Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Podróże RobaCRO - Lutalicy iz Novogardu

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 09.05.2009 17:12

Dzień II

Ten dzień do wieczora mieliśmy spędzić w 3-osobowym składzie: Gabi, Wiola i ja. Zaplanowaliśmy sobie dłuższy spacer po jurajskich skałkach. Mając wytyczony szlak, wyposażeni w mapy, napoje i jedzenie ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Wybraliśmy czerwony szlak prowadzący z Podlesic w kierunku Morska. Wiedzie on przez las, przez Górę Sowią oraz Aptekę. Spacer był bardzo przyjemny, w lesie słychać było tylko odgłosy ptaków, pogoda dopisywała, choć ranek było nieco pochmurny i wietrzny. Dotarcie do Morska spokojnym krokiem zajęło nam ok. godziny. Główną atrakcją tej miejscowości są ruiny zamku. Właściwie nie wiadomo, kiedy dokładnie powstał zamek i kto go wybudował. Obecnie sądzi się, że miało to miejsce w XIV w. Zamek "Bąkowiec" powstał na wyniosłej skale na planie nieregularnym i składał się z elementów mieszkalnych i obronnych. Obecnie z zamku górnego pozostały fragmenty murów na skale, fragment ściany zamku z otworem drzwiowym. Kamienna brama, której fragmenty zachowały się do dziś, prowadziła na mały dziedziniec. Półkoliste baszty w narożnikach pełniły rolę obserwacyjną i obronną. Zamek podobnie jak i inne obiekty tego typu wzniesiono z kamienia wapiennego. Dostęp do niego był wyłącznie pieszy przez cały system pomostów i drabin. Pomimo dogodnego położenia i dość silnych fortyfikacji, które powodowały, że był praktycznie nie do zdobycia przy wykorzystaniu średniowiecznych technik oblężniczych nie odegrał w historii ważniejszej roli. W czasie najazdu szwedzkiego podzielił los większości zamków na Jurze i opuszczony stopniowo zaczął popadać w ruinę...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W Morsku Wiola dostała telefon, że w okolicy są jej znajomi. Postanowiliśmy się z nimi spotkać. Szukając wsi Morsko trochę zbłądziliśmy i nadłożyliśmy drogi (okazało się, że mapa wcale nie jest taka dokładna, jak się nam wcześniej wydawało :(). Ale ostatecznie, spędziliśmy miłą godzinkę przy piwku nieco odpoczywając, rozmawiając i dzieląc się spostrzeżeniami z trasy. Po spotkaniu wróciliśmy na szlak, odwiedzając najpierw Mały Okiennik zwany również Morskim z trudnodostępnym oknem, od którego wzięła się nazwa skały. Pod Okiennika podeszliśmy przez prywatny teren, gdzie przyczepił się do nas właściciel terenu - po prostu nie widzieliśmy innej drogi i weszliśmy na jego teren. Po krótkiej wymianie zdań, właściciel pozwolił nam przejść (wracaliśmy tą samą drogą...).

Obrazek

Obrazek

Od Morska szlakiem czarnym skierowaliśmy się do wsi Rzędkowice, gdzie ciągnie się pasmo skalne zwane Skały Rzędkowickie ze skałą Okiennik Rzędkowicki o najdłuższym podszczytowym oknie skalnym rozgałęzionym na kilka odnóg. W okienniku tym znaleziono grociki strzał scytyjskich z ok. 600 r. p.n.e. W pobliżu znajduje się prymitywna, obronna siedziba ludzka z wczesnego średniowiecza zwana "Pasieką". Skały Rzędkowickie mają niesamowity kształt wału skalnego, jednego z największych i najpiękniejszych na Jurze. Jest to jedno z kilku miejsc na Jurze doskonałych do uprawiania wspinaczki skałkowej (i tak jest w istocie, bo spotkaliśmy tam mnóstwo wspinaczy - mają nawet swój obóz pod skałkami). Występuje tu wiele interesujących ostańców, którym często nazwy nadawali wspinacze skałkowi. Są tu m.in. Polna Turniczka, Mała Grań, Baszta, Turnia Szefa, Mnich, czy Flaszka...Bardzo się nam podobało w tej części Jury, a chyba najbardziej mojej Wioli, którą to miejsce po prostu urzekło :). Trochę się "wspinaliśmy", choć to za mocne słowo na nasze chodzenie po skałkach, jednak ja do dziś mam różne otarcia na skórze.

Obrazek
widok ogólny na Skały Rzędkowickie
Obrazek

Obrazek

Obrazek
...dziewczyny lubią poskakać :)

Obrazek
Gabi, Wiola, Robert

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
moje próby wspinaczkowe...
Obrazek

Obrazek
a tutaj "profesjonaliści"...

Obrazek
a tutaj ich "baza"...

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Do domu wróciliśmy szlakiem zielonym...w międzyczasie umawialiśmy się z Pawłem i Maćkiem ("naszym" Prezesem) na wieczornego grilla. Maciek dojechał do nas jako pierwszy i skorzystaliśmy ze sposobności i namówiliśmy go na krótki wyjazd pod Okiennika Dużego (zwanego też Wielkim). Koło Okiennika przebite jest ok. 7 metrowym tunelem o średnicy ok. 5 metrów, który jest tym oknem skalnym, od którego wzięła się nazwa skały. Okno takie jest pozostałością systemu jaskiniowego istniejącego tu dawniej. Aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś na tym poziomie płynęła podziemna rzeka, która powodowała dalsze krasowienie skał. W wyniku opadania wód gruntowych jaskinia ta osuszyła się. Teren wokół uległ obniżeniu, a decydujący wpływ na obecny wygląd skały miało wietrzenie skał, powodujące, że na powierzchni dotrwały do dziś tylko najtwardsze fragmenty ostańca. Widoki mieliśmy przednie, Okiennik ukazał się nam w zachodzącym słońcu, podobnie jak Góra Zborów dzień wcześniej. Piękne kolory skałki...Dziewczyny oczywiście szybko wdrapały się na "okno" i zażyczyły sobie sesji fotograficznej :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
"Panienka z okienka"...
Obrazek

Na Okienniku dostaliśmy telefon od Pawła, że jadą do Kroczyc i tam spotkaliśmy się całą grupą. Zrobiliśmy zakupy i wieczorem do ok. północy siedzieliśmy przy grillu (na który już od dawna miałem smaka :)) w 5-osobowym składzie rozmawiając na różne tematy...
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:46 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
dangol
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 11100
Dołączył(a): 29.06.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) dangol » 09.05.2009 20:52

W Jurze byłam tylko jede raz, oczywiście miło wspominam tamten wypad :). To też była majówka 8), tyle że dawno temu, dokładnie tuż po Czarnobylu... Trasę mieliśmy inną, niż Wy - jak dotąd tylko Bobolice i Mirów się powtórzyły. Z semntymentem wróciłam dzięki Wam do tych zmanych mi miejsc, fajnie też było zobaczyć pozostałe :D, zwłaszcza uroczo się prezentujące przy świetle zachodzącego słońca.
Ostatnio edytowano 10.05.2009 12:30 przez dangol, łącznie edytowano 1 raz
Janusz Bajcer
Moderator
Avatar użytkownika
Posty: 105366
Dołączył(a): 10.09.2004

Nieprzeczytany postnapisał(a) Janusz Bajcer » 10.05.2009 00:00

Robercie, życzę Ci jak najwięcej pięknych wycieczek z "panienką z okienka" :lol:

Widzę też "skaczące" zdjęcia, podobne kiedyś zamieszczałem na forum :lol:
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 10.05.2009 13:48

