Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Podróże RobaCRO - Lutalicy iz Novogardu

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 22.08.2009 15:38

10. Dzień XII - Ohrid

Ten dzień zapowiadał się zupełnie lajtowo...bez nastawianych budzików, bez pośpiechu. Ot, tak jak powinno być na wakacjach :). A w planach jedynie wyjazd na zwiedzanie Ohridu.

Ok. 11 ruszyliśmy do jednego z najpiękniejszych miast Macedonii, do którego dostaliśmy się busem za 40 denarów (60 denarów = 1E). Na przystanku byliśmy zaczepiani przez macedońskie "złotówy". Proponowali nam transport za 50 denarów, ale nie byli w stanie upchać do wozu całej naszej czwórki. Podróż ze Strugi do Ohridu trwa z pół godziny.

Po dojechaniu na miejsce, poszliśmy na dobrą kawę i jeszcze lepsze lody. Jedynie Gabi miała problem natury żołądkowej i coś jej te lody nie wchodziły :(.

Potem poszliśmy na zwiedzanie miasta. O Ohrid sporo już napisałem dwa lata temu w tej oto relacji. Mogłem się wykazać jako przewodnik - w sumie to w mieście byłem już po raz trzeci.

Obrazek
Gabi, Wiola i Paweł zastanawiają się, co im pokażę w tym Ohridzie :)

Obrazek
widok na stare miasto w Ohrid

Obrazek

Zwiedzanie zaczęliśmy od cerkwi - Zofii, ale dopiero Sv. Jovan Kaneo zrobił na trójce moich współpodróżników wrażenie. Bez dwóch zdań, ta cerkiewka należy do najładniej położonych, chyba w całej Europie :). Jak zwykle, dużo osób kręci się blisko niej...

Obrazek
Wiola & Robert przed cerkwią Sv. Jovan Kaneo

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Później była cerkiew Plaoshnik - jedyna zmiana w porównaniu do stanu z 2007r. była taka, że powiększono i ogrodzono teren wykopalisk archeologicznych. Wdrapaliśmy się też na twierdzę cara Samuela, nad którą teraz królują dwie flagi Macedonii, w tym jedna naprawdę wielka - druga takich samych rozmiarów powiewa nad centrum miasteczka. Widok z wieży podobał się reszcie ekipy...

Obrazek
Wiola & Robert na twierdzy...

Obrazek
Macedonia forever :)

Obrazek

Obrazek
widok na cerkiew Plaoshnik

Obrazek
widok na miasto...

Kolejne punkty to cerkiew św. Klementa, ruiny teatru antycznego...wpadamy też na główny deptak Ohridu. Kupujemy pamiątki i wracamy do Strugi.

Gdy docieramy pod kwaterę, słyszymy, że u Zorana impreza w najlepsze (Wiola się nawet dziwi, że tak fałszują przy śpiewie...ale nawet nie wyobrażam sobie, ile przy tym wypili rakiji :)). Zapraszają nas, ale wymawiamy się tym, że musimy iść coś zjeść, co jest prawdą...znów decydujemy się na pleskavicę, ale wybieramy inny lokal. Niestety, nie wiemy w skutek czego, ale pleskavicę dostaje jedynie Wiola, którą się dzieli (dobra "dziołcha":). Mamy za to pełen stół różnych sałatek i frytki. Gabi jest wściekła...rzuca gromy. Reszta je to, co na stole i w późniejszych rozmowach cieszymy się z faktu, że kelner przyniósł tylko jedną pleskavicę. Objadaliśmy się frytkami i sałatkami. Pleskavica dla każdego byłoby stanowczo za dużo...na deser wzięliśmy sobie pączusie. Dobre i słodkie :)...i wtedy złapał nas deszcz. Jeden jedyny raz w czasie tej wyprawy...nawet nie deszcz a taka kilkunastominutowa mżawka :).

Wracając na kwaterę chcieliśmy dokupić sobie po jakimś piwku, ale co się okazało? W Strudze obowiązuje...prohibicja. Nie wiem, od której dokładnie, ale chyba od 20 lub 21. Alkohol dostępny jest jedynie w lokalach. Trochę nas to zaskoczyło i wieczór mieliśmy na sucho...ale może to i lepiej, bo kolejnego dnia miały znów być góry :).

PS "Ustrzelone" w Ohrid:
Obrazek
Jugo-bracia...

Obrazek
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:05 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
Lidia K
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3519
Dołączył(a): 09.10.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) Lidia K » 22.08.2009 16:06

Doczytałam. Wielka to była przyjemność powłazić sobie po górskich ścieżkach z Wami. W tym roku planowane górskie lato nam się nie udało zrealizować, więc tym bardziej Wasze zdobycze są dla mnie rarytasem. :D

Ohrid jest na naszej liście najpiękniejszego miasta Macedonii a cerkiew Sv. Jovan Kaneo plasuje się bardzo wysoko wśród cerkwi, monastyrów, kościołów.

Ślicznego kotka spotkaliście.
Kotek nie wygląda na bezdomnego :D Może ma obróżkę przeciwpchelną :?:
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 23.08.2009 14:00

11. Dzień XIII - Golem Korab

Na ostatni dzień pobytu na Bałkanach zaplanowaliśmy wejście na Golem Korab - najwyższą górę zarówno dla Albanii jak i Macedonii. Przed wyjazdem uzyskałem z kilku źródeł informację, że obecnie na Korab można iść bez zezwolenia. Jeszcze rok czy dwa temu, żeby wejść na tą górkę trzeba było uzyskać specjalny glejt z macedońskiego MSZ. Oczywiście, od strony albańskiej było można wejść bez żadnych papierów (ale za to dojazd na punkt startowy jest trudniejszy). Cóż, Macedończycy pewnie obawiali się, że napłynie im za dużo Albańczyków do kraju, ew. chodziło o szmuglowanie różnego rodzaju dóbr...jednak, bez zezwolenia nie znaczy, że nikt się tym nie interesuje. Wg uzyskanego info, obecnie miało wystarczyć zarejestrowanie się w budynku policji w Strežimir...

Kłopotów ze wstaniem nie mieliśmy tego dnia. Primo: poprzedni wieczór i noc były bardzo spokojne, bez imprezowania. Secundo: spać poszliśmy dosyć wcześnie. Wstać trzeba też było odpowiednio wcześniej, gdyż ze Strugi na Korab jest kawałek drogi. Wyjechaliśmy ok. 7 rano. Do pokonania mieliśmy ok. 100 km odcinek w kierunku na Debar, potem na Gostivar. Droga nie najgorsza, miejscami nowy asfalt, fragmentami jednak sporo dziur. Widoki za to ciekawe - zwłaszcza na jezioro w Debarze :). Nim się obejrzeliśmy, dojechaliśmy do...Mavrovi Anovi. Rzut oka na mapę - jesteśmy za daleko, bo gdzieś w ok. wsi Volkovija powinniśmy odbić w bok. A tu ani wsi o takiej nazwie nie mijaliśmy ani znaku na Strežimir :(. Wracamy...i po kilku kilometrach jak byk stoi znak:

Obrazek

...w tym jednak cały problem, że z drugiej strony jest znak informujący o jakiejś cerkwi. Jakby był wielki problem, żeby taką samą tabliczkę dać z obu stron. Od tego miejsca droga zmienia się najpierw w mocno podziurawiony asfalt (raz nawet musiałem wyjść z samochodu i sprawdzić nawierzchnię, z której strony da się przejechać, bo takie wielkie były dziury, że cały niemal samochód by się w nich zmieścił...) a potem w szuter. Ten szuter nie jest taki najgorszy, zwłaszcza do punktu kontrolnego w Strežimir. Czas dojazdu do budynku policji zajmuje ok. 30 minut. Gmachu policji strzeże kilka psów a panowie policjanci leniwie czekają na tych, co poruszają się tą drogą. Są chyba nawet lekko zaskoczeni...i to, co pisali mi o konieczności rejestracji, jest prawdą. Mieliśmy nawet przygotowaną listę, więc formalności trwały krótko. Na chwilkę oddaliśmy paszport i mogliśmy jechać dalej. Droga całkiem dobra, choć oczywiście uważać trzeba. Gdy dojechaliśmy do poziomu 1280 m. musieliśmy podjąć decyzję, czy jechać dalej (szlak odbijał w lewo i prowadził stromo w górę) czy szukać miejsca do zaparkowania wozu. Wybraliśmy to drugie...jak się później okazało, nie była to dobra decyzja :(.

Po przepakowaniu, przebraniu się, ruszyliśmy na szlak. I znów lampa...choć na niebie pojawiały się chmury. To chyba były jeszcze pozostałości po wczorajszym deszczu - a mieliśmy nawet obawy, że na koniec pogoda spłata nam figla i na Korab albo wcale nie pojedziemy, albo będziemy wchodzić w deszczu. Po ok. 30 minutach marszu doszliśmy do byłego schroniska - Karaula (1473m.).

Obrazek
schronisko Karaula...

Tam zobaczyliśmy zaparkowany samochód na bułgarskich blachach. Spokojnie do tego miejsca da się dojechać autem...mogliśmy oszczędzić sobie trochę czasu i sił. Mądry Polak po szkodzie...na tabliczce ujrzeliśmy info, że do szczytu mamy 4,5 godziny.

Obrazek

Obrazek
znakowanie szlaku czy też głaz graniczny???

Nie jest źle, bo ok. 15 powinniśmy być na górze. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Dziś czuję się dobrze, za to Gabi wygląda nie najlepiej. Od kilku dni ma jakieś problemy żołądkowe. Wiola też nie czuje się jeszcze w pełni sił, ale nie odstaje od nas tyle, co Gabi. Co jakiś czas musimy robić przerwę, żeby Gabi mogła nas podgonić. Widzę po niej, że walczy z sobą i słabościami tego dnia. Ma dziewczyna charakter, ja pewnie w takiej sytuacji walnąłbym się gdzieś w cieniu i odpoczywał. A Gabi twardo idzie dalej...szlak na Korab nie jest specjalny wymagający od strony technicznej. Ba, zważywszy na wysokość szczytu, jest dziecinnie prosty. Z drugiej strony jest dosyć długi i nużący. Są strome podejścia...ponadto, Macedończycy, z którymi korespondowałem straszyli mnie, że łatwo zgubić tam szlak. Nic z tych rzeczy, niedawno ktoś wymalował nowe znaki i nie ma raczej takiej opcji, żeby się tam zgubić. Prawda jest też taka, że stare oznaczenie jest faktycznie słabo widoczne...

Widoki zarejestrowane w drodze na Korab:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola zdobywa wysokość...

Obrazek
...i wśród owieczek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z czasem psuje się nieco pogoda, co dla nas jest o tyle dobre, że nie ma już takiej lampy. Pogoda jest można by rzec idealna na chodzenie, choć wilgotność powietrza wysoka i na tym szlaku można się porządnie wypocić. Góry przykrywają chmury. Próbujemy też zgadywać, gdzie jest Korab, ale długo się nam to nie udaje. Udaje się nam za to poznać Bułgarów - Ivana i Nikolaya. To ich samochód stał koło schroniska. Zamieniamy kilka zdań i okazuje się, że Ivan pracuje w Niemczech a tam zajmuje się m.in. sprzedażą map, w tym tej mapy Przeklętych, którą chciałem kupić przed wyjazdem :). Jest jedynym przedstawicielem tej firmy od tych map...świat jest rzeczywiście mały. Oni też idą na Korab, ale szybko zostawiamy ich w tyle.

Obrazek
Przed nami Golem Korab - jest już blisko...

Obrazek
Wiola & Robert z Korabem w tle...

Obrazek
Ostatnie podejście - wyobraźcie sobie, że te owieczki pasą się minimum na wysokość 2650-2700 m.n.p.m. Niesamowite...

Obrazek

Zanim osiągniemy szczyt mamy przygodę z groźnymi pieskami. W Przeklętych to "zjawisko" nie występuje. Na Korabie tak i to w najgorszym znaczeniu. O ile pierwsze pieski zostały szybko zawołane przez swoich właścicieli, o tyle z kolejnymi nie poszło już tak łatwo. Bestie chciały nas pożreć. Zaczęliśmy się nawet zbroić w kamienie, ale pasterze jakoś te psy sprowadzili do siebie. Choć ja to miałem gorąco...

Ok. 14 zameldowaliśmy się na szczycie na Koraba (2764m.) :). Choć znów miało się wrażenie, że górka po albańskiej stronie jest wyższa...kilkanaście minut po nas doszli Bułgarzy (Też mieli "przygody" z pieskami. Jeden z nich napisał mi po powrocie, że zmuszeni byli do użycia gazu pieprzowego :(). W międzyczasie my zdążyliśmy zjeść kanapki, porobić pierwsze fotki, rozpoznawać okolicę. Zacząłem się zastanawiać, w którym miejscu jest podejście od albańskiej strony od Radomire i w sumie najbardziej pasowałoby mi to, że ostatni fragment podejścia jest wspólny dla obu szlaków...inne kierunki wydawały mi się zbyt strome.

Obrazek
Zdobywcy Koraba, od lewej: Paweł, Gabi, Wiola, Robert

Obrazek

Obrazek
Razem z Bułgarami...

Obrazek
Wiola & Robert i albańsko-macedońska przestrzeń

Obrazek
Gabi rozgląda się za zejściem do Albanii...

Obrazek
widok w stronę albańskich górek naprzeciwko Koraba (mieliśmy wrażenie, że one są wyższe niż Korab)

Obrazek
Albański "orzeł" na Korabie...

Z Ivanem i Nikolayem porobiliśmy sobie wspólne zdjęcia - udało się nawet z flagi bułgarskiej zrobić polską :). Wymieniliśmy się adresami.

Tak przy okazji, oni mieli niemałą przygodę, żeby zdobyć Korab :). Otóż, bazując na opisie z summitpostu pisali kilkanaście maili do różnych macedońskich instytucji z prośbą o wydanie pozwolenia na wejście na Korab (swoją drogą też sam pisałem do macedońskiego MSW, skąd nie dostałem żadnej odpowiedzi). Nikt im nic nie odpisał i już w czasie wycieczki postanowili sami wziąć sprawy w swoje ręce. W Skopje udali się do MSW z stworzonym przez siebie dokumentem. Tam wszyscy patrzyli na nich jak na wariatów, ale ostatecznie ktoś się tam zlitował i przybił pieczątkę na ich druku zapytując się przy okazji, po co im iść na Korab, skoro tam nic nie ma??? Tam są przecież tylko góry :). Podejście tubylców do gór...a jakby tego było mało, to Nikolay ubrany był w strój typu "moro". Strażnicy ze Strežimira byli zaskoczeni na jego widok i nic dziwnego...wyglądał bardziej na terrorystę niż turystę :). Nazwaliśmy go w efekcie "legalny terrorysta", bo miał glejt z urzędową pieczątką :).

Zaczęliśmy schodzić po sesji, posiłku...najbardziej obawiając się psów. Tym razem było odwrotnie, pierwsze psy tylko poszczekały, drugie były bardzo agresywne :(. W dodatku, pasterze wcale nie reagowali na sytuację i nie wołali swoich psów :(. Na Pawła jeden z nich się mało nie rzucił. Pewnie ku głupiej uciesze pasterza...Na szczęście, nikogo z nas nie pogryzły, ale stracha nam napędziły.

W dół schodziliśmy niemal bez odpoczynku. Tempo było naprawdę niezłe. Dziewczynom wróciły siły, gorzej nieco było z Pawłem. W Przeklętych rozpadły mu się buty i potem musiał korzystać z innych o krótkiej cholewie.

Obrazek
Pawłowy but...(zdjęcie zrobione jeszcze w Przeklętych :))

Zaczął też odczuwać problemy z kolanami :(. Sam wiem dobrze, jaki to ból - choćby z Wysokiej w Pieninach, gdzie każdy kolejny krok to coraz większy ból.

Ok. 17 byliśmy już przy naszym samochodzie :). Całodniowa wyprawa...pozostało nam dojechać jedynie do Strugi. Przy strażnicy chwilę postaliśmy. Policjant spytał się, czy byliśmy na Korabie. Po naszej twierdzącej odpowiedzi mogliśmy jechać dalej...i zonk :(. Na drodze najpierw mały kopiec z piachem, który pokonaliśmy a za chwilę - spora góra piachu :(. Nie obyło się bez wyjścia z auta i rozkopania tej górki.

Obrazek

Obrazek

Mogliśmy jechać dalej...swoją drogą, robotnicy mogli zastanowić się, że ktoś może korzystać z tej drogi. I tak mieliśmy farta, że ta górka nie była duża, bo inaczej, to moglibyśmy tam utknąć na dobrych kilka godzin :(. Pewnie śmigalibyśmy po łopatę do policjantów...i co by nie mówić, oddaliśmy przysługę Bułgarom. A...w całym tym "remoncie" też i brak logiki, bo tam, gdzie dali piach, to jakoś rano udało się nam przejechać bez wysiadania, ale tam, gdzie trzeba było wysiąść z samochodu, to drogi nie zasypali. Ot, bałkańska logika :).

Po drodze postanowiliśmy zrobić sobie zaopatrzenie w alkohol na pożegnalny wieczór. W Debarze nie znaleźliśmy sklepu monopolowego (ta część MK zamieszkana jest w większości przez Albańczyków...). Na szczęście, na jakiejś wiosce trafiliśmy na sklep, udało się kupić trochę piwa i wina. Prohibicja ze Strugi już nam nie straszna :). Gdy dojechaliśmy do siebie, było już ciemno. Na chwilkę podjechaliśmy pod jezioro. Co prawda, każdy z nas miał strój kąpielowy, ale jedynie Gabi (a któż by inny???) skorzystała skwapliwie z możliwości kąpieli :).

Późnym wieczorem wyszliśmy na miasto na pożegnalną kolację. Apetyty po Korabie nam dopisały...siedzieliśmy sobie w knajpie nad Crn Drinem. Posiłek smakował, piwo dobrze wchodziło...wieczór zakończyliśmy na kwaterze tocząc noce rozmowy Polaków. Jutro wracamy :(...ale nam ten czas zleciał.
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:07 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
kulka53
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 13299
Dołączył(a): 31.05.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) kulka53 » 23.08.2009 20:46

Robercie i ekipo :D

Szczere gratulacje za zdobycie Koraba, najwyższego szczytu dwóch krajów, Wam się należą niewątpliwie :!: .

Może i jak piszesz trasa jest łatwa, ale przewyższenie jak dla mnie już niebagatelne, a jeszcze musieliście przecież pod tę górkę podjechać ładny kawałek, sam pokonywałem tę trasę, kiedyś........

Chyba, a właściwie na pewno, zdobyliście ten szczyt od macedońskiej strony jako pierwsi z cro.pl, naprawdę fajnie, a mimo lekko chmurzastego dnia, wszystko poszło znakomicie :D

Po odwołaniu zakazu i po pieknych tabliczkach wnioskuję, ze i Macedończycy chcą nieco ułatwić dostęp do swego najwyższego szczytu i może zrobić z niego atrakcję turystyczną? kto wie?

Przygody z pieskami - jak zawsze nie do pozazdroszczenia :roll:

Pozdrawiam :D
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 24.08.2009 18:38

12. Dzień XIV i XV - Niestety, pora wracać...i kilka zdań podsumowania

Wieczorek zleciał nam głównie przy wspominkach z wyprawy. Przypominaliśmy sobie nasze historie z Czarnogóry, Albanii...trochę posiedzieliśmy przy piwku i winku :). Mogliśmy posiedzieć dłużej.
Rano wstaliśmy dosyć późno. Wcale się nam nie spieszyło...po śniadaniu poszliśmy na zakupy. Kupiliśmy głównie trochę alkoholu (wina, domacą rakiję...), ale też i pamiątki.

Po zapłacie za kwaterę i pożegnaniu się z gospodarzami (niestety, Zoran był w pracy...), zapakowaniu wszystkiego do wozu, ruszyliśmy ok. południa w podróż powrotną do domu.

Trasę mieliśmy ustaloną już wcześniej. Ze Strugi kierowaliśmy się na Skopje, dalej na Belgrad...przejazd przez Macedonię poszedł nam sprawnie. Za macedońskie autostrady płaciliśmy denarami i o ile zawodna pamięć mnie nie myli, to całkowity koszt wyniósł 190 den (ok. 3 E). Trochę obawialiśmy się kolejki na granicy MK - SRB, dlatego, że od Skopje dołącza droga z Grecji, ale na szczęście na granicy nie było tak źle - ogólnie ok. 1 godz. czekania. Na granicy zarejestrowaliśmy ciekawe auto na serbskich blachach...bez klamek :). Jeszcze zabawniej było, gdy celnik kazał otworzyć gościowi bagażnik - ten mimo kilku prób, nie otworzył go. Serbski celnik zniechęcony tylko machnął ręką...Przejazd przez Serbię również był bezproblemowy - jedynie od Nišu, gdy dochodzi do autostrady droga z kierunku Sofii, widzieliśmy masę aut na niemieckich, holenderskich blachach. Oczywiście, nie zachodni turyści to byli, a Turcy wracali z wakacji do swoich drugich ojczyzn. Dla nas był to jasny znak, że na przejście graniczne Horgoš - Roszke nie ma co się pchać. Zresztą, rok temu ponad 5 godzin tam "kiepowaliśmy". Już przed wyjazdem sprawdziłem inne przejścia i zdecydowaliśmy się na granicę Kelebija - Tompa. W wyborze miejsca wjazdu na Węgry przekonał nas też pewien Polak - na autostradzie nas po prostu "łyknął". A później, wyprzedzał nas ponownie, co znaczyło, że zrobił odwrót z Horgoš...My z autostrady (tak na marginesie, przejazd przez serbskie autostrady kosztował nas 17E) zjechaliśmy na Suboticę - północ (sjever). W mieście byliśmy ok. północy i trafiliśmy na masę policyjnych patroli. Jeden z nich i nas zatrzymał. Paweł musiał dmuchać w balonik. Oczywiście, wynik wyszedł negatywny, choć innemu facetowi się nie udało. Ledwo stał na nogach...takich to powinni wszystkich wyłapać. Przy okazji, zapytaliśmy policjantów o drogę na Kelebiję, bo w Suboticy trochę pobłądziliśmy. Gdy dojechaliśmy na przejście, przeżyliśmy mały szok, bo przed nami stał...tylko jeden samochód. Pobyt na granicy trwał dosłownie minuty. Węgrom też nie chciało się nas sprawdzać...jedynie wyjazd z przejścia był nieco utrudniony, gdyż wjazd do Serbii był prawie całkowicie zablokowany. Kolejka samochodów na kilka kilometrów i paru "mądrali" ustawiło się na naszym pasie :(. Ciężarówka przed nami miała kłopot, żeby przejechać...z Tompy pojechaliśmy w kierunku na Dunaujvaros. Z mapy wynikało, że tak chyba lepiej niż na Kecskemet. Węgierskie drogi po północy były prawie puste tzn. ruch był w stronę Serbii, w drugą stronę niewiele aut - trudno było pod kogoś się podczepić. W nocy jazda przez takie lokalne drogi wiąże się z ryzykiem nagłego wbiegnięcia zwierzyny na drogę, stąd lepiej jechać za kimś...na szczęście, żadna sarenka nam pod koła nie wpadła. Od Duanujvaros wjechaliśmy na pustą autostradę M6 na Budapeszt. Rano byliśmy już na Słowacji - Węgry przejechaliśmy na jednym baku gazu. Za Bratysławą tankowanie, śniadanie, kawa a że samopoczucie Pawła było dobre, to jechaliśmy dalej. Gdzieś przez Žiliną, Słowacy zrobili sobie polowanie na auta - zatamowali ruch i sprawdzali winiety jak również odstawiali auta do dokładniejszej kontroli. Nam się udało i mogliśmy jechać dalej...ok. 10 byliśmy znów w kraju-raju. A w południe dotarliśmy do Tych. Przed końcem tylko wpakowaliśmy się na drogę na Kobiór, która była zamknięta. Oczywiście, wcześniej nie widzieliśmy znaku, że ta droga jest zamknięta :(.

U Wioli wszyscy trochę odpoczęliśmy. Wiola zrobiła pyszną jajecznicę :). Paweł zabrał Gabi do Krakowa a ja zostałem do wieczora...wieczorem pociągiem wróciłem do siebie. Wakacje 2009 zakończyły się...niestety. Ale, są już plany na kolejne wyjazdy. Mamy kilka projektów...


Kilka zdań subiektywnego podsumowania:
Ogólnie cały wyjazd uważam za jak najbardziej udany. Odwiedziliśmy i poznaliśmy trochę Albanii, która była głównym kierunkiem wyprawy. Kilku celów nie udało się nam zrealizować, część wypadła jeszcze przed wyjazdem, w tym jedna górka na którą byłem nieźle "napalony". Inne wypadły nam już w trakcie wycieczki, a to z powodu trudności technicznych (np. nie zdobyliśmy nic w Górach Przeklętych) a to z powodu tzw. Klątwy z Kruje, która pokrzyżowała nasze plany w trakcie pobytu nad morzem (w tym też wejście na inną Majkę). Z planowanych rzeczy w Albanii nie udało się dojechać do Sarandy - być może byłoby to możliwe do zrealizowania, gdybyśmy od razu pojechali z Orikum w kierunku przełęczy Llogara i potem dalej na południe. Tak czy inaczej, mamy już wyrobione własne zdanie na temat Albanii i mam nadzieję, że kiedyś jeszcze tam wrócimy. Jeszcze mała dygresja co do albańskiego morza. Wyjazd do tego kraju tylko nad samo morze, wg mnie nie ma sensu. Są bliżej ładniejsze plaże, ładniejsze miejsca, choćby w Chorwacji. Cenowo też nie jest aż tak super tanio a kilometrów trzeba zrobić zdecydowanie więcej i po gorszych drogach. Za to dla miłośników gór, to wymarzony kraj do turystyki. Z tymże jak już na forum dużo napisano, góry są wymagające, trudne technicznie. Jeśli miałbym ponownie jechać w albańskie góry (a chciałbym...), to wolałbym jesienią, gdy jest tam ciut chłodniej. Lato to chyba nie najlepsza pora na zdobywanie szczytów...i przynajmniej mam już wiedzę, co może tam mnie spotkać.
Jak chodzi o kontakty z tubylcami. Nie mieliśmy żadnych niemiłych przygód. Wręcz przeciwnie, często spotykaliśmy się z przejawami sympatii - choćby ze strony ks. Artana, Hanny z Boge, sympatycznych gospodarzy w Orikum czy ze strony albańskich stróżów prawa.
Ponadto, udało się nam zrealizować nasze cele w Czarnogórze i Macedonii. Kanion Pivy dałbym do obowiązkowych punktów w czasie pobytu w MNE. A wejściem na Koma Kučkiego dobrze rozpoczęliśmy górskie wycieczki. Teraz w Komovi pozostaną nam Kom Ljevorijecki i Stari Vrh. Może jeszcze kiedyś, gdy uda się zarezerwować domek w Štavnej. Zresztą w Czarnogórze mamy jeszcze sporo do zrobienia - Bjelasica, Przeklęte, Maglić - jest na co wchodzić :). Podobnie jak w Macedonii...tak sobie myślę, że może przekonam grupę i za jakiś czas pojedziemy tylko do Macedonii. Celów do zdobycia równie dużo jak w MNE a może nawet i więcej choćby wymienić góry Šar (Titiv Vrv, Ljuboten), Solunską Glavę, Kajmakcalan i inne. Ale, na razie zanosi się na to, że odpoczniemy od bałkańskich kierunków. W sumie, o ile mnie pamięć nie zawodzi, to na wakacje na Bałkanach spędzam nieprzerwanie od 2006 r. Chyba najwyższa pora zrobić przerwę od Bałkanów...

Jak chodzi o koszty, te nie były wysokie...najwięcej za kwatery zapłaciliśmy za domek w Štavnej w Komovi, gdzie wyszło po 10E/ osoba. Najtaniej wyszło nam w Strudze, gdzie płaciliśmy po 5 E. Ceny gazu/ benzyny wszędzie dosyć porównywalne. W Albanii nie ma kłopotów z tankowaniem LPG. A stacje benzynowe obok myjni to najbardziej popularny biznes w tym kraju. W MNE nadal obowiązuje taksa ekologiczna (10E). Stosunkowo drogo wychodzi przejazd przez Serbię (17E). Zdzierstwo jak u nas za A4...dzięki doświadczeniu uniknęliśmy długiego stania na granicy SRB-H. To spowodowało, że czas przejazdu był krótszy niż rok wcześniej.

Oczywiście, last but not least, nie może zabraknąć podziękowań. Przede wszystkim, chciałbym w imieniu całej grupy podziękować zwłaszcza: Kamilowi (Zawodowcowi) - wielkie dzięki za wszelkie wskazówki, jak poruszać się po Przeklętych, Tomkowi (Typowi), Uli (Shtridze), ks. Artanowi (może kiedyś trafi do tego wątku...) i kilku innym osobom. Dla nas przecieraliście szlaki. Za to być może i ta relacja da inspirację dla innych osób, co by się wybrać w ten jakże piękny region Europy. Dziękuję również czytelnikom...i do zobaczenia na szlaku :).
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 26.08.2009 19:13

Dwa szczyty z Korony Gór Polskich

Babia Góra - cz. I

Po wyprawie na Bałkany, Wiola i ja długo nie odpoczywaliśmy. Już dwa tygodnie później znów byliśmy na szlaku. Tym razem za cel obraliśmy sobie dwie piękne górki w naszym kraju - Babią Górę i Turbacz. A okoliczności mieliśmy bardzo sprzyjające - długi sierpniowy weekend. Dostaliśmy wolny piątek za sobotę 15/08. Grzechem byłoby nie skorzystać z okazji i nie wyprawić się na szlak...

Z Wiolą umawiam się, że dosiądzie się do mnie w pociągu do Krakowa. W stolicy Małopolski mamy z pół godziny na przesiadkę do Zawoi. Odszukanie stanowiska nie zabiera nam dużo czasu. Za środek transportu służy nam wygodny bus-Mercedes, który za 14 zł/ os. w ok. 2 godz. pokonał trasę z Krakowa do Zawoi - Policzne (przystanek końcowy).

Przed wyruszeniem na szlak zjedliśmy ciepły, dobry posiłek w restauracji Zbójnickiej. Z pełnymi brzuchami mogliśmy ruszyć na Babią. Z Policznego od restauracji prowadzi szlak niebieski. Znaki wskazywały, że na Markowe Szczawiny mamy 2,5 godziny. Dziś absolutnie nie musimy się spieszyć...ale i tak nasze tempo jest dobre. Szlak jest łagodny, wiedzie przez las. Idzie się super...i po ok. 45 minutach doszliśmy do miejsca, gdzie szlak niebieski łączy się z czarnym prowadzącym bodajże z Zawoi-Wilczna. Od tego miejsca, droga to raczej chodnik wznoszący się lekko w górę niż górski szlak :). Wysokości niewiele przybywa...dopiero końcówka jest nieco ostrzejsza :).

Na szlaku do Markowych Szczawin:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

A po ok. 2 godzinach jesteśmy na Markowych Szczawinach (1180 m.). Wcale się nie spieszyliśmy, bo i nam na czasie nie zależało - jak rzadko kiedy w czasie naszych wycieczek :). Po drodze nie spotkaliśmy też za wielu ludzi. Tych było więcej przy schronisku, gdzie zrobiliśmy sobie ponad dwugodzinną przerwę. Porozmawialiśmy sobie z turystką z Łodzi, której kontuzja (=kolano) nie pozwoliła na wejście na szczyt Babiej. Poczekaliśmy aż reszta jej grupy zejdzie na dół. Z nimi też rozmawialiśmy np. o żółtym szlaku tzw. Perci Akademickiej, którym wchodzili i którym my też mieliśmy zamiar wchodzić (oboje po raz pierwszy). Opowiadają o śliskich klamrach, o grupie młodych turystów, którzy klęli na te klamry...aż w mojej głowie rodzą się myśli, że ta Perć to będzie wyzwanie :). Mówią też o lisku, który biega po szczycie i podjada turystom kanapki :)...

Przez to chyba, poganiam nieco Wiolę, żebyśmy prędzej wyszli na ten szlak. Skoro ma być tak trudno, to warto pewnie ruszyć wcześniej. Przed naszym wyjściem, spotyka nas niemiła niespodzianka. Chcieliśmy zrobić sobie herbatę do termosu i gdy poprosiłem o wrzątek, to go nie dostałem. Oczywiście, chciałem za niego zapłacić, ale i taki argument nie przekonał pań sprzedawczyń. Wiola też próbowała je przekonać, ale panie pozostały nieubłagane. Niestety, to znaczyło, że wieczór i ranek spędzimy bez ciepłej herbaty :(.

Z Markowych Szczawin na Babią Górę żółtym szlakiem znaki wskazują 1,5 godzin. Wystartowaliśmy ok. godz. 17.45. Początek Perci Akademickiej jest łagodny, ale po krótkiej chwili wchodzi się na drewniane schody. Szybko zdobywamy wysokość przechodząc kilkakrotnie przez Szumiący Potok. Po ok. pół godzinie wychodzimy z lasu i wtedy się nam ukazuje piękny widok na okolicę (wysokość ok. 1400-1500 m). Od tego momentu będą nam towarzyszyć liczne, piękne skałki. Również stąd będziemy mogli zobaczyć "lawinę kamieni" na północno-zachodnich stokach Babiej Góry. Od razu się nam Przeklęte przypomniały :). Po pokonaniu kolejnego odcinka zaczęły się pojawiać łańcuchy. Choć tak między Bogiem a prawdą, to w niewielu miejscach naprawdę trzeba z nich korzystać. One raczej dobrze wpływają na psychikę...a ja ciągle czekam na pionową ścianę z klamrami. Gdy dochodzimy do niej, ukazuje się nam ścianka z kilkoma klamrami i łańcuchami.

Perć Akademicka:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
"Najtrudniejszy" fragment...

