachylenie) postanowiliśmy sobie wydłużyć i obejść go drogą. Była to dobra decyzja...

Ze szlaku zeszliśmy przed zachodem słońca...zrobiliśmy drobne zakupy i wróciliśmy na kwaterę. Co prawda planowaliśmy wybrać się do ogrodu bajek. Ale, w ciemnościach pewnie niewiele byśmy zobaczyli. Zresztą pewnie był zamknięty. Lepiej było zostać w ciepłym pokoju, pogadać i obejrzeć...Rambo :). Około północy poszliśmy spać...następnego dnia czekała na nas następna górka :).

PS Sławek, Międzygórze od Ciebie pozdrowiliśmy...
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:45 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
Tymona
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2140
Dołączył(a): 18.02.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Tymona » 13.01.2010 20:52

Fajnie, że pokazaliście zamek w Mosznej - przynajmniej przypomniałam sobie, że przecież jest to miejsce na jakąś wiosenną wycieczkę :D
A ogrodu bajek to chyba nie należy żałować :wink:

No i taki ładny zimowy lodospad :wink: Wilczki - takiego to nie widziałam, bo zawsze latem go odwiedzaliśmy :D

pozdrawiam
:D

p.s Melduję, że filmów z Doliny Kłodzkiej nie widziałam :wink:
maslinka
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 13534
Dołączył(a): 02.08.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) maslinka » 13.01.2010 21:23

Robercie, piękna zimowa wycieczka, mimo że zabrakło słonka. Za to włosy Wioli wyglądają rewelacyjnie :!: :D

Wodospad Wilczki fajnie się prezentuje w "zimowej szacie". Podobnie jak Tymona, widziałam go latem, z tym, że w deszczowy dzień, więc nie zanotowałam w pamięci, że mi się szczególnie podobał. Na Twoim zdjęciu przeciwnie - wygląda pięknie.
Pamiętam, że w Międzygórzu strasznie zmokliśmy i ratowaliśmy się ucieczką do jakiejś karczmy, w której zjadłam przepyszny sznycel szwajcarski :D

A Moszna też jest w moich planach. Tylko to dobre miejsce do zwiedzania "po drodze", jadąc gdzieś dalej. Zostawimy sobie tę atrakcję do zwiedzania np. w drodze w Sudety.

Dzięki za pokazanie uroków zimy w górach :D
Pozdrawiam serdecznie :papa:
Użytkownik usunięty

Nieprzeczytany postnapisał(a) Użytkownik usunięty » 13.01.2010 22:08

Witam!

"Narzekałem" ostatnio, że mało Sudetów na forum... :)

Powtórzę tylko za innymi, że bardzo fajna wycieczka.

Kolejny klejnot do Korony zdobyty... rozumiem więc, że w sobotę będzie następny :)

Pozdrawiam
Interseal M.
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



cron
Podróże RobaCRO - Lutalicy iz Novogardu - strona 31
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
reklama
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2022