Dzień III

Na niedzielę planowaliśmy dalszą eksplorację Jury. Nie przypuszczaliśmy jednak, że zaczniemy ją tak szybko :). Otóż, Gabi zrobiła nam pobudkę ok. 6.00. Zaczęliśmy powoli wstawać, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w drogę. Tego dnia mieliśmy mniej zwiedzania...ale za to zaczęliśmy z "grubej rury" - od zamku w Ogrodzieńcu (tam nie było jeszcze ani Gabi ani Zosi). Po drodze widzieliśmy ponownie Okiennik (szkoda, że nie było jak przystanąć, bo miałem pomysł na ładne ujęcie okienka z rzepakiem :)). Wymyśliliśmy też skrót, który nas kosztował stratę czasu i nadłożenie drogi :(. Znów mapa zawiodła...na szczęście, dojechaliśmy do Ogrodzieńca wczesnym przedpołudniem. Przy wjeździe do Podzamcza, gdzie de facto znajdują się ruiny zamku, stoją naganiacze i namawiają kierowców do skorzystania z ich miejsc parkingowych (7 zł za dzień, 5 zł za 3 godziny). "Biznesmeni" przerobili swoje przydomowe ogródki na parkingi :). Jak się później dowiedzieliśmy, w niedzielę miał odbyć się turniej rycerski na zamku, więc pewnie stąd było aż tak duże zainteresowanie. Wejście na zamek jest płatne i kosztuje 5,50 zł. Dostaliśmy bilety bez stania w kolejce, ale kończąc obejście zamku, widzieliśmy już sporą kolejkę. Zamek Ogrodzieniecki to najbardziej imponujące Orle Gniazdo spośród wszystkich zamków Jury Krakowsko - Częstochowskiej. Usytuowany na Górze Janowskiego - najwyższym wzniesieniu Jury (504 m. n.p.m.) - zbudowany z twardego wapienia i dolomitów przetrwał wieki, będąc długo niezdobytą twierdzą piastowskich orłów na Krakowie, a później kolejnych potężnych i znamienitych magnackich rodów. Wzgórze usiane jest mnóstwem ostańców, w które doskonale wkomponowano obronną budowlę. Warownia jest też niezwykle ciekawym przykładem architektury militarnej, w której połączono cechy dwóch epok: średniowiecznego, gotyckiego zamku obronnego i nowożytnej fortyfikacji bastionowej. Obecny stan ruin zamku jest efektem prac archeologiczno - konserwatorskich dokonanych przez państwo w latach 1959 - 1973. Jest to też pewnie jedno z najbardziej obleganych miejsc na Jurze w czasie takich weekendów jak majówka (za pierwszym razem, gdy tam byłem - styczeń 2007 było tam pustawo, zupełnie inne wrażenia). Dlatego też, obeszliśmy zamek, porobiliśmy fotki i pojechaliśmy dalej do Smolenia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert przed zamkiem...
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Budowę pierwszego zamku w Pilczy (pierwotna nazwa Smolenia) datuje się na drugą połowę XIII stulecia. W XIV wieku wzniesiony gotycki zamek. W okresie potopu szwedzkiego w 1655 żołnierze Karola Gustawa po długotrwałym ostrzale zdobyli zamek, doszczętnie go ograbili, a odchodząc puścili z dymem. Przesądziło to o losie budowli, która szybko popadła w ruinę. Do czasów nam współczesnych jurajska twierdza przetrwała w nienajgorszym stanie. Cylindryczna wieża zachowała się do wysokości 16 metrów, kilka metrów wysokości liczą mury zamku górnego. Niemal w całości zachowały się również mury obronne zamków dolnych z obydwiema bramami. Na zamek górny wspiąć się można przy pomocy wmurowanych stalowych wsporników tworzących drabinkę. Oczywiście, jako pierwsza Gabi zapragnęła wspinaczki a za nią Wiola i ja. I o ile wejście nie było aż tak trudne, to z zejściem mieliśmy już problemy, zwłaszcza Wiola. Paweł nakręcił film z tego a jakiś facet, który wszedł na górę po nas porobił fotki. Później zapytał się nas, czy może dać to na forum, na co się chyba lekkomyślnie zgodziliśmy - pewnie trafimy na jakieś forum z opisem - niedzielni turyści wchodzą na Smoleń i stwarzają niebezpieczeństwo, czy coś w tym stylu :(.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
...właśnie od tej strony można wspiąć się po drabince do góry. Drabinki są w pobliżu muru :)

Zamek w Smoleniu co prawda nie dorównuje wielkością głównym zamczyskom jurajskim, ale jest doskonałym przykładem średniowiecznej budowli wyżynnej i leży w pięknej scenerii rezerwatu góry Smoleń. Ze Smolenia pojechaliśmy do Bydlina. Historia powstałego w XIII/XIV wieku skromnego zameczku z uwagi na niedostępność źródeł ginie w mrokach dziejów, trudno więc o jednoznaczne określenie, kiedy oraz przez kogo obiekt został zbudowany. Istnieje nawet opinia, że budowla ta nigdy nie była zamkiem i od początku do końca pełniła przede wszystkim funkcje sakralne.

Obrazek

Obrazek

Do naszych czasów zachowały się potężne postrzępione fragmenty murów kamienicy zamkowej, ukryte w ziemi fundamenty murów obwodowych i rowy po fosie. Z Bydlina pojechaliśmy na Rabsztyn. Wiola dużo opowiadała mi o tym miejscu i jej słowa okazały się być nie przesadzone. Miejsce robi niesamowite wrażenie, choć nam widoki utrudniały odbywające się zawody kolarskie Family Cup. Drewniany zamek stał tu już w XIII w. (niektórzy sądzą że nawet w XII w.). Murowany wybudowany został za Kazimierza Wielkiego. W czasie potopu wycofujące się wojska szwedzkie splądrowały i zniszczyły zamek, którego już nie odbudowano. Częściowo był jeszcze używany do początków XIX wieku, potem został opuszczony. W drugiej połowie XIX w. poszukiwacze skarbów wysadzili jedyną zachowaną część zamku - basztę oraz mury zamku dolnego. Zamek jest obecnie remontowany, odbudowywana jest wieża strażnicza i brama główna.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W Rabsztynie chcieliśmy się posilić, ale to też lepiej przemilczeć. Większość z nas obeszła się smakiem, innym skoczyło ciśnienie a obsługa tłumaczyła wszystko...nadmiarem gości. Dodatkowym bonusem na trasie była Pieskowa Skała w Ojcowskim PN, której nie planowaliśmy. Paweł, gdy usłyszał, że jeszcze mnie tam nie było, stwierdził, że do Krakowa może dojechać przez Skałę (drogą nr 778) a nie krajową "4" z Olkusza. Zamek w Pieskowej Skale - najstarsza historia zamku tkwi w pomroce dziejowej.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert z zamkiem w tle...

Tradycja mówi, że w okresie wczesnego średniowiecza istniał tu lub na przeciwnej górze Bukowiec drewniany ogród. Są to tylko przypuszczenia, bowiem jego śladów nie stwierdzono. Natomiast pierwsza wzmianka o zamku w Pieskowej Skale pochodzi dopiero z 1315 r. W I połowie XIV wieku Kazimierz III Wielki wybudował tu zamek, element łańcucha obronnych "Orlich Gniazd", składający się z dwóch części: górnej i dolnej. Górna, niezachowana, wzniesiona była na niedostępnej skale zwanej "Dorotką". W czasie potopu szwedzkiego zamek został zniszczony, zaś w 1718 uległ pożarowi. Odbudowano go jako siedzibę rodu Wielkopolskich w 1768 roku. W pobliżu zamku stoi słynna wapienna skała - Maczuga Herkulesa.

Obrazek

Obrazek

Stoi ona na najniższej skalnej terasie zwanej Fortepianem o wysokości 8-12 m, a wysokość samej maczugi wynosi około 25 metrów. Stanowi ona bardzo charakterystyczny element krajobrazu Doliny Prądnika. Powstała w wyniku krasowej działalności wód i różnej odporności na wietrzenie wapieni. Pierwszy raz została zdobyta przez Leona Witka z Katowic w 1933. Na jej szczycie znajduje się mały żelazny krzyż upamiętniający to wydarzenie. Planowaliśmy zajechać również pod zamek w Ojcowie, ale niestety czas nas gonił...przejazd przez Ojcowski PN zajął nam trochę czasu. Co gorsze, to droga obstawiona przez samochody, że ruch w zasadzie odbywał się wahadłowo z tą uwagą, że nikt nim nie kierował :(. Dodatkowo jeszcze rowerzyści, piesi - infrastruktura turystyczna w Ojcowskim PN pod tym względem wypada mizernie :(. Ok. 19 bez problemów dojechaliśmy do Krakowa (niezakorkowanego). Ja miałem połączenie za niecałą godzinę. Niestety, Gabi na pociąg do Lublina musiała czekać do 1.00 w nocy. W moim pociągu znów był "sajgon". Jakoś jednak udało mi się znaleźć miejsce, ale dużo osób nie miało tego szczęścia. A na dworcu w Szczecinie spotkałem...owczarka niemieckiego, który jechał na zlot ze swoimi właścicielami :).

Ogólnie, wypad był ze wszech miar udany. Nowe zamki, skałki - pogoda dopisała. Spotkaliśmy się z naszą "czarnogórską" ekipą, która powoli się rozrasta :), planując kolejne wyjazdy...

PS Danusiu, cieszę się, że możemy Wam przypomnieć niektóre miejsca i zaprosić w nowe...
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:47 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 27.05.2009 19:42

Tatry - maj 2009

Dzień I - Rozgrzewka

Po bardzo udanym pobycie na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie zwiedziliśmy sporo zamków, połaziliśmy po skałkach i spotkaliśmy się ze znajomymi, przyszła kolej na górski wypad. Co prawda, plany wyjazdowe były początkowo inne, ale z różnych przyczyn nic z nich nie wyszło :(. Ale, mam nadzieję, że kiedyś uda się je zrealizować, bo kosztowało nas trochę czasu i zachodu szukanie informacji na temat tych miejsc...

Celem podróży tym razem były Tatry. Pomysł wyjazdu w nasze najwyższe góry pojawił się na 2 dni przed wyjazdem - bo do końca liczyliśmy na to, że pojedziemy gdzieś indziej. O wyborze Zakopanego zdecydowałem ja, a Wiola się z moja propozycją zgodziła. Chciałem jechać w Tatry dlatego, że moje tatrzańskie doświadczenie było jak do tej pory bardzo mizerne :(...a jako, że wyjazd nastąpić miał w środku tygodnia, nie było żadnego problemu ze znalezieniem kwatery. Nocleg mieliśmy na Antałówce (już tam kiedyś byłem...). Warunki dobre, lokalizacja też w miarę ok. Do stolicy Tatr, która powitała nas ładna pogodą, dotarliśmy w czwartkowe południe. Sprzed dworca odebrał nas właściciel kwatery. Na kwaterze, szybkie przepakowanie i od razu ruszyliśmy na szlak. Wiola zaproponowała podejście pod Czarny Staw Gąsienicowy. Tam mnie jeszcze nie było...ok. 20 minut zajęło nam dojście do Kuźnic, skąd szlakiem żółtym przez Dolinę Jaworzynki szliśmy w kierunku Przełęczy między Kopami (1499 m.n.p.m.).

Obrazek
w Dolinie Jaworzynki

Początkowo szlak wiedzie po płaskim, potem wznosi się dosyć stromo w górę - a po drodze po prawej stronie ukazuje się coraz wyraźniejszy Giewont :).

Obrazek

Obrazek
tu - fragment szlaku pod górkę...

Mijamy też licznych turystów mimo, że jest środek tygodnia - dużo grup szkolnych (jak opowiadał nam później właściciel kwatery, w większości są to tzw. "zielone" szkoły), turystów indywidualnych zdecydowanie mniej. Od Przełęczy między Kopami (dojście do niej zajmuje ok. 1,30 godziny) wędrujemy już szlakiem niebieskim prowadzącym nas prosto do celu.

Obrazek

Ukazują się nam też coraz piękniejsze widoki na częściowo ośnieżone Tatry na tle niebieskiego nieba :).

Obrazek
RobCRO na szlaku...

Jesteśmy zachwyceni i robimy sporo zdjęć :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert z Kościelcem w tle...

Od Murowańca (w zasadzie to schronisko mijamy z boku), szlak znów zaczyna być bardziej stromy i miejscami pojawia się śnieg...patrząc na te dzieciaki w "baletkach", to dziwię się, kto ich puścił w te góry. A już "szczyt" pobiła pewna laska w...japonkach :(. Na tym odcinku jest dosyć tłoczno...po ok. 1 godzinie marszu naszym oczom ukazuje się cel wycieczki - Czarny Staw Gąsienicowy i górujący nad nim Kościelec.

Obrazek
za nami coraz wyraźniejsza sylwetka Kościelca...

Obrazek
Kościelec

Obrazek
Wiola i Kościelec

Obrazek
Robert z Kościelcem w tle...

Jezioro polodowcowe położone jest na wysokości 1624 m n.p.m. w cyrku lodowcowym i jest czwartym co do głębokości jeziorem tatrzańskim. Czarny Staw jest największym jeziorem Doliny Gąsienicowej i ma kształt owalny. Od północy zamyka je skalny próg, z którego wypływa Czarny Potok Gąsienicowy. Nazwa wywodzi się z ciemnogranatowego, a nawet czarnego odcienia wody, związanego z ocienieniem wód pobliskim szczytem i sinicami porastającymi głazy znajdujące się na brzegach jeziora. Przezroczystość wody wynosi ok. 12 m. Staw w niewielkiej części wciąż był pokryty lodem...Gdy dotarliśmy nad niego, było tam niemal pusto. A z tego, co mówiła mi Wiola, latem jest niemal niemożliwe, żeby znaleźć miejsce, w którym można by odpocząć w spokoju nad brzegiem jeziora.. Nam to się udało...:)

Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym:
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ale mnie jednak kusił górujący nad nami Kościelec. Wiola kiedyś na nim była...Niestety, czasu nie mieliśmy tyle, żeby na niego wejść, zejść i jeszcze dotrzeć na kwaterę :(. Tym bardziej, że wg Wioli Kościelec do łatwych górek nie należy. Cóż, pozostało nam cieszyć się jego widokiem. Podeszliśmy za to kawałek szlakiem czarnym w stronę Przełęczy Karb, skąd podziwialiśmy widok Stawu Gąsienicowego z góry - bardzo piękne widoki :) - niesamowity kolor wody, odbijające się szczyty...bajkowo!

Obrazek
w drodze na Przełęcz Karb...

Obrazek

Obrazek

Droga powrotna zajęła nam mniej czasu - wracaliśmy nieco inną trasą tj. szlakiem niebieskim prowadzącym od Stawu do Kuźnic. Od Przełęczy między Kopami jest on mniej ciekawy widokowo niż żółty prowadzący przez Dolinę Jaworzynki. Wieczorem krótki pobyt na Krupówkach, relaks na kwaterze, ustalenie trasy na dzień następny i szybko odpływamy :). A kolejny dzień już bardziej górsko...:)
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:48 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 28.05.2009 18:47

Dzień II - Czerwone Wierchy

Po pierwszym, rozgrzewkowym dniu przyszła kolej na bardziej górskie łazikowanie. Wiola wybrała dla nas szczyt Małołączniaka w paśmie Czerwonych Wierchów. Dla obojga z nas było to pierwsze podejście na ten szczyt - wcześniej Wiola była na Ciemniaku. Ustaliliśmy, że na górkę wejdziemy szlakiem niebieskim prowadzącym przez Dolinę Małej Łąki, Przysłop Miętusi aż na sam szczyt Małołączniaka.

Rano pobudkę zrobiliśmy sobie dosyć wcześnie, potem szybkie śniadanie i w drogę. Za oknem pogoda taka sobie, ale obejrzana dnia poprzedniego prognoza pogody, mówiła, że piątek może być nieciekawy w pogodzie...

Wycieczkę rozpoczęliśmy od przystanku busów, skąd za 4 zł podjechaliśmy do Krzeptówek, gdzie zaczyna się szlak niebieski na Czerwone Wierchy.

Obrazek
Daleka droga przed nami...

Początek szlaku od razu wznosi się dosyć ostro w górę i stanowi dobrą rozgrzewkę przed dalszą trasą. Tak ostro jest do Przysłopu Miętusiego (1189 m.n.p.m.). Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska Tomasza Miętusa, który w 1595 roku otrzymał ten teren od króla Zygmunta III Wazy. Słowo "Przysłop" pochodzi z języka wołoskiego i oznacza przełęcz. Polana Miętusia jest znakomitym miejscem widokowym. Doskonale widać stąd północne urwiska Krzesanicy (2122 m n.p.m.) i Ciemniaka (2096 m n.p.m.) oraz masyw Kominiarskiego Wierchu (1829 m n.p.m.) po zachodniej stronie. Dopiero tam spotykamy tego dnia pierwszych turystów - parę nieco starszych Finów.

Obrazek

Krótką chwilkę z nimi rozmawiamy i ruszamy dalej...od Przysłopu szlak wiedzie po prostym lub łagodnie wznosi się w górę. To dawna droga górnicza (w tym miejscu dawno temu wydobywano rudę żelaza).

Obrazek
fragment łagodniejszego podejścia...

Można tu dać odpocząć nogom…później już nie jest tak lekko a trudniejszy odcinek zaczyna się od Kobylarzowego Żlebu. Primo: szlak wiedzie przez płaty śniegu lub secundo: po kamieniach (ruchomych...) bez wyraźnie oznaczonego szlaku. Dodatkowo, to my przecieramy szlak po śniegu, innych śladów nie było widać - z drugiej strony pomylić się raczej aż tak nie da, bo raczej niemożliwe jest wchodzenie po ścianie Krzesanicy :). A ta robi niesamowite wrażenie z ukrytymi jaskiniami i swoją potężną ścianą...na tym odcinku jest też krótki fragment podejścia z łańcuchami.

Obrazek
Wiola w Kobylarzowym Żlebie...

Obrazek
krótki odcinek z łańcuchami...

Po przejściu tego całego odcinka wychodzi się z żlebu na trawiastą polanę, którą początkowo wzięliśmy za szczyt. Tak lekko, to nie ma - Wiola od razu się spostrzegła, że to nie może być szczyt, bo czas przejścia był zbyt krótki :). Czekał nas jeszcze "atak" szczytowy - stosunkowo łagodne, ale po przebytej już drodze w górę, męczące podejście przy silnym wietrze i lekko zacinającym deszczu :(. Monotonne podejście szeroką ścieżką w górę grzbietu aż na sam szczyt Małołączniaka trwa ponad pół godziny.

Obrazek
Robert przed "rzekomym" Małołączniakiem :)

Kilkakrotnie wydaje się nam, że szczyt jest tuż przed nami. Rzekomy wierzchołek okazuje się jednak tylko lokalnym garbem, za którym odsłania się dalsza droga. Za to podejście jest piękne widokowo - z jednej strony na odsłaniający się Giewont, z drugiej na sąsiednie szczyty Czerwonych Wierchów :).

Obrazek

Obrazek
chmury nad Giewontem...

Obrazek
widok w stronę zachodnią...

Obrazek
widok w stronę Krzesanicy...

Po ok. 3 godzinach byliśmy na szczycie Małołączniaka (2096 m.n.p.m.) - dla mnie rekord wysokości w Tatrach - tak wysoko jeszcze nie byłem :).

Na szczycie:
Obrazek

Obrazek
"Piździ"...

Obrazek

Obrazek
nieco poniżej szczytu...

Małołączniak jest centralnym punktem masywu Czerwonych Wierchów. Jego położenie zapewnia rozległy widok, który jest szczególnie efektowny patrząc w stronę Tatr Wysokich. Przez szczyt przebiega czerwono znakowany szlak łączący wszystkie cztery wierzchołki masywu (Kopa Kondracka - Małołaczniak - Krzesanica - Ciemniak). Na szczycie spotkaliśmy innych turystów - akurat wszyscy weszliśmy na szczyt niemal w tym samym momencie :):). Ale każdy z innego kierunku :). Jeden chłopak wszedł czerwonym od Kościeliskiej przez Ciemniaka i Krzesanicę, parka weszła czerwonym od Kopy Kondrackiej a my niebieskim z Doliny Małej Łąki. Chwilkę pogadaliśmy, jakieś fotki i uciekaliśmy dalej w swoich kierunkach, bo od tej "piździawki" na górze wyrobić nie było jak :(. Chłopak zdecydował się zejść "naszym" szlakiem, parka czerwonym w stronę Kasprowego a my początkowo sami do końca nie wiedzieliśmy, czego chcieliśmy. Po rozmowach ze spotkanymi na Kopie Kondrackiej (2005 m.n.p.m.) turystami, zdecydowaliśmy się na szlak żółty w kierunku Kondrackiej Przełęczy (1725 m.n.p.m.) pod Giewontem.

Obrazek
Wiola & Robert na Kopie Kondrackiej...

Małołączniak widziany z Kopy Kondrackiej:
Obrazek

Obrazek


Widoki na Giewont ze szlaku na Kopę:
Obrazek

Obrazek

Robert z Giewontem w tle...
Obrazek

Obrazek

Tutaj zaczęło się robić tłoczno a im bliżej Giewontu, tym więcej ludzi. Magia "kultowej" górki na nas nie podziałała tak, jak na innych i po prostu sobie ją odpuściliśmy, choćby z tego powodu, że oboje już na niej kiedyś byliśmy :). Ale, chętnych na wejście na Giewont było naprawdę sporo...od Przełęczy pod Giewontem złaziliśmy szlakiem niebieskim przez Piekło do schroniska na Hali Kondratowej i dalej do Kuźnic. Taka cała trasa nie jest specjalnie długa ani nie wymaga specjalnych umiejętności, oprócz Kobylarzowego Żlebu. Podejrzewam jednak, że trudniej byłoby tam zejść w dół niż iść pod górkę...może też z perspektywy dni, żałuję, że nie przekonałem Wioli, żeby wejść na Krzesanicę - sąsiedni szczyt Małołączniaka :(. Nie było na niego daleko a Krzesnica jest zdecydowanie wyższa (2122 m.n.p.m.)...

W mieście jemy obiad, robimy zakupy i pod wieczór lądujemy na kwaterze...znów odpoczynek przy mapach i planowanie kolejnego dnia :). Oj, działo się, działo...

PS Danusiu-Dangol...my wcale nie tacy wielcy podróżnicy. Wyobraź sobie, że na Tatry wykorzystałem pierwsze dwa dni urlopu z 2009r.:). Nasze wypady zwykle są weekendowe, jednodniowe...:)
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:49 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
dangol
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 11100
Dołączył(a): 29.06.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) dangol » 28.05.2009 20:32

Nawet jeśli to głównie weekendy - to mocno "zagęszczone" wspaniałymi podróżami 8). Dzięki Wam, my też coś z tego mamy :), nie odchodząc daleko od komputera :lol:
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 29.05.2009 19:59

Dzień III - Na Zawracie

Tak, tak, po Małołączniaku miało być lekko i przyjemnie a było...hmmm...

Wiola tym razem wymyśliła szlak do Doliny 5 Stawów Polskich (kolejne miejsce, gdzie mnie jeszcze nie było) od strony Wodogrzmotów Mickiewicza. Do Wodogrzmotów dostaliśmy się przez Palenicę, dokąd można dotrzeć busem, który był zatłoczony (koszt przejazdu 8 zł). Kierowca opowiadał ciekawe historie a...i jedna z nich, zasłyszana na CB wywołała moje rozbawienie ileż załamanie. Otóż, jakiś "kumaty" kierowca - turysta zaczyna się nagle wypytywać o parking przy...Dolinie 5 Stawów Polskich. Jak trudno było mu uwierzyć, że tam samochodem nie podjedzie...w efekcie pokierowano go na parking przy Palenicy i dalej kazali iść z buta :).

Szlak do Morskiego Oka z Palenicy jest czasowo zamknięty z powodu osuwisk i otwarty jest tylko w weekend, w resztę dni można przejść drogą gospodarczą do schroniska w Roztoce. Morskie Oko niezmiennie przyciąga tłumy ludzi i nie inaczej było tego dnia, choć rano pogoda było nieco zniechęcająca.

Obrazek
Ile mamy dziś do przejścia???

Od Wodogrzmotów Mickiewicza, gdzie zaczynał się nasz szlak było już bardziej pustawo, jedynie niewielkie grupki...choć i tu spotykamy "piknikowych" turystów - widziałem babcię w sandałkach. Eh...:(

Szlak ten wiedzie wzdłuż Potoku Roztoki. Jest stosunkowo łagodny, nie przysparza większych problemów, oprócz może stromego początku (tradycyjnie na rozgrzewkę :)). Ścieżka, biegnąca przez las wzdłuż szumiącego potoku, to wznosi się trochę pod górę, to opada trochę w dół.

Mimo, że szlak wiedzie wśród gęstego drzewostanu, nieliczne przerzedzenia pozwalają podziwiać widoki zasłonięte nieco przez chmury. Szczególnie ładnym miejscem jest Nowa Roztoka - niewielka polanka, do której docieramy po mniej więcej godzinie drogi licząc od Wodogrzmotów. Dobrze widać stąd Kozi Wierch i jego łagodne, południowe zbocze.

Obrazek
Wodospad Buczynowa Siklawa (?)...

Za Nową Roztoką ponownie przechodzimy na drugą stronę potoku. Pomocą służą dwa drewniane mostki przerzucone nad dwiema odnogami strumienia. Szlak łagodnie prowadzi teraz pod górę lasem, który wyżej zanika przechodząc w piętro kosodrzewiny. Po drodze mijamy Dziadulę - olbrzymią wantę (blok skalny), która leży tuż przy potoku. Po niespełna półtoragodzinnym marszu, licząc od Wodogrzmotów, dochodzimy do rozdroża szlaków dającego możliwość krótszego podejścia szlakiem czarnym od razu do schroniska lub dłuższego przejścia wzdłuż Wielkiej Siklawy pod Wielki Staw. Decydujemy się na wariant drugi (szlak zielony) - podobnie jak większość turystów. W przeciągu kilkunastu minut docieramy na niewielkie wcięcie skalne zwane Wrótkami, skąd doskonale widać główną, liczącą ok. 65-70 m kaskadę największego wodospadu w Polsce. Wodospad spada z progu ściany stawiarskiej oddzielającej doliny: Pięciu Stawów i Roztoki dwoma lub trzema strugami (w zależności od wysokości poziomu wody w Wielkim Stawie). Nachylenie ściany wynosi ok. 35°.