Obrazek
...Wiola już go prawie pokonała :)

Pokonanie tego odcinka okazuje się być łatwe a ja oczekuję jeszcze jednej ściany. Ale, takowej już nie ma, bo szlak się wypłaszcza a po jego obu stronach zauważymy, że na trawie będzie leżało coraz więcej głazów i kamieni. Znajdziemy się na tak zwanym gołoborzu - czyli morzu kamieni i głazów różnej wielkości. Turyści z dołu niepotrzebnie nas nastraszyli, bo ścianka okazała się być "lajtowa" :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Szczyt mamy w zasięgu wzroku...po ok. 1,5 godziny od wymarszu z Markowych Szczawin meldujemy się na Babiej Górze (1725 m.n.p.m.) :). Wiola po raz kolejny, ja po raz pierwszy. Doszliśmy na czas - tuż przed zachodem słońca. Oprócz nas jest inna para i chwilkę z nimi rozmawiamy. Mają taki sam plan jak my, czyli...wschód słońca :). Za chwilkę nadchodzi liczna grupa nastolatków. Oj, zapowiada się tłoczny wieczór na Babiej. Dzieciaki zaraz zaczynają imprezę. Pojawia się wódka, są dosyć głośni...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola chroni się przed zimnem...

Obrazek
Pomnik ku czci Jana Pawła II

Na szczęście, nie przeszkadza to nam w podziwianiu zachodu słońca. Jest bajkowy...piękny moment, gdy słońce chowa się za chmurami i górami Beskidy Żywieckiego :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jesteśmy zachwyceni, ale przecież główna atrakcja naszego wypadu dopiero przed nami. Będzie to wschód słońca. Najpierw musimy znaleźć miejsce na nocleg. Dzięki studiowaniu tego to forum wiemy o istnieniu "schronu" po słowackiej stronie - wg info należy zejść 10 minut w dół. I do niego zmierzamy, i właśnie po takim czasie go lokalizujemy. Mamy miejsce na nocleg...możemy położyć się na ławeczkach. Da radę się tu wyspać...po kilku minutach mamy gości. Dołącza do nas dwóch młodych chłopaków z Wilkowic pod Bielskiem. Budka teraz będzie musiała wystarczyć dla 4 osób.

Obrazek
Nasz babiogórski "domek"...

Decydujemy, że ławki oddamy a sami położymy się na podłodze - jest szersza, którą dodatkowo wyłożyliśmy sobie deskami. Rozpaliliśmy sobie też ognisko - dzięki czemu było cieplej i trochę pogadaliśmy - oni szli beskidzkim szlakiem od kilku dni. Posłuchaliśmy ich opowieści. Napiliśmy się też ciepłej herbaty - oni mieli z sobą mała butlę gazową. Z gorącej wody skorzystała też parka spotkana wcześniej na szczycie. Oni z kolei rozbili sobie namiot gdzieś nieco niżej od nas...i spotkali tego liska, o którym słyszeliśmy na Markowych. A Wiola bardzo żałowała, że go nie widziała :(.

Po 22.00 poszliśmy spać. Każdy ubrał się we wszystko, co miał, bo noc zapowiadała się bardzo zimna. I taka była w istocie...
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:09 przez RobCRO, łącznie edytowano 2 razy
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 26.08.2009 19:44

:)
piotrf
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 15719
Dołączył(a): 26.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piotrf » 26.08.2009 19:53

Dwa tygodnie . . . 8O :lol:
Jak kogoś gna po górkach . . . :)
Mogę tylko pogratulowac i pozazdrościc
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 27.08.2009 19:04

Babia Góra - schronisko na Turbaczu - czoło Turbacza - cz. II

Trudno mówić o przespanej nocy, gdy śpi się na twardych deskach, gdy po wiacie hula wiatr, gdy zimno wcina się w każdy kawałek odkrytego ciała i w dodatku któryś z młodych chrapie do wiwatu :(. Na szczęście, ta noc jest dla nas wyjątkowo krótka. Budziki mieliśmy nastawione na 4.30, czyli godzinę przed planowanym wschodem słońca. Wszyscy mamy kłopoty, żeby wychylić się ze śpiworów...noc była naprawdę zimna :(. Ospale jednak wstajemy. Robimy sobie ciepłą herbatę. Ta wpływa na nas rozgrzewająco :(.

Obrazek
W "naszym" domku...

Po godz. 5.00 idziemy na szczyt Babiej - od razu mam wrażenie, że widoki będą piękne. Pogoda zapowiada się wyśmienicie. Jeszcze zanim wzejdzie słońce, niebo i chmury na nim mają piękną, czerwoną barwę :).

Obrazek

Obrazek
Przed wchodem słońca i mgiełka nad jez. Oravskim...

Dojście na szczyt zajmuje nam ok. 15 minut. Wschód słońca na Babiej cieszy się dużą popularnością wśród turystów i na szczycie spotykamy ich naprawdę dużo. Widzę, że część musiała spać na górze, oj, im naprawdę musiało być zimno, brrr :(.

Spotykamy się z Zosią i Pawłem, z którymi umówiliśmy się dzień wcześniej. W zasadzie, to tylko z Pawłem, który "wyciągnął" Zosię z domu...Oni szli w nocy od przełęczy Krowiarki. Słońce wschodzi po 5.30...jest ślicznie i bajkowo :). Uroku dodaje mgła na Oravie. Jesteśmy oczarowani...z pewnością jeden z najbardziej pięknych wschodów słońca jakie widziałem. Zdjęcia na pewno tego nie oddają...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert...

Wschód słońca i mgła nad Oravą:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeszcze chwilkę rozkoszujemy się widokami a gdy słońce już w pełni znajduje się na horyzoncie, zaczęliśmy powoli schodzić szlakiem czerwonym do Krowiarek. Po drodze robimy przerwę na kawałek makowej strucli z pysznymi jagodami na deser :).

Obrazek
podejście pod Babią Górę...

Obrazek
widok na Babią Górę z Sokolicy

Dojście do Krowiarek zajmuje nam ok. 2,5 godzin. Przy końcu szlaku zaczęło się robić dosyć tłoczno. Ruch turystyczny obywa się oczywiście na szczyt. Może to i dobrze, że dzień świąteczny (15.08) ludzie spędzają aktywnie, górsko niż siedząc przed TV. Ale, z drugiej strony, nie chciałbym iść z nimi wszystkimi na Babią. Nasze podejście przecież odbywało się niemal bez ludzi na szlaku :). A w tłoku o podziwianiu widoków, to zdecydowanie nie ma mowy. Już bez komentarza zostawię walające się śmieci...

Na Krowiarkach robimy sobie przerwę - jemy śniadanie. Zosia zabrała pyszne sałatki...posilamy się i ruszamy dalej w drogę. Nie musieliśmy długo przekonywać Pawła, żeby podrzucił nas do Nowego Targu, skąd chcemy dostać się na Turbacz. Z Krowiarek do stolicy Podhala jest ok. 25 km i Paweł nie musi wiele nadrabiać, żeby nas tam podrzucić. Zielony szlak na Turbacz zaczyna się w dzielnicy Kowaniec. Odszukanie go zajęło nam chwilkę, gdyż początek szlaku nie jest zbyt dobrze oznakowany - jest malutka tabliczka (przybita gdzieś wysoko na drzewie):

Obrazek

...dalej z oznakowaniem szlaku jest zdecydowanie lepiej. Szlak jest łagodny i pokonanie go nie zajmuje nam więcej niż półtorej godziny. Po drodze robimy krótkie postoje - na zajadanie się jagodami, na podziwianie zamglonych Tatr czy Pienin.

Gorczańskie krajobrazy:
Obrazek

Obrazek
widok na Pieniny i jez. Czorsztyńskie

Ogólnie szlak jest ładny widokowo i warto go przejść. Ludzi, co nas zaskoczyło nie spotkaliśmy za wielu - oprócz końcowego odcinka (w miejscu, gdzie dochodzi szlak żółty), na którym trafiliśmy na sporą grupę przedszkolaków. Zdecydowanie tłoczniej było przy schronisku na Turbaczu. Pewnie dlatego, że primo: na Turbacz można wjechać rowerem (widzieliśmy sporo rowerzystów), secundo: prawdopodobnie większość szła z innych kierunków.

Po załatwieniu formalności, odpoczynku zrobiliśmy sobie krótki spacer na tzw. Czoło Turbacza. Wg Pawła stamtąd miały być piękne widoki. Hmm...wg mnie takich widoków nie było. Fakt, gdzieś tam daleko widać było zdobytą przez nas wcześniej Babią Górę czy też widok w stronę wschodnich Gorców. Ale, nic takiego, żeby się nadzwyczajnie zachwycać. Eh...może po Albanii, Czarnogórze czy choćby zachodzie i wschodzie słońca na Babiej robimy się po prostu wybredni na widoki? Niemniej jednak robimy sobie drzemkę na trawce...mamy całe popołudnie na relaks :).

Po powrocie do schroniska prysznic, obiado-kolacja (odczekaliśmy aż większość turystów sobie pójdzie) i spędzamy wieczór przy piwku. Jest bardzo sympatycznie...idziemy też wcześniej spać. Trzeba odespać poprzednie noce. No i jutro "atakujemy" szczyt Turbacza :).
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:12 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 01.09.2009 18:57

3. Schronisko na Turbaczu - szczyt Turbacza - Rabka Zdrój

Po dobrze przespanej nocy, choć na sali trafił się ktoś głośno "piłujący" (ale na 12 osób, to trzeba mieć wielkie szczęście, żeby ktoś taki się nie trafił :)), wstaliśmy ok. 8.00. Bez pośpiechu spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i mogliśmy ruszyć na szlak. Tego dnia przed nami wg znaków był 17-km (4,5 godz.) odcinek do Rabki-Zdrój (czerwony szlak).

Obrazek
długi spacer przed nami...

Obrazek

Od rana dopisywała pogoda - ciepło i słonecznie. Mieliśmy zdecydowanie lepszy widok na Tatry niż dnia poprzedniego.

Obrazek
"Taterki"...

Obrazek
Wiola z Tatrami w tle...

Podziwiając panoramę naszych najwyższych gór powoli zaczęliśmy "atakować" szczyt Turbacza, który zdobyliśmy po ok. 15 minutach po wyjściu ze schroniska :). Na jego szczycie (1310m) stoi brzydki, obdrapany, betonowy słup oraz krzyż. Brakuje za to jakiejkolwiek znaku, że jest to szczyt taki a taki o takiej a takiej wysokości :(. Może i kiedyś był...o podziwianiu widoków ze szczytu raczej nie ma mowy, gdyż jest on pokryty drzewami. Stąd nasz pobyt ograniczyliśmy do kilku fotek.

Obrazek
Wiola & Robert na szczycie masywu Turbacza...

Zejście w dół częściowo również odbywało się przez las, co było o tyle dobre, że mieliśmy schronienie przed słońcem, które z każdą minutą coraz bardziej prażyło.

Północno-zachodnia ściana Turbacza:
Obrazek

Obrazek

Pierwszy nieco dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie po ok. 1, 5 godz. przy schronisku na Starych Wierchach. Wg oznaczeń byliśmy wtedy mniej więcej w połowie trasy.

Obrazek
schronisko na Starych Wierchach

Obrazek
...i bądź tu mądry, gdzie tu iść???

Przy schronisku krzątało się trochę ludzi. Niewielu turystów spotkaliśmy też na szlaku, choć tych z czasem zaczęło przybywać. Trochę się zmęczyliśmy podchodząc z Przełęczy pośredniej na Jaworzynę Ponicką, za to później było już tylko w dół...i widoki stawały się coraz lepsze, gdy opuściliśmy strefę lasu. Mogliśmy podziwiać piękną panoramę Gorców, Babiej Góry i innych pomniejszych beskidzkich górek :).

Obrazek

Obrazek
schronisko na Maciejowej

Obrazek

Obrazek

Obrazek
"Słomiana" Babia Góra

Dłuższy postój zrobiliśmy przy schronisku na Maciejowej (815m). Wrzuciliśmy coś na ząb, odpoczęliśmy, pofociliśmy piękną panoramę Rabki i dalej w drogę...a im bliżej Rabki, tym widoki na nią ładniejsze.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z upływem dnia na szlaku robi się coraz tłoczniej...jednak nam to nie przeszkadza. Ok. południa jesteśmy już w mieście...

Obrazek
...i Turbacz mamy już "z głowy" :)

Gdy gubimy szlak (heheh, na sam koniec), mamy farta. Zapytani o drogę "tubylcy" proponują nam transport pod sam dworzec. Nie odmawiamy, bo już trochę mamy dość naszych plecaków a zasuwanie z nimi przez miasto nie byłoby zbyt przyjemne. Dzięki temu, mamy też trochę więcej czasu do odjazdu naszego pociągu do Krakowa. Wykorzystujemy go na posiłek...w Krakowie przesiadamy się do pociągu do Świnoujścia.

I już pora zakończyć ostatni odcinek z serii "Dwa szczyty z Korony Gór Polskich" i spotkać się w innych miejscach...niekoniecznie górskich :).

Pozdrav
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:13 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 02.09.2009 19:00

Zapraszamy Was na magiczny spacer po Wrocławiu...

...wszystko zaczęło się bardzo dawno temu, bo w 1410r. na Placu Grunwaldzkim, gdzie polskie krasnale pod dowództwem Krasnala Grun-waldka pokonały sprzymierzone siły krzyżackich gnomów i wojsk zaciężnych:

Obrazek

...wojska Grun-waldka do walki zagrzewała słynna pieśń Krasnalorodzica wygrywana przez Krasnala Grajka:

Obrazek

...a wieści z pola bitwy przynosił Krasnal - Pocztowiec:
Obrazek

(PS a dziś ludzie listy piszą)

...a gdy rycerze zgłodnieli, to zawsze mogli wpaść na smaczne pierogi na Kuźniczą:

Obrazek

Krasnale - Wykształciuchy napisali wiele rozpraw i toczyli wiele sporów na temat tej bitwy...
Obrazek

Tą bitwę, jak pamietacie, wygraliśmy...i dopiero w 1870r. na świat przyszedł mały Vitia Uljanow - Krasnal Leninek i świat się zmienił na wiele lat.

Obrazek

...w tej części Królestwa Krasnali świat przybrał kolor czerwony. I już nic nie było takie, jak przedtem.

Krasnal Kinoman z Kina Helios mógł puszczać jedynie słynne radzieckie produkcje o "bolszych" krasnalach ze Wschodu:

Obrazek

...na sklepowych półkach niczego nie było i krasnalowe koszyki były puste. W ogóle niczego nie było :(.
Obrazek

Obrazek
...dlatego też zostali oni znanymi "Krasnalami - Koszykarzami" :). Ich spadkobiercą została drużyna Zepter Śląsk Wrocław, tak dzielnie walcząca w Eurolidze.

W swoich małych domkach krasnale nie poddawali się terrorowi i mieli innych idoli:

Obrazek

...bo mimo wszystko, Szoł mast gołoń. I jakby, co to mogli zawsze rozegrać partyjkę pokera:

Obrazek

...a gdyby zabrakło "kasy", to zawsze można było iść do Krasnala - Bankusia przy Rynku.
Obrazek

...a z przegranych Rechotki śmiały się do rozpuku:

Obrazek

...wystarczyło znów wrócić na Rynek, gdzie Krasnal - Życzliwek dla każdego miał odrobinę uśmiechu:

Obrazek

...gdzie jest miejsce dla Krasnali - niepełnosprawnych zwanych W-skers, przeniesionych z miejsca, gdzie przeszkadzali złym ludziom:
Obrazek

...gdzie krajowi i zagraniczni turyści:

Obrazek

szukają informacji turystycznej, hoteli :)

Tylko krasnal - chodziarz pędzący ul. Świdnicką zna swój cel:
Obrazek

...spieszno mu do snu:

Obrazek

Dobranoc!

PS nocą można spotkać Krasnala - Lunatyka, który krąży gdzieś po Starym Mieście. Ostatniej nocy widziany był na ul. Św. Mikołaja...

Obrazek
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:14 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 10.09.2009 18:51

...a wszystko zmieniło się w 1989 r. Powiał wiatr zmian. Pojawiły się wolne związki zawodowe, pojawiła się krasnalowa "Solidarność". Krasnal-barduś śpiewał o tym, co gryzło krasnali od wielu lat.

Obrazek

Obrazek

Rok 1989 miał przełomowe znaczenie dla całego krasnalowego świata...skutki rewolucji odczuwalne były na całym świecie. Jedynie Kubokrasnolandia czy inna Północnokoreańskakrasnolandia nie dały się zmienić i tam krasnale nadal są ciemiężone :(.

A nasze krasnale już mogły:

Słuchać czego im się podoba, rozkoszować się muzą, jeździć na festiwale, koncerty...
Obrazek

Dzwonić do każdego, w każde miejsce, o każdej porze (bez głosu w słuchawce "rozmowa kontrolowana")....
Obrazek

Wyrabiać paszporty bez konieczności czekania na niego kilka miesięcy i podróżować bez wizy niemal w każde miejsce na świecie...a to do Chorwacji nad wodę, a to do Indii, Albanii czy w inne magiczne miejsca.
Obrazek

Stawiać domy i mieć więcej niż 30 metrów kwadratowych

Obrazek

Nawet nie pracować i cały dzień leżeć brzuchem do góry...
Obrazek
...ważne by brzuch był pełny :).

Puszczać statki...
Obrazek
...i one zawitają kiedyś do jakiegoś portu, choć żal, że już nie będzie statków "Made in Stocznia Szczecińska" :(.

...ale, niestety każdy musi płacić podatki, bo krasnal Skarbuś musi z czegoś utrzymać tą biurokratyczną machinę.
Obrazek

A tak na poważnie, to zapraszamy wszystkich wraz z krasnalem Wroclovkiem do Wrocławia, bo my już się w tym mieście zakochaliśmy...
Obrazek
Ostatnio edytowano 01.03.2012 11:15 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
piotrf
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 15719
Dołączył(a): 26.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piotrf » 11.09.2009 23:04

I w tym nie jesteście osamotnieni :lol: :lol: :lol:
Pozdrawiam
maslinka
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 13534
Dołączył(a): 02.08.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) maslinka » 12.09.2009 00:14

Ja też zakochałam się we Wrocławiu i jego małych mieszkańcach. Wkleję kilka moich ulubionych Krasnali. (Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, Robercie :D)


Jeden z najładniejszych i, niewątpliwie, najbardziej umuzykalnionych schronił się w ogrodzie botanicznym Uniwersytetu Wrocławskiego:

Obrazek

W pięknym otoczeniu roślin czuje się on najlepiej :)

Inny mały wrocławianin woli patrzeć na wszystko z góry:

Obrazek

Jeśli chcesz spotkać jego, lub jego braci-Słupników, częściej patrz w niebo :D

Są też tacy, którzy zmagają się z nie lada ciężarem. "Syzyfową pracę" na ulicy Świdnickiej wykonują Syzyfki:

Obrazek

A niektórzy mają się dobrze, bo mogą sobie przy nich przysiąść i odpocząć chwilę w tej pogoni za małymi stworkami :wink:

W cieniu Biblioteki im. Ossolińskich ukrył się niepozorny, lecz uczony Ossolinek:

Obrazek


Nie wszystkie Krasnale mogą się jednak cieszyć wolnością:

Obrazek

Ten przynajmniej "odpoczywa" w więzieniu "z tradycjami"; gotycka budowla robi wrażenie na spragnionych zimnego, chmielowego napoju gościach knajpki "Pracoffnia".

Są wreszcie i tacy, którzy z wielkim poświęceniem piorą swe ubranka w (często groźnych) nurtach Odry:

Obrazek

Taki czyścioszek z tego Pracza, nawet butki zdjął :wink:


Przyjedźcie do Wroclavia! Oczaruje Was świat Krasnali. Za każdym rogiem słychać tupot małych stópek... :D

(Niech żyją Krasnale!!!)


Robercie, pozdrawiam serdecznie. Wybacz "wtręty", ale musiałam :D ONI mi kazali :lol:
Ostatnio edytowano 24.02.2012 14:47 przez maslinka, łącznie edytowano 1 raz
Aldonka
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 4227
Dołączył(a): 07.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) Aldonka » 12.09.2009 10:55

To mnie zaskoczyliście, krasnalami oczywiście, jadę do Wrocławia :)
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



cron
Podróże RobaCRO - Lutalicy iz Novogardu - strona 26
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
reklama
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2022