 |
|
|
Relacja z podróży do Południowej Dalmacji oraz Czarnogóry
|
Rano już po drodze, ale jeszcze nad Balatonem śniadanie u Mc'Donalda i dalej w kierunku Chorwacji.
Balaton żegnamy w miejscowości Balatonkeresztúr skręcając w lewo skracamy sobie drogę nie dojeżdżając
do feralnego ronda, na którym za kilka dni - 1 lipca - będzie miał miejsce tragiczny wypadek polskiego
autokaru. Na południe od Balatonu (Południowe Zadunaje), wzdłuż trasy, którą jedziemy (droga nr 68 przez
Marcali i Nagytád) Węgry jawią się jako kraj rolniczy. Mijamy miasteczka i wioski niewiele różniące się
od tych, jakie znamy z Polski. Jedne bardziej, drugie mniej zadbane. Czasem tylko jakiś zamek czy inna
okazalsza budowla zwróci naszą uwagę. Droga dość monotonna wiodąca przez równinę. Pośród takiego krajobrazu
docieramy do przejścia granicznego z Chorwacją Barcs - Terezino Polje. Strażnik na granicy pyta się,
sugerując odpowiedź, o cel naszej podróży: "Adria?". Po chorwackiej stronie granicy krajobraz nie zmienia
się od razu. Dopiero po jakimś czasie pojawiają się łagodne wzgórza. Ta część Chorwacji w niczym nie
przypomina tego, co znamy z Istrii czy z Dalmacji. Za miejscowością Virovitica przecinamy pasmo górskie
Bilo gora i zjeżdżamy do Veliki Zdenci, gdzie powinniśmy skręcić w lewo na Daruvar. Oznakowanie musiało
być kiepskie, bo pojechaliśmy prosto. Gdy zauważyliśmy pomyłkę, było już zbyt daleko, aby wracać tym
bardziej, że droga ze względu na dość gęste zabudowania oraz swą jakość i prowadzone remonty, nie pozwalała
na rozwinięcie dużej prędkości. Postanowiliśmy, zatem, że pojedziemy prosto i za miejscowością Kutina
skręcimy na autostradę w kierunku na Beograd. W Kutinie też nie za pierwszym razem trafiliśmy na drogę
prowadzącą do autostrady, (o czym zorientowaliśmy się dopiero w Ilova), mimo, że na mapie wygląda to dość
prosto. Na wjeździe na autostradę otrzymaliśmy bilet ze schematem zjazdów. Ku naszemu zdziwieniu na
schemacie nie oznaczono zjazdu w prawo na wysokości Okučani, w stronę przejścia granicznego z Bośnią i
Hercegowiną, Stara Gradika - Bosanska Gradika. W związku z powyższym zjeżdżamy z autostrady zjazdem
Novska w kierunku na Jasenovac. Droga ta doprowadza nas do granicy, ale nie ma tam przejścia i nigdy
nie było. Poza autostradą nie ma też możliwości dotarcia do przejścia w Bosanska Gradika. Przestajemy,
zatem wierzyć w schemat na bilecie i jedziemy zgodnie z mapą. Zjazd oczywiście jest tam gdzie być powinien.
Stojący przed nami na przejściu Chorwat zostaje zatrzymany i za chwilę cofnięty z granicy, co wprawia
nas w nieco nerwowy nastrój. Jednak straż graniczna przepuszcza nas bez problemu, ale po wnikliwej
lekturze paszportów. Po tych wszystkich przygodach przekraczamy w końcu granicę na moście przez
rzekę Sava. Za mostem, no właśnie, co jest za mostem? Jechaliśmy ze świadomością, że znajdziemy się w
kraju o nazwie Bośnia i Hercegowina . Jak sama nazwa sugeruje
powinien on składać się z położonej bardziej na północy Bