 |
|
|
Relacja z podróży do Południowej Dalmacji oraz Czarnogóry
|
Wjeżdżamy do Budvy. I tu pierwsze zaskoczenie. Dwukierunkowa, trójpasmowa, główna ulica miasta została
od jakiegoś czasu zamieniona w jednokierunkową. Jedzie się nią z północy na południe. W kierunku
odwrotnym miasto objeżdża się dookoła wyznaczoną obwodnicą z peryferyjnych ulic. Twórcy tego rozwiązania
zakończyli wcielać w życie swój pomysł na oznakowaniu pionowym. Znaki poziome na jezdni, pozostały
natomiast bez zmian. I tak, jadąc skrajnym lewym pasem, obserwując strzałki na jezdni, ma się wrażenie
jazdy pod prąd. W miejscu, gdzie kończy się centrum miasta, aby skręcić w lewo trzeba przejechać przez
pas podwójny ciągły i wymalowaną na jezdni wysepkę. W mieście nie ma radarów, więc wszyscy jadą szybciej
niż jest to przewidziane. Przejścia dla pieszych przez główna ulicę miasta są miejscem permanentnych
zawodów o to, komu (pieszemu, czy kierowcy) uda się szybciej je pokonać. O ile ktoś liczyłby na
zatrzymanie się przed przejściem dla pieszych samochodów na wszystkich trzech pasach w celu umożliwienia
przedostania się pieszym na drugą stronę jezdni, może doczekać tam późnej starości.
Objeżdżamy miasto dookoła raz, po czym wracamy na główną ulicę, gdzie usiłujemy znaleźć jakiś apartament.
Niestety bezskutecznie. Robiąc drugą rundę zauważamy na obwodnicy gościa wymachującego kartonem z
napisem "apartaments". Zatrzymujemy się, gość prosi abyśmy wjechali na chodnik, bo policja łapie. Po
krótkiej rozmowie jedziemy za nim. Po chwili stajemy. Chłopak pokazuje nam kwaterę. Jest to fragment
mieszkania w domu jednorodzinnym. Dość ciasno, niezbyt czysto. Wydaje się nam, że w stosunku do ceny
warunki są po prostu kiepskie. Rezygnujemy. Nasz przewodnik (okazuje się, że jest to jego mieszkanie
i w drugiej jego części już mieszkają jacyś Niemcy) nie daje za wygraną i chce pokazać nam inną kwaterę
za tą samą cenę w sąsiednim domu. Jest nieco lepiej. Do dyspozycji mielibyśmy dwie sypialnie, łazienkę,
aneks kuchenny (w szafie na korytarzu) i bardzo duży taras. Apartament jest na piętrze, na parterze
mieszka właścicielka. Sąsiedni pokój z łazienką na piętrze jest już zajęty. Po lustracji decydujemy
się zostać. Cena 44,- za dobę tj. podobnie jak w Chorwacji po pierwszym lipca, warunki jednak nieco
gorsze. Sypialnie mniejsze niż w Chorwacji, kuchnia w wersji "kompakt" (tj. szafa, w której zabudowano
zlewozmywak, kuchenkę elektryczną - dwupalnikową oraz małą lodówkę), zamiast pralki jest TV SAT. Do
plaży mamy jakieś 10 minut drogi (kwaterunkowy naganiacz mówił, że 3 minuty - mógłby to być wynik
Korzeniowskiego) przez nowo powstałe osiedle mieszkaniowe i ośrodek wypoczynkowy Slovenska Plaža na
2500 miejsc. No, cóż jesteśmy Budvie, centrum czarnogórskiego wybrzeża zarówno pod względem płożenia