Obrazek
Wiola & Robert przy wodospadzie...

Obrazek

Obrazek

Jest to największy (chociaż nie najwyższy) wodospad w Tatrach. Spadające z dużym impetem olbrzymie ilości wody wytwarzają w powietrzu drobną mgiełkę. Nie odchodząc od ścieżki możemy na własnej skórze poczuć opadające niewielkie krople wody. Szlak wiedzie dalej po lewej stronie wodospadu. Stromy, stosunkowo najtrudniejszy odcinek wyprowadza po śniegu na próg wodospadu przy Wielkim Stawie. Trzeba tam bardzo uważać...

Obrazek
widok na Wielki Staw

Od węzła szlaków przy Wielkim Stawie zostaje nam 10 minut łatwego przejścia za niebieskimi znakami wzdłuż brzegów Wielkiego, a następnie Małego i Przedniego Stawu pod samo schronisko.

Obrazek
schronisko

Tam, robimy sobie krótką przerwę...ciepła herbata, kanapka, rozmowa co dalej (Wiola spotyka też ku zaskoczeniu swojego szefa :)). Chcemy iść na Przełęcz Krzyżne. Prawdopodobnie, gdyby szlak był otwarty, poszlibyśmy niebieskim przez Świstówkę Roztocką do Morskiego Oka , ale ten szlak akurat jest zamknięty do 31 maja. Ostatecznie, nasz wybór pada na Zawrat - znaki pokazują nam, że tam tylko 1, 40 godz. a na Krzyżne bodajże 2,10 godz. Zaoszczędzimy dużo czasu :).

Obrazek
...to ile czasu na Zawrat???

Zanim ruszyliśmy do góry podziwialiśmy Dolinę - najrozleglejszą spośród polskich wysokogórskich dolin. Jest to miejsce wyjątkowo malownicze.

Obrazek
Wiola & Robert nad Wielkim Stawem
Obrazek

Obrazek
Robert, w tle Wielki Staw

Obrazek
Wielki Staw

Piękno otaczających dolinę szczytów wzmacniane jest przez urok znajdujących się w dolinie olbrzymich stawów, z których największy - Wielki Staw - ma powierzchnię 34,1 ha i głębokość dochodzącą do 79,3 m. Dolina Pięciu Stawów położona jest na wysokości powyżej 1665 m n.p.m. i stanowi przedłużenie Doliny Roztoki. Jak sama nazwa wskazuje znajduje się tutaj 5 stawów: Przedni, Mały, Wielki, Czarny i Zadni (ten ostatni jeszcze całkowicie skuty lodem). A żeby się upewnić, że dobrze robimy chcąc iść na Zawrat, po drodze pytamy turystów o warunki - nikt nam nie odradza, choć jeden gość idący od Koziego Wierchu, zmierzył nas wzrokiem, czy aby na pewno wiemy, co robimy. Tak, tak, ja w tych swoich spodenkach, to wyglądałem bardziej jak turysta z chorwackiej plaży a nie "taternik" :). Patrząc też na wyposażenie innych turystów, widzimy czekany, raki przyczepione do plecaków - my takiego sprzętu nie posiadamy.

Sam szlak niebieski na Zawrat nie jest trudny - prowadzi łagodnym, południowym stokiem Koziego Wierchu wiedzie przez liczne płaty śniegu i trzeba iść po śladach. W jednym miejscu trzeba uważać na potok - Wiola niemal w niego nie wpadła, w innym zaś trzeba wskoczyć na skałkę...ale za to jakie widoki mamy po drodze. Pogoda znów okazała się dla nas łaskawa J. Przejaśniło się i ukazała się nam przepiękna panorama Tatr :) - Kołowa Czuba, po jej prawej stronie Mały Kozi Wierch, Zamarła Turnia i zachodnie, urwiste zbocze Koziego Wierchu i dalej widoki w kierunku słowackich Tatr. Świat jak z bajki, choć podziwiany przy przenikliwym wietrze smagającym nas po całym ciele :(.

Obrazek
widok w stronę Wielkiego Stawu...

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Zadni Staw Polski

Obrazek
...w drodze

Obrazek
...i coraz bliżej szczytu!

Obrazek
Wiola, w tle...Kozi Wierch (?)

Obrazek

Obrazek
z piękną panoramą Tatr w tle...

Obrazek
..czyżby "Majka: się nam odkrywała??? Nie, nie...to "tylko" Krywań.
Obrazek

Wraz ze zdobywaną wysokością widoki stawały się coraz piękniejsze. W końcu po ok. 1,30 godz. byliśmy na Zawracie :):):). Pierwszy etap nie zmęczył nas za bardzo ani nie przysporzył technicznych trudności...

Obrazek
Na Zawracie...

Widoki z Zawratu:
Obrazek

Obrazek
Najwyższa górka to "święta" góra Słowaków - Krywań (2494m.n.p.m.)
Obrazek

Obrazek
a tak wygląda Krywań na zbliżeniu...

Obrazek
od Krywania po Rysy...

Obrazek
Rysy (?)

Sam Zawrat jest wąską przełęczą położoną w bocznej grani Tatr na wysokości 2159 m n.p.m., oddzielającą Zawratową Turnię od Małego Koziego Wierchu, jednym z dwóch skrajnych punktów szlaku Orlej Perci (drugi to wspomniane już Krzyżne). Widoki z Zawratu mamy przepiękne - choć nasza orientacja, co widzimy, jest praktycznie żadna :(. Wypytujemy ludzi, co widać - a widać piękny Krywań (mamy "smaka" na niego :)), widać Rysy, nieco przysłonięty chmurami Gerlach, oczywiście po jednej stronie widać Świnicę, po drugiej Kozi Wierch (ten Mały raczej) a jeszcze w przeciwną stronę mamy widok na Granaty. Pytamy też o opcje zejścia w dół. Po rozważaniach decydujemy się na szlak niebieski przez Zawratowy Żleb do Doliny Gąsienicowej. Mamy informacje, że na dół prowadzą lodowo-śnieżne stopnie i że bez raków przy bardzo dużej uwadze da się ten szlak pokonać. Z góry wygląda to jednak na pionową ścianę :(.

Wiemy, że będzie cholernie trudno...i tak jest w istocie. Schodzimy wolno w dół, ostrożnie stawiając nogi, podpierając się rękoma i "czterema" literami - mi przytrafia się małe zjechanie na tyłku w początkowej fazie tak ok. 2 metry. Przy końcu zjechałem ok. 5 metrów na 4 literach, ale tam już powoli szlak się wypłaszcza, choć nadal jest to stroma ściana. Dodatkowo, szlak jest zacieniony, wieje, jest zimno - teraz ja czuję się w tych moich spodenkach, bez rękawiczek jak te laski i babcie w japonkach/ sandałkach :(. Wiola też schodzi bardzo powoli i ostrożnie. Uważamy na siebie jak chyba nigdy wcześniej w czasie naszych podróży. Wiola ma złe doświadczenia, bo kiedyś zjechała zimą z Wołowca. Gdy docieramy na wypłaszczenie w okolicy Zmarzłego Stawu (chyba nie był aż tak zmarzły jak ten Zadni w Dolinie 5 Stawów...z tego wszystkiego nie zrobiliśmy żadnej fotki tego akwenu), jesteśmy szczęśliwi, że pokonaliśmy tak trudną trasę :(.

Obrazek
Robert w tle Zawratowy "zabójczy" Żleb

Jesteśmy porządnie przemarznięci i chcemy jak najszybciej wyjść na słońce, żeby rozgrzać się ciepła herbatą...Z perspektywy czasu, lepiej chyba było zejść tak, jak weszliśmy. Zdecydowanie łatwiejsza trasa - z drugiej strony, po minięciu Zmarzłego Stawu, zza skał zaczął się nam wyjawiać Przedni Staw Gąsienicowy, znany z wycieczki z pierwszego dnia. Jego kolory mieniły się wraz z naszym marszem wzdłuż brzegu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert i Staw Gąsienicowy

Obrazek
zejście nad Staw...

Obrazek

I ponownie ujrzeliśmy Kościelca :).

Obrazek
...z mała wysepką po środku.

