 |
|
|
Relacja z podróży do Południowej Dalmacji oraz Czarnogóry
|
Gdy dotarliśmy w okolice Parku Narodowego było już ciemno. Stajemy w pierwszym napotkanym motelu i pytamy
o nocleg. Jest pokój, co prawda trzyosobowy, ale może być z dostawką. Cena 65 za noc. Dziękujemy
grzecznie i jedziemy dalej. We wsi Korenica (3 km przed granicą Parku Narodowego) widzimy tablice
informujące, że są wolne pokoje. Stajemy, pytamy. Jest, za jedyne 25 . Różnica kolosalna. Łazienka
wspólna na dwa pokoje. Dostęp do kuchni, rano kawa. Zostajemy na noc.
Rano jedziemy dalej. Na chwilę zatrzymujemy się na parkingu w Parku Narodowym. Robimy drobne zakupy w
sklepie samoobsługowym. Za Plitvickimi Jeziorami dość sporo osób handluje przy drodze, głównie żółtym
serem własnego wyrobu. Cena jednak odstrasza nas. Na późne śniadanie stajemy w gospodzie przy drodze.
Od strony drogi niewielki zadaszony taras. W środku natomiast mnóstwo pamiątek z ostatniej wojny. Na
ścianach fotografie partyzanckich oddziałów w lesie, plakaty z tamtego czasu. Z jednego z plakatów
patrzy prężny oficer. Podpis u informuje: "bohater, nie bandyta". Wewnątrz lokalu, panuje atmosfera,
jakby jakiś oddział przed chwilą stąd wyruszył do lasu. Stwierdzamy niestety, że położona w tajemnym
miejscu toaleta też jakby pamiętała czasy wojny i znacznie w niej ucierpiała. Jadąc dalej zatrzymujemy
się jeszcze tylko w miejscowości Slunj aby zrobić zakupy w tamtejszym markecie.
Plan na dzisiaj to - nocleg w Czechach. W Karlovacu stwierdzamy, że od ubiegłego roku wyremontowano
spalone mieszkania w blokach, jakie widzieliśmy wracając z Primotenu. Mijamy Zagrzeb, jadąc w kierunku
Mariboru. Teraz kilometry uciekają jakby szybciej. Jedziemy autostradami lub drogami ekspresowymi.
Zbliżamy się szybko do granicy ze Słowenią a za nią jest już Maribor. Szukamy po drodze stacji
benzynowej, w której jak nam się wydaje stanęliśmy rok temu na kawie. Nie możemy jednak jej namierzyć.
Chwila nieuwagi... I tańsza (w porównaniu z Austriacką) kawa przeszła nam koło nosa. Minęliśmy właśnie
stację benzynową, przy której przekimaliśmy w samochodach noc w ubiegłym roku. Stąd nie ma już za bardzo
odwrotu, trzeba jechać dalej do Austrii.
Gdzieś w Austrii, przy autostradzie jest hotelik - pałacyk z restauracją, sklepem i stacją benzynową. Podobne obiekty te stanowią całą sieć. Zatrzymujemy się tu na upragnioną kawę. Dzieci piją colę, my kawę i płacąc rachunek utwierdzamy się w przekonaniu, że obiad jednak zjemy w Czechach niezależnie od pory dnia, w jakiej tam zajedziemy. Austriacki odcinek naszej trasy, jak zwykle pokonujemy dość szybko. To zasługa dobrych autostrad i małego ruchu. No, może z wyjątkiem Wiednia, gdzie tradycyjnie już są na autostradzie są korki, tym razem spowodowane a to pozostawionym tam zepsutym samochodem, a to wypadkiem, jaki miał miejsce. W Wiedniu zmieniamy kierunek w porównaniu z rokiem ubiegłym, jadąc nie na przejście Hate-Kleinhaugsdorf, ale do przejścia Mikulov-Drasenhofen. W Mikulovie zatrzymujemy się w znakomitej restauracji "U Sv. Urbana" przy ul. Pavlovskiej 27. Jest tu też hotelik o tej samej nazwie. Siadamy na tarasie i pałaszujemy, co kto chce i do