i cen. Popołudniu idziemy zbadać, gdzie właściwie trafiliśmy, zobaczyć plażę itp. I tu szok. W Plat
mieszkaliśmy na odludziu i mieliśmy do dyspozycji kameralną plażę, a tu... Tu mieszkamy w centrum
rozrywki. Wzdłuż plaży przez kilka kilometrów ciągnie się deptak, spełniający podobne funkcje jak
Krupówki w Zakopanem. Jest tu wszystko; restauracje, (z których każda ma wejście zarówno od strony
deptaku jak i plaży), restauracja Mc'Donald's na podwoziu naczepy TIR-a, sklepy, wesołe miasteczko, salony gier, stragany, punkty usługowe
itp., Przy czym wszystko, co tylko się da, odbywa się na wolnym powietrzu. Największy ruch jest tu
wieczorem i w nocy, panuje tu wtedy niesamowity tłok. Deptak prowadzi aż na Budvańską starówkę na
wysuniętym w morze półwyspie. Starówka podobna jest do tego typu miejsc w Chorwacji. Wąskie uliczki,
pomiędzy domkami z jasnego kamienia, knajpki z ogródkami na każdym kroku, pośrodku jeden z pięciu
kościołów, kościół św. Jana (z VII w.). Plaża, na którą chodziliśmy w Budvie należała do ośrodka
Slovenska Plaža i jest to plaża piaszczysta a w zasadzie drobno żwirowa. Są tam ustawione w rzędach
plastikowe leżaki bez lub z parasolami i małymi stoliczkami lub bez nich. Im bliżej wody, tym
pełniejszy zestaw. Opalanie się na plaży na karimacie lub kocu nie należy do dobrego tonu i większość
powierzchni jest zajęta przez leżaki, więc nie bardzo jest miejsce na rozłożenie się z karimatą. Z
tego typu wyposażeniem można się rozkładać na trawnikach poza plażą na słońcu lub pod drzewami,
jak kto woli. Leżaki kosztują ok. 1,50 - 2,00 za dzień opalania. Po plaży nieprzerwanie kursują
sprzedawcy ciastek, gotowanej kukurydzy, olejków do opalania (chyba własnego wyrobu) głośno zachwalając
swój towar. Przy plaży są kawiarnie serwujące np. zamówione drinki z lodem i doniesieniem przez
niebrzydkie kelnereczki do miejsca zalegania plażowicza. Można wypożyczyć rower wodny, skuter lub
skuter wodny. Poza dość drogimi restauracjami w sąsiedztwie plaży namierzyliśmy dość przyzwoity bar
samoobsługowy na świeżym powietrzu, gdzie zarówno oferowane dania jak i ich ceny były do przyjęcia.
Odnieśliśmy też wrażenie, że turystyka w Czarnogórze, w przeciwieństwie do Chorwacji jest delikatnie
przesiąknięta seksem. We wszystkich miejscach gdzie można kupić widokówki jest ich duży wybór a spora
ich część jest dość frywolna. Podobnie jest z erotycznymi czasopismami. Są wszędzie na wierzchu,
rzucając się w oczy. Wieczorem na deptaku i w dzień na plaży można spotkać niewyobrażalną liczbę ładnych
dziewcząt, często opalonych na brąz. Część z nich sprawia wrażenie, że nie przyjechała tu tylko
wypoczywać. Jednak podkreślam: "sprawia wrażenie". Nie ma tu żadnej nachalności, jedynie wyczuwa się
klimat. Coś wisi w powietrzu.