Tym razem, nie robimy żadnego odpoczynku nad brzegiem stawu. Po prostu, chcemy jak najszybciej wrócić na kwaterę...już nawet widoki nas tak nie zachwycają, zdjęć też robimy zdecydowanie mniej :(.

Wracamy szlakiem niebieskim do Przełęczy między Kopami, skąd decydujemy się schodzić żółtym do Kuźnic, którym podchodziliśmy pierwszego dnia. Pod wieczór wróciliśmy do siebie...oj, ten dzień dał nam mocno w kość. Powiedziałbym, że w du...ę też, w przenośni i dosłownie, bo na 4 literach przecież też trochę schodziliśmy. Ta wyprawa dużo nas nauczyła i...z Wiolą postanowiliśmy się nieco doposażyć (na razie jednak raków i czekana nie kupujemy), ale inny sprzęt/ odzież na pewno się przyda :).

PS tego dnia i poprzedniego nad Tatrami w rejonie Orlej Perci często latał śmigłowiec:
Obrazek

Obrazek

Najprawdopodobniej były to tylko jakieś ćwiczenia, bo nic nie słyszeliśmy o żadnych wypadkach...dopiero po naszym powrocie jakiś narciarz spadł z Niebieskiej Przełęczy.
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:51 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
janusz.w.
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1670
Dołączył(a): 21.07.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) janusz.w. » 30.05.2009 11:38

Przeczytałem i normalnie zimno mi za Was :wink: :!: Jak to tak :?: Bez czapki, bez rękawiczek... i te spodenki 8O Przyznam, że wejście od Pieciu Stawów to nie problem, ale już zejście do Czarnego... ja bym bez raków się nie zdecydował :!: No, ale grunt, że pogoda dopisała i cało 'zjechaliście' w dolinki. Kawał trasy :!: Przy okazji uświadomiłem sobie, że na Zawracie byłem 16 lat temu :? Muszę to nadrobić... A na Krywań wybierzcie się koniecznie, ja bardzo długo spoglądałem na niego od polskiej strony, aż wreszcie wszedłem. Szlak jest piękny, długi, ale nie trudny technicznie :!:

pozdr
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 30.05.2009 16:42

Dzień - IV Luzik

Na dzień wyjazdu nie planowaliśmy nic specjalnego...wykombinowaliśmy sobie, że przejdziemy dwie tatrzańskie dolinki. Nie chcieliśmy się forsować po 3 dniach łażenia po górach, zwłaszcza po szaleństwie na Zawracie :). Padło na Strążyską i Białego Potoku - tak sobie teraz uświadomiłem, że kilkanaście dni przed nami taką samą trasę pokonała nasza forumowa Maslinka :).

Po odespaniu poprzedniego dnia, po śniadaniu ruszyliśmy na krótki spacerek - obok skoczni weszliśmy na drogę pod Reglami, doszliśmy do Strążyskiej - dosyć zatłoczonej, którą szybko pokonaliśmy (szlak czerwony). Przy chacie krótki odpoczynek, rezygnujemy z podejścia pod Wodospad Siklawica, gdyż oboje znamy już to miejsce. Decydujemy się na czarny szlak na ścieżkę pod Reglami. Od razu wróciły moje wspomnienia z Giewontu - wtedy schodząc z tej górki, chciałem sobie skrócić szlak i..."wpakowałem się" na ten czarny, wspinający się po schodach długo w górę. Wtedy to niemal tam wymiękłem...Tym razem, nie było tak źle, ale czując w nogach poprzednie dni, ten odcinek dał nam w kość. Po dojściu na płaskie weszliśmy sobie na Sarnią Skałę (1377 m.n.p.m.).

Obrazek

Z niej jest ładny widok na Giewont, a z drugiej strony na Zakopane. Widać też okoliczne górki np. Babią Górę (wcześniej widzieliśmy ją ze szlaku na Małołączniaka).

Obrazek
Babia Góra (czeka na nas...)

Obrazek
Zakopane

Obrazek

Powrót to czarny szlak ostro w dół do Doliny Białego. Tam znów sporo ludzi..a my lecieliśmy pędem na kwaterę, gdzie czekało nas pakowanie i niestety powrót do domu :(. Zawsze wszystko, co dobre, szybko się kończy. A cały wypad był ze wszech miar udany. Pogoda nam dopisała! Gdybyśmy pojechali tydzień później (a była taka opcja)...oj, to zastalibyśmy deszczowo-zimowe Tatry (o zgrozo!) A tak mieliśmy bajkowe widoki, górki przepiękne...a i trudności udało się nam pokonać. Niestety, teraz w wyjazdach czeka nas przerwa (moje obowiązki, że tak powiem ogrodnicze czekają na mnie :))...więc kolejne "lutalicowe" opowieści dopiero w wakacje. Pozdrav dla wszystkich czytelników. Życzę udanych wakacyjnych wycieczek...i być może do zobaczenia gdzieś na szlaku :).

PS a takimi widokami żegnało nas Zakopane:

Obrazek
widok na Kasprowy Wierch

Obrazek

PS Janusz...na Krywań mamy apetyt, tak jak i na lepszą eksploracją słowackich Tatr :). Co do Zawratu...tak jak piszesz, grunt, że "zjechaliśmy" do Doliny :).
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:52 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 08.08.2009 14:30

Bałkańska trylogia 2009 - "Czarnogóra - Albania - Macedonia"

I wreszcie przyszła pora, żeby zabrać się za powolne opisywanie naszych wspomnień z tegorocznego wypadu na Bałkany. Od powrotu do kraju minął już tydzień, a te dwa tygodnie urlopu minęły jak z bicza strzelił :(. Zostały jednak wspomnienia, którymi chcemy się z Wami choć trochę podzielić.

Pomysł wyjazdu do Albanii powstał w naszych głowach rok temu, gdy zdobywaliśmy Koma Vasojevickiego. Wtedy naszym oczom ukazał się widok na bezkresne Góry Przeklęte. Tak, bardzo chcieliśmy je "podbić"...ale, tak naprawdę konkretna w sumie decyzja o wyjeździe padła w czasie majówki na Jurze, gdy Paweł rzucił do Wioli i do mnie hasło "to szykujcie tą Albanię". I zaczęło się...oczywiście głównym źródłem informacji było forum. Namęczyłem też Kamila, Tomka, Ulę i kilka innych osób w temacie Albanii i nasza wiedza o tym kraju była coraz większa. Na koniec zostało nam ustalenie składu ekipy...pojechaliśmy połową składu z zeszłego roku tj. Wiola, Gabi, Paweł i autor relacji, jak również terminu. Wyjechaliśmy wcześnie rano 18 lipca z Katowic - Gabi i ja to nawet dzień wcześniej. Po drodze zabraliśmy Wiolę z Tychów i w komplecie ruszyliśmy na podbój Bałkanów.

1. Dzień I i II - Dojazd

Nasza trasa wiodła przez Żilinę (zastanawialiśmy się czy nie jechać na Brno, ale nie eksperymentowaliśmy...), Bratysławę (gdzie trochę się pogubiliśmy zjeżdżając zbyt szybko na Złote Pieski :(), Budapeszt. Na granicy słowacko - węgierskiej przestraszyła nas długaśna kolejka za winietami. Na szczęście, poznana w kolejce Polka zaprowadziła mnie do innej budki, gdzie czas oczekiwania na winietę wynosił ok. 15 minut - w tej pierwszej kolejce byłaby to pewnie ok. 1 godzina. Na winietę mieliśmy przygotowane forinty. Niestety, okazało się, że moje...wyszły z obiegu :(. Miałem takie z poprzednich wypadów na Węgry i teraz zostało mi jedynie wymienić w madziarskim banku. Z tego to powodu, za winietę zapłaciliśmy w euro (miesięczna kosztowała 20 euro). Po winietowych formalnościach pojechaliśmy dalej. Od Budapesztu wkroczyliśmy na nieznaną trasę - niemal zupełnie pustą autostradę bodajże M6 wiodącą na południe kraju na granicy z Chorwacją. Autostrada kończy się gdzieś w ok. Dunaujvaros. Od tej miejscowości jedzie się zwykłą drogą dwupasmową, ale natężenie ruchu nie było specjalnie duże i przejazd przez węgierskie miasteczka odbywał się bardzo płynnie. Na granicy węgiersko - chorwackiej spokojnie. Zamotaliśmy tylko nieco chorwackiego celnika mówiąc najpierw, że jedziemy nad "morje" a potem w "planiny". Ale, przez szybę widział i taki i taki szpej :). Na pamiątkę dostaliśmy chorwackie pieczątki a ja...cóż, mogę stwierdzić, że tradycji stało się zadość. Co 3 lata regularnie melduję się w Chorwacji. Zaczęło się to w 1997r.. Tym razem był to jednak bardzo krótki pobyt - przejazd tranzytowy, ale z noclegiem. Gdy zaczął zbliżać się wieczór, zaczęliśmy rozglądać się za metą. Na tą trafiliśmy gdzieś pomiędzy Beli Manastir a Djakovem. Było gdzie zaparkować i znaleźć miejsce pod spanie :). Na dobry sen pomogło dobre chorwackie piwo "Pan" :).

Obrazek
nasz "hotel" w Chorwacji :)

Otoczenie "hotelu":
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rano wypoczęci ruszyliśmy dalej w stronę Bośni. Ominęliśmy chorwacką autostradę - wybudowany nowy odcinek od Osijeka. Przejazd przez senne chorwackie wioski nie nastręczał nam żadnych problemów. Na granicy HR-BiH spokojnie, bez kolejki. Chcieliśmy jedynie wymienić trochę euro na ichniejsze marki, ale nie było gdzie tego zrobić. A zaraz za granicą znak, że witamy w Republice Srpskiej. To w końcu gdzie wjechaliśmy? Skomplikowane bałkańskie dzieje...

Obrazek

Przed Sarajevem zaczyna się kawałek płatnej autostrady (1 euro). W samej stolicy Bośni trochę się pogubiliśmy, bo oznaczenie drogi na Hum zostawia bardzo wiele do życzenia. Dopiero rozmowa z tubylcem trochę nam pomogła i znaleźliśmy naszą trasę do granicy z Czarnogórą. Tak na marginesie dodam, że w sercu tlił się smutek, że będąc tak blisko Sarajeva, nie udało się nam go zwiedzić (mam Sarajevo na liście miejsc koniecznych do zobaczenia) :(. W zasadzie tę trasę chcieliśmy przejechać rok wcześniej, ale wtedy zaufaliśmy Krzyśkowi, że nie nadaje się ona do normalnej jazdy. Nic bardziej mylnego. Co prawda, jest ona kręta i wąska, ale całkowicie przejezdna. Przed samą granicą zakupiliśmy butelkę jak się później okazało wybornej rakiji. Na granicy po raz kolejny bez przeszkód - chwila formalności, nalepka za 10 euro i można jechać dalej. "Dobrodošli u Crnagoru" - rok po roku :). Na odcinek trasy za granicą najbardziej czekała Wiola...tam zaczyna się kanion rzeki Piva.

Obrazek

Piękne miejsce, niezwykły kolor wody, bardzo malownicza droga. Można się zachwycać i robić częste postoje. Kanionem nie dojechaliśmy do końca, bo odbiliśmy na Trsę i dalej na jakże znajomy nam Žabljak. Odcinek do Trsy jest bardzo wąski i mijanki do łatwych nie należą. Nam się tam trafiła mijanka z polską wyprawą off-roadową - 4 czy 5 terenowych maszyn. Z liderem tej grupy zamieniliśmy kilka zdań. Oni polecali nam ok. jeziora Siško...

Kanion Pivy:
Obrazek

Obrazek
Wiola i jeden z tuneli wykutych w skale kanionu...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Od Trsy zaczęły się ukazywać nam znajome widoki - najpierw "słynne" boisko do koszykówki, potem widok na Prutaša, Sedlo (o dziwo na parkingu żadnego samochodu z polskimi blachami).

Obrazek
...może tutaj swój pierwszy wsad do kosza zaliczył Vlade Divac :)

Obrazek

Obrazek

Na postoje jednak nie mieliśmy za bardzo czasu, gdyż tego dnia musieliśmy dojechać do Štavnej na nocleg. Jedynie w Žabljaku zrobiliśmy chwilę przerwy na zakupy. Z serca Durmitoru jechaliśmy dalej na Mojkovac, Kolašin, Mateševo - tak jak rok wcześniej. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu okazało się, że Czarnogórcy uporali się z zerwaną drogą i już nie ma tego objazdu, gdzie w 2008r. Maciek już chciał porzucić czarnogórskie, górskie drogi. Nie był to jednak koniec niespodzianek tego dnia. Na słynnym "skrzyżowaniu", gdzie Kulki zmyliły trasę stoją teraz piękne, żółte...drogowskazy :). Ba, ale to jeszcze nie koniec zaskoczeń. Im dalej tym lepsza droga a końcowy odcinek pod katun to...równiuteńki, nowiutki asfalt! Szok, szok, szok...tego się zupełnie nie spodziewaliśmy.

Obrazek

Za to nasze Komy były niemal niewidoczne, zakryte warstwą chmur. Już zaczęliśmy przebąkiwać, że pogoda może nam nie dopisać...

Obrazek
Komy schowane za chmurami...

Po zameldowaniu zakwaterowaliśmy się w domku nr 4 (opłata za domek jak w 2008 czyli 40 euro/ doba). Kolacja przy rakiji, krótkie nocne rozmowy Polaków i szybko poszliśmy spać, bo jutro idziemy na Koma...
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:54 przez RobCRO, łącznie edytowano 1 raz
klopot
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1542
Dołączył(a): 22.06.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) klopot » 09.08.2009 11:57

RobCRO napisał(a):Primo: szlak wiedzie przez płaty śniegu lub secundo: po kamieniach (ruchomych...) bez wyraźnie oznaczonego szlaku. Dodatkowo, to my przecieramy szlak po śniegu, innych śladów nie było widać - z drugiej strony pomylić się raczej aż tak nie da, bo raczej niemożliwe jest wchodzenie po ścianie Krzesanicy :)

W ubiegłym roku we wrześniu aura nie była dla nas sprzyjająca. Pierwszy tydzień września i 80 cm śniegu. Wchodząc na Rohacze zrezygnowaliśmy. Zbyt dużym ryzykiem było przecieranie szlaku. Nasze podejście jednak było trudniejsze i bardziej strome.

RobCRO napisał(a): Mamy informacje, że na dół prowadzą lodowo-śnieżne stopnie i że bez raków przy bardzo dużej uwadze da się ten szlak pokonać. Z góry wygląda to jednak na pionową ścianę :(.
Wiemy, że będzie cholernie trudno...i tak jest w istocie. Schodzimy wolno w dół, ostrożnie stawiając nogi, podpierając się rękoma i "czterema" literami - mi przytrafia się małe zjechanie na tyłku w początkowej fazie tak ok. 2 metry. Przy końcu zjechałem ok. 5 metrów na 4 literach, ale tam już powoli szlak się wypłaszcza, choć nadal jest to stroma ściana.

Pewnie wielu z nas już dawno się przekonało, że niejednokrotnie lepiej jest wchodzić niż schodzić.

RobCRO napisał(a):Dodatkowo, szlak jest zacieniony, wieje, jest zimno - teraz ja czuję się w tych moich spodenkach, bez rękawiczek jak te laski i babcie w japonkach/ sandałkach :(.

Moja szanowna małżonka, jak zaczęliśmy razem chodzić po górach, to na początku się śmiała, że po co mi latem rękawiczki i czapka. Teraz już wie i sama pakuje cały komplet.

Teraz zasiadam i zaczynam czytać relację z bałkańskiej wyprawy.

Pozdrawiam
Rafał
RobCRO
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1502
Dołączył(a): 04.07.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) RobCRO » 09.08.2009 18:38

2. Dzień III - Kom Kučki

Wieczorem do Štavnej przybyła liczna grupa. Jak się później okazało była to wycieczka z Izraela. Parę razy ktoś z nich zabłądził wieczorem do naszego domku...

Po dobrze przespanej nocy, zjedzeniu śniadania, ruszyliśmy na szlak. Pogoda zapowiadała się wyśmienita a po wczorajszych, niepokojących chmurach nie było ani śladu...:)

Obrazek
Poranek w katunie...

Obrazek
Kom Vasojevicki

Rok temu był taki plan, że część grupy miała iść na Kučkiego a część na Vasojevickiego, ale z powodu zmylenia trasy, jak wiecie, wszyscy poszliśmy na ten drugi, niższy szczyt. Tym razem, być może byłoby podobnie, bo przypuszczałem, że na Kučkiego trzeba odbić już wcześniej, ścieżką do lasu. Ale dzięki oznaczeniu - ufundowane przez specjalny fundusz austriacki - znaleźliśmy lekko wydeptaną ścieżkę, którą rok temu na pewno byśmy nie wzięli za szlak na najwyższą górkę Komovi. A tak luks-elegancja, piękne tabliczki - takie same, jakie widzieliśmy w Austrii z czasem przejścia i numerami szlaków - i tym sposobem weszliśmy na właściwy szlak.

Obrazek
...nie ma takiej opcji, żeby pomylić szlak :)

Obrazek

Obrazek
Wiola & Robert, w tle Kom Ljevorijecki i Stari Vrh

Ten początkowo wiedzie po zboczu i łagodnie wznosi się w górę. Potem jest odcinek przez lasek, gdzie dogoniliśmy grupę z Izraela. Obawialiśmy się, że idą całą ławą tam, gdzie my :(. Wyprzedzić ich nie było łatwo, bo jakoś nie mają zwyczaju przepuszczać szybszych od siebie i trochę trwało zanim zostawiliśmy ich za sobą - gdzieś w miejscu, gdzie jest rozbicie szlaków na Kučkiego i Ljevorijeckiego.

Obrazek
...po prawej Srednij Kom, w drodze na przełęcz Medjukomlje

Obrazek
Srednij Kom

Obrazek
Gabi, w tle Kom Vasojevicki

Obrazek

Obrazek

Pokonując kolejne metry zaczęliśmy wspinać się coraz wyżej aż osiągnęliśmy przełęcz Medjukomlje (2171 m.) - tak mniej więcej po 1,5 godziny wędrowania. Tam zrobiliśmy sobie odpoczynek przed atakiem szczytowym podziwiając przepiękną panoramę Przeklętych.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
...po lewej Maja Jezerce :)

Obrazek

Obrazek
...wielka chmura nad Majkami :)

Obrazek
nasza ekipa, w tle Kom Ljevorijecki

Obrazek
...a to nasz cel - Kom Kučki

Zjedliśmy coś słodkiego, jakiś owoc i dalej w drogę. Od przełęczy szlak jest trudniejszy i bardziej stromy. O trudności świadczy jego "rzęchowatość" (przedsmak Albanii) i ekspozycja. Momentami trzeba również używać rąk...Są też, na szczęście nieliczne fragmenty, gdzie można się zgubić. Z pewnością zdecydowanie trudniej niż na Vasojevickiego. Po ok. 2 godzinach meldujemy się na Kučkim (2487m.) - najwyższym szczycie w paśmie Komovi.

Obrazek
Zdobywcy Koma - na dole Wiola, u góry od lewej: Paweł, Gabi, Robert

Obrazek
Wiola & Robert

Obrazek
Polski Kom Kučki

Obrazek
widok na Koma Ljevorijeckiego...

Na szczycie byliśmy sami. Odpoczywaliśmy, zjedliśmy kanapki i zaczęliśmy rozkminiać, co widzimy, Nieco musieliśmy zweryfikować to, co wydawało się nam Kučkim rok temu - Kučkiego raczej nie widać ze Štavnej a to, co braliśmy za niego, to raczej Stari Vrh lub Kom Ljevorijecki. Tak naprawdę, ma się też wrażenie, że któryś z tej dwójki, jest wyższy niż Kučki. Dobrze też widać Vasojevickiego, choć musimy zrobić remanent w fotkach i przyjrzeć się dokładnie, jakie robiliśmy opisy pod górkami widocznymi z tego Koma. Zastanawiała też nas jeszcze jedna górka widoczna gdzieś na terytorium Czarnogóry w prawo od Przeklętych...z mapy nic mi nie wynika :(. Ze szczytu dojrzeliśmy również, że Izraelczycy doszli na przełęcz i zrobili odwrót. Dla nas była to o tyle dobra wiadomość, że schodzenie w dół odbywać się miało bez tłoku.

Droga w dół była zdecydowanie trudniejsza. Zdarzyło się nam pogubić szlak, trudności techniczne w dół jeszcze się uwydatniły, ale ostrożnie i nie śpiesząc się bezpiecznie zeszliśmy na przełęcz. Tym razem nie robiliśmy sobie przerwy a schodziliśmy prosto do katunu. Ok. 16 byliśmy w domku. Tam odpoczynek, później posiłek w restauracji...która de facto szykowała się na przyjęcie dla grupy z Izraela. Było trochę śmiechu, gdy do knajpy weszła para Austriaków (oni mieli w planie obejście wokół Komovi). Nie mogąc się porozumieć, kelner naśladował świnkę :). Zabawne to było...

Wieczorem usiedliśmy na trochę przy resztkach bośniackiej rakiji, pakowanie i jutro już wkroczymy do Albanii :).

Ogólne wrażenia z Komovi są jak najbardziej pozytywne, ale po zastanowieniu się, coś mi się zdaje, że powoli to miejsce zacznie tracić swój niepowtarzalny urok. To fakt, na szlakach nadal pusto, nie licząc izraelskiej wycieczki (pewnie następnego dnia pojechali na jeden dzień w Durmitor...), to nie spotkaliśmy tam nikogo (nie licząc jeszcze indywidualnych turystów z Austrii). Dopiero w dzień naszego odjazdu przyjechała bardziej górska, liczna grupa.

Ale, wybudowanie asfaltu od przełęczy Trešnjevnik - a wygląda na to, że to kwestia czasu - spowoduje, że Komy zostaną zadeptane a rezerwację domku w Štavnej trzeba będzie robić ze sporym wyprzedzeniem :(.

PS Kulki, na boisku bramka jest już z poprzeczką, czarnogórskie talenty mogą nadal ćwiczyć celne strzały :).

Obrazek

A jakby im brakowało bramkarza, to zawsze któraś z naszych dziewczyn może stanąć na bramce. Podpieranie słupków im dobrze wychodzi :).
Ostatnio edytowano 01.03.2012 10:55 przez RobCRO, łącznie edytowano 2 razy
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3459
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 09.08.2009 21:53

Pod pretekstem zajrzenia w najświeższe bałkańskie przygody Waszej paki najpierw przejrzałem kilka wcześniejszych odcinków co mi kiedyś jakoś umknęły.

Dużo miejsc znam, Pilsko, Pieniny, Wysokie Skałki... Na tych ostatnich byłem zanim zbudowali schodki i barierki, byłem dzieciak i stromizna na mnie spore wrażenie zrobiła :) No i to wszystko w warunkach zimowych - szacun!

Tatry to dla mnie kawał życia, znam te opisane miejsca, a skałki a szczególnie Rzędki i Podlesice to przez parę lat był dla mnie drugi a czasem pierwszy dom :lol: Fajnie z Wami tam zajrzeć.

Wracając do teraźniejszości...

RobCRO napisał(a):Tam zrobiliśmy sobie odpoczynek przed atakiem szczytowym podziwiając przepiękną panoramę Przeklętych.

Nawet poznaję kto jest kto, może jeszcze w tym roku to towarzystwo na chwilę odwiedzę :) Ekstra wyszły zbliżenia.

RobCRO napisał(a):Po ok. 2 godzinach meldujemy się na Kučkim (2484m.) - najwyższym szczycie w paśmie Komovi.

Gratulacje!

RobCRO napisał(a):Tak naprawdę, ma się też wrażenie, że któryś z tej dwójki, jest wyższy niż Kučki.

Wszystko jest możliwe, w dokładność pomiarów wysokości na mapach tych okolic nie wierzę odkąd w zeszłym roku robiliśmy odczyty na Garminie Azry na Karanfilach.

RobCRO napisał(a):Nie mogąc się porozumieć, kelner naśladował świnkę :). Zabawne to było...

Zupełnie jak rok temu my z Typem u Toniego w Bordolecit próbując ustalić jakie mięso nam zaserwował... W końcu na moje "meeeee" odpowiedział twierdząco :lol:

Pytał się mnie o parę rzeczy na summitpost jeden Węgier z ekipy grotołazów, wyszło że chyba się z Wami spotkał w Prokletijach, a 3 lata temu Wiolę i Ulę też widział... jak nie chcesz to nie uprzedzaj faktów tylko spokojnie dojdź to tego momentu w relacji :)
U-la
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2268
Dołączył(a): 10.11.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) U-la » 10.08.2009 09:59

Wielkie gratulacje dla Was! A pewnie to tylko przedsmak deseru ;)

Na razie tylko szybko obejrzałam fotki (w kanionie Pivy jakieś znajome okienka obfocone :D :D :D )i "przeleciałam" :wink: tekst. Za 3-4 tygodnie - jak dobrze pójdzie i zycie sie ułoży - bardzo chętnie poczytam sobie z uwagą.

Pozdrawiam!
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



cron
Podróże RobaCRO - Lutalicy iz Novogardu - strona 24
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
reklama
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2022