woli. Jak zwykle u Czechów (za to ich lubię) smacznie i tanio. Nie korzystamy jednak z hotelu. Mankamentem, bowiem tego obiektu jest brak większej ilości miejsc do parkowania. No cóż cały obiekt znajduje się w zaadoptowanej na ten cel starej kamienicy. Kilkanaście kilometrów stąd jest sztuczny zbiornik wodny, który zlokalizowałem na mapie już wcześniej. W Czechach tej wielkości jezioro nie jest częstym zjawiskiem myślę, więc że znajdziemy tam jakiś nocleg. I rzeczywiście po przejechaniu groblą przez staw napotykamy ośrodek wypoczynkowy "Muov Rekrea" (http://www.musovrekrea.cz) z domkami. Domek, to nie jest właściwe słowo. Są to piętrowe budynki w kształcie sześcianów z płaskim dachem, w których na parterze i na piętrze są pokoje. Zajmujemy przedostatni wolny, szczęśliwie czteroosobowy pokój. Przed nami jeden wzięli Polacy a za nami ostatni dwoje Czechów. W ośrodku nie jest tanio. Pokój kosztuje nas nieco ponad 1000 KČ, plus opłata turystyczna i za miejsce na parkingu (niestrzeżonym). Domki są świeżo wyremontowane. Na remont czekają jeszcze dwa lub trzy. Sądząc po zapachu farby i czystości jesteśmy pierwszymi gośćmi po remoncie. Nie jesteśmy natomiast jedynymi Polakami. Przed sąsiednimi domkami stoi kilka samochodów z rejestracjami z różnych stron kraju. Są to głównie ludzie jadący do Chorwacji, w końcu jest dopiero 3 lipca!
Kilka kroków od domku jest kiosk - bufet. Wieczorem, po kolacji idziemy tam, aby posiedzieć trochę przy
wyśmienitym jak zwykle i niedrogim czeskim piwie.
Po dwóch tygodniach wędrówki, nadszedł ten chyba najsmutniejszy dzień wakacji, kiedy trzeba wracać
do domu. Rano oddajemy klucze od pokoju. Jeszcze rzut oka na piękną okolicę. Chyba trzeba będzie
kiedyś tu wrócić. Rejon ten nosi nazwę Pálava. Jest tu woda - zbiornik Nové Mlýny, są i niewysokie
góry (Pavlovské vrchy) - na jednym ze szczytów widać jakieś ruiny. Są miejsca noclegowe. Wokół wiele
ciekawych miejsc, no i oczywiście bliskość granicy z Austrią, co zachęca też do robienia wypadów na
tamtą stronę, bez konieczności nocowania i żywienia się w Austrii. Do Wiednia jest stąd tylko 100 km.
Południowe Morawy - trzeba będzie to przemyśleć. Póki, co jednak jedziemy dalej do Brna, gdzie
zatrzymujemy się w miejscowym Tesco, gdzie robimy większe zakupy - głównie piwo i inne trunki.
W zeszłym roku zaopatrywaliśmy się w markecie tej samej sieci w Pradze. Porównując ówczesne ceny
z dzisiejszymi wydaje się nam, że ceny alkoholi u naszych południowych sąsiadów nieco wzrosły. Ale
i tak piwo mają lepsze!
Z Brna kierujemy się na Olomouc, gdzie niestety nasza mapa okazuje się już nieaktualna, bowiem Czesi
pociągnęli dalej autostradę, co nas nieco zmyliło. Po chwilowej dezorientacji wracamy, co prawda
bocznymi drogami, ale na właściwy szlak, czyli w kierunku znanej nam już z ostatniego Sylwestra
miejscowości Jeseník. W Jeseníku zatrzymujemy się na obiad w sprawdzonej greckiej restauracji
"Akropolis" (http://akropolis.jesenik.com) na placu Masaryka. Mimo, że jest ona "grecka" to podają
tu także wszystkie specjały czeskiej kuchni. Zostawiamy tu dosłownie ostatnie korony, rachunek
opiewał na sumę mniejszą o 1 KČ niż mieliśmy przy sobie.
