 |
|
|
Relacja z podróży do Południowej Dalmacji oraz Czarnogóry
|
Ostrog to największy czarnogórski relikwiarz, wybudowany siedemnastym wieku. To miejsce gdzie spoczywają
relikwie świętego Vasilije Ostrogskiego, żyjącego w latach 1610 - 1671, ascety, biskupa i założyciela
klasztoru. Siedem lat po jego śmierci ekshumowano jego nienaruszone zwłoki i przeniesiono do górnego
klasztoru, gdzie spoczywają do dzisiaj, wypełniając go niepowtarzalną wonią i będąc przyczyną cudów,
których wg przekazów doznali lub byli świadkami nie tylko wyznawcy prawosławia, ale również wyznawcy
obrządku rzymsko-katolickiego a także muzułmanie. Niezaprzeczalnym faktem jest wspaniały widok, jaki
roztacza się z górnego klasztoru na dolinę Bjelopavlicką i otaczające ją góry oraz atmosfera monastyru,
podkreślana przez dochodzące głosy chóru wykonującego pieśni cerkiewne. W klasztorze jest możliwość
przenocowania dla pielgrzymów. Wszyscy odwiedzający otrzymują bez opłat olej i wodę święconą w
plastikowych buteleczkach. Za drobną opłatą można nabyć długie, cienkie, woskowe świeczki i zapalić
je w kaplicy, w wybranej intencji. Na terenie klasztoru i w znacznej od niego odległości nie ma tak
charakterystycznego dla znanych nam sanktuariów handlu pamiątkami. W miejscu gdzie zlokalizowane są
stoiska z pamiątkami, w znacznej odległości od monastyru, nie widać wielu kupujących, co pozwala
przypuszczać, że większość osób przybywających tu robi to jedynie z pobudek religijnych.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Podgoricy. Aby tu dojechać trzeba wiedzieć koniecznie, że
poprzednia jej nazwa to Titograd, bowiem 75% drogowskazów operuje jeszcze stara nazwą. W mieście
kupiliśmy plan, którego orientacja nie była prosta. Opisy ulic na planie wykonane są literami
alfabetu łacińskiego, natomiast większość tablic z nazwami ulic zredagowana jest cyrylicą. Tu
bez choćby podstawowej znajomości języka rosyjskiego - ani rusz! Było to sobotnie popołudnie,
ruch w mieście był niewielki. Co gorsze z trudem znaleźliśmy otwarty sklep spożywczy, aby zrobić
drobne zakupy. W Podgoricy zdecydowaliśmy, że będziemy wracać inną drogą, przez Petrovac na Moru,
co dało nam możliwość zobaczenia choćby z okien samochodu Skadersko jezero, przez którego wody
przebiega granica z Albanią. Jadąc tą drogą widzieliśmy z szosy małą osadę rybacką Vranjina,
położoną nad niewielką zatoką z domami przyklejonymi do zbocza. Ciekawostką jest to, że w całej
osadzie nie ma ulic, są jedynie wąskie schody między domami. Nad Adriatyk dotarliśmy w Petrovacu,
gdzie zatrzymaliśmy się na wieczorną morską kąpiel. Plaża w Petrovacu nie zrobiła na nas zbyt
dobrego wrażenia. Jest to plaża pokryta drobnym żwirem, wielkości i barwy kaszy gryczanej. W
wodzie przy brzegu są średniej wielkości kamienie o kształcie otoczaków, co kąpiel bez obuwia
czyni nieprzyjemną. Natomiast przejście przez plażę w obuwiu wiąże się z nałapaniem w buty dużych
ilości wspomnianego żwiru. Poza tym na plaży są duże ilości wyrzucanych przez może wyschniętych
wodorostów, przypominających wyglądem pasma kory po ręcznym korowaniu drewna. W przeciwieństwie
do plaży w Budvie jest tu gwałtownie obniżające się dno i dość wysoka fala, co nie sprzyja kąpielom
dzieci.