Nazajutrz po uciechach plażowo-kąpielowch wybraliśmy się do oddalonej o ok. 7 km miejscowości Sveti
Stefan, gdzie na wysepce połączonej z brzegiem wąskim przesmykiem z naniesionego przez fale morskie
piasku i żwiru, wzmocnionym kamiennym podmurowaniem znajduje się chyba najdroższy hotel czanogórskiego
wybrzeża wraz z kasynem. Jadąc tu mijaliśmy inny równie ekskluzywny hotel "Miločer" w miejscowości o
tej samej nazwie. Wszystkie budynki na wyspie należą obecnie do hotelu. W najwyższej części wyspy
położona jest mała cerkiew z XV w., p.w. sv. Stefana. Całość otoczona jest murami obronnymi z XV-XVI w.,
których zadaniem była ochrona rybackich domostw przed atakami piratów. Ze względu na płatny wstęp na
wyspę w celu jej zwiedzenia, poprzestajemy na spacerze groblą i podziwianiu jej z zewnątrz. Otoczenie
wyspy - hotelu jest bardzo zadbane, szczególne wrażenie robią tereny zieleni wraz z egzotycznymi dla
nas nasadzeniami. Nam najbardziej podobał się wspaniale kwitnący biało - różowymi kwiatami egzemplarz
"perskiej akacji" z rodzaju Albizzia, pod którym zrobiliśmy sobie zdjęcie.
Cel kolejnej naszej wycieczki to Monastyr Ostrog położony na południowy wschód od miejscowości Nikić.
Dojechaliśmy tam przez Cetinje (dawną stolicę Czarnogóry), Podgoricę (obecną stolicę, do niedawna
noszącą nazwę Titograd) i Danilovgrad. Na skraju miejscowości Stubica ok. 8 km przed Nikić jest źle
widoczny drogowskaz w prawo na Ostrog. Poza drogowskazem, przy skrzyżowaniu stał policjant. Gdy
wracaliśmy już go nie było. Odnieśliśmy jednak wrażenie (nie po raz pierwszy i nie ostatni), że poza
patrolami policyjnymi wyposażonymi w radar, rola policji jest tu jeszcze inna. Otóż policjantów można
spotkać na skrzyżowaniach uczęszczanych dróg, gdzie oznakowanie (drogowskazy) może sprawiać wątpliwości,
lub występuje jakieś zagrożenie np. jest zła widoczność przy wyjeździe z drogi podporządkowanej czy
ruch pojazdów koliduje z intensywnym ruchem pieszych. W tych przypadkach znajdujący się tam stróże
prawa chętnie służą pomocą. Od momentu zjazdu z drogi głównej zaczynamy się wspinać po wąskiej
asfaltowej, co prawda, ale o bardzo zmiennej nawierzchni drodze w stronę Ostroga. Droga miejscami
jest bardzo wąska i wymaga ustępowania pierwszeństwa pojazdom jadącym z przeciwka. Wiedzie przez
krótki tunel a w zasadzie należałoby powiedzieć bramę wykutą w skale nie obudowaną od wewnątrz.
Im bliżej celu, tym droga staje się węższa a nawierzchnia bardziej nierówna. Dojechać samochodem
można w zasadzie do małego parkingu przy klasztornej bramie, choć jazda wyżej nie jest zabroniona
- nie ma znaków zakazu. Jednak droga wiodąca dalej może sprawiać pewne trudności, a szczególnie
przy złych warunkach pogodowych, powodować duże ryzyko, conajmniej uszkodzenia samochodu. Wierni
Cerkwi Prawosławnej odbywający pielgrzymkę do tego miejsca idą dalej pieszo, co wiąże się z
pewnym wysiłkiem i czasem. Widzieliśmy kobiety, które szły w panującym upale w długich sukniach,
boso z głowami osłoniętymi chustkami. Taka wędrówka po kamienistej górskiej ścieżce nie jest na pewno
lekkim spacerkiem. Dostępne przewodniki zalecają jako najwłaściwszy właśnie taki sposób dostania się
do sanktuarium. My skorzystaliśmy z możliwości wjazdu taksówką, co jednak przez gorliwych pielgrzymów
może być poczytane za świętokradztwo. Za wjazd trzeba zapłacić 4 . Zjazd kosztuje tyle samo.
Po drodze okazuje się, że są to pieniądze, które warto wydać, aby nie narażać własnego samochodu.
strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 Dalej >>
[Wasza Chorwacja - strona główna]
|