Teraz już tylko przejście Głuchołazy - Mikulovice i do domu - przez Nysę, Grodków, Wrocław, Żmigród
i Rawicz. W domu jesteśmy ok. godz. 19.30 a tam czekają już dziadkowie z naszym psem, który też wraca
z wakacji, ale krajowych u dziadków właśnie. Zdajemy relację z podróży na gorąco i z nieukrywaną
przyjemnością lądujemy we własnych łóżkach.
W tym roku przejechaliśmy niecałe 4 tys. kilometrów. Część naszej trasy wiodła przez kraje, które
w świadomości Polaków jawią się jako niebezpieczne. Po powrocie nasi znajomi byli bardzo zdziwieni,
że zdecydowaliśmy się jechać przez np. Bośnię i Hercegowinę (przecież tam jest wojna...!). Może
mieliśmy szczęście, a może padł jakiś mit. Czuliśmy czasem dreszczyk emocji na drodze widząc popisy
zręcznościowe tamtejszych kierowców. Jednak przez całą tą trasę nie odczuliśmy ani niebezpieczeństwa
wynikającego z niedawnych działań wojennych, ani nawet niechęci z czyjejkolwiek strony, mimo że jako
Polacy reprezentujemy kraj - członka NATO, a więc organizacji postrzeganej w tych stronach (Bośnia i
Hercegowina, Czarnogóra) jako agresora. W czasie tych i ubiegłorocznych wakacji przejechaliśmy prawie
całe chorwackie i czarnogórskie wybrzeże. Granice przekraczaliśmy bez kłopotu. Chyba tylko dwa razy i
to w drodze nad morze, na granicy słowacko - węgierskiej i węgiersko - chorwackiej zaglądano nam do
bagażnika, ale to chyba z nudów, bowiem miało to miejsce jeszcze w czerwcu, kiedy na przejściach
granicznych panował jeszcze niewielki ruch. W obu przypadkach widząc misternie upakowany bagażnik,
z którego zawsze coś wypadło, rezygnowano z grzebania w nim. Jak dotąd nawet w Polsce jeździliśmy
na wakacje uprzednio dokonując rezerwacji. Jak się okazuje jadąc do Chorwacji i Czarnogóry "w ciemno",
- nie wyszliśmy na tym źle. W Czarnogórze przypadkowo napotkani mieszkańcy kojarzą miejsce na mapie
zwane Polską, padają nawet nazwiska: Wałęsa, Kwaśniewski. Jedyny, ale wszechobecny polski akcent,
jaki zauważyliśmy przemierzając Bośnię i Hercegowinę oraz Czarnogórę, to reklamy "Dębicy" w gęsto
usytuowanych tamtejszych zakładach wulkanizacyjnych.
W internetowych dyskusjach na temat wyjazdów turystycznych na Bałkany coraz częściej widać
zainteresowanie Czarnogórą. Pojawiają się pytania w rodzaju: czy Czarnogóra jest ładniejsza
od Chorwacji, czy warto tam jechać? Moim zdaniem, jeżeli taka myśl komuś zakiełkowała w głowie
- musi spróbować, do czego gorąco namawiam. Oczywiście osoby, które nie mogą usiedzieć na jednym
miejscu. Ludzie spędzający wakacje zakotwiczeni np. tylko na plaży, mogą być zawiedzeni. Im i tak
jest wszystko jedno, czy to będą Międzyzdroje, Dubrovnik, Budva czy też inne miejsce. Dla nich
ważna jest tylko odległość od plaży, cena no i może prestiż kurortu. Dla nich czarnogórskie wybrzeże
może nie być najlepszą ofertą. Wszystkich innych zapraszam do odwiedzin Czarnogóry to, co zobaczycie
wynagrodzi Wam może nieco przyciasny apartament lub nieporządek na ulicy czy ceny, które mogłyby
być niższe. Myślę, że z czasem kraj ten będzie doskonalił swój wizerunek i nie będzie, czego wynagradzać.
Rafał Byczyński
strona: 1 2 3 4 5 6 7 8
[Wasza Chorwacja - strona główna]
|