Następnego dnia postanowiliśmy udać się do miasta Ulcinij, położonego najdalej na południe, tuż przed
granicą z Albanią. Po drodze zatrzymaliśmy na przedmieściach Baru, aby ochłodzić się kąpielą na
tamtejszej plaży. Warunki tam panujące przypominają wybrzeże, w Petrovacu. Nie ma tylko wodorostów
wyrzuconych przez morze. Po krótkiej kąpieli ruszyliśmy w stronę naszego celu a była nim w zasadzie
Velika Plaža, ciągnący się aż do granicy 13 kilometrowy pas wybrzeża, którego zakończenie stanowi
wyspa - rezerwat Ada Bojana w delcie rzeki Bojana (Buene), z plażą o długości 2880 m, gdzie jednocześnie
może opalać się 13000 osób. Poza walorami przyrodniczymi miejsce to uznawane jest za największy ośrodek
naturyzmu w tej części Europy. Przed wyjazdem z Polski, czytaliśmy z niedowierzaniem jeden z opisów
Ulcinija, w którym autor określił to miasto jako najbrudniejsze z miast, jakie zdarzyło mu się widzieć.
Z przykrością trzeba stwierdzić, że specjalnie się nie pomylił. Ulcinij rzeczywiście sprawia wrażenie
dość zaniedbanego. Śmieci walają się wszędzie, a panujące tam dość silne wiatry, rozdmuchują je jeszcze
po całym mieście. Poza tym są to okolice dość ciekawe. 75% ludności zamieszkującej te okolice to Albańczycy
(w Kosovie jest ich podobno już 95 %). W związku z tym panuje tu system dwujęzyczny, co widać np.
na szyldach sklepów. Tak jak z serbską odmianą cyrylicy radziliśmy sobie jakoś, tak z językiem
albańskim wcale. W mieście zatrzymaliśmy się tylko na obiad i krótki spacer oczywiście. Ulcinij ma
charakter orientalny. Z położonego chyba w najwyższym punkcie miasta skwerku na skrzyżowaniu dróg
widać 3 czy 4 meczety z charakterystycznymi minaretami. Część kobiet ubrana jest w zwracające naszą
uwagę stroje, długie suknie i białe chustki na głowie. Po drodze w kierunku plaży, przekraczamy most
na rzece a być może wąskim długim zalewie o nazwie Milena, z którego widać dość dziwnie wyglądające
konstrukcje, będące ustawionymi na palach w rzece domkami rybackimi. Właściciele tych konstrukcji
łowią tu i sprzedają na miejscu ryb. Za mostem jedziemy już tylko na tzw. "nosa", bowiem oznakowania
drogi brak. W końcu dojeżdżamy do
niewielkiego lasku, gdzie parkujemy wśród innych aut i udajemy się na plażę. Na piasku do
ok. 50 m od morza ułożono chodniczek z płyt ułatwiający wejście na plażę. Velika Plaža jest piaszczysta.
Piasek ma, co prawda kolor ciemniejszy niż na bałtyckich plażach i chyba jest nieco drobniejszy, bowiem
wiejący wiatr, co chwilę wzbija jego tumany, aż strach wyciągać kamerę. Panują tu nieco inne reguły
jak np. na plaży w Budvie. Leżaków i parasoli są tu ilości szczątkowe. Zagospodarowanie też nie
wygląda najlepiej, przynajmniej w miejscu, gdzie trafiliśmy. Za to przyjemny piasek skłania nas,
aby nie zakładać obuwia do kąpieli, co skutkuje po chwili kontuzją. Ilona wchodzi na coś, co
siedziało lub leżało pod wodą, w piasku i boleśnie to odczuwa. Mimo poszukiwań sprawca pozostaje
w ukryciu. Rany prawie nie widać tylko słona woda potęguje ból. Do końca dnia Ilona ma dosyć
kąpieli i zbierania muszli, których jest tu dość sporo. Kąpiel w tym miejscu przypomina nam
kąpiel w Balatonie. 100 m od brzegu woda sięga nieco powyżej kolan. Ci, co sprawdzali twierdzą,
że do szyi dochodzi dopiero na ok. 250 metrze. Znowu, zatem miejsce, które można polecić rodzinom
z małymi dziećmi. Widoki też są dość ciekawe, mimo że ten odcinek wybrzeża sąsiaduje z równiną,
jednak w oddali na południu dostrzec można pasma górskie Mirdite oraz Mal i Skanderbeut już po
stronie Albańskiej. Wieczorem wracamy do Budvy.
strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 Dalej >>
[Wasza Chorwacja - strona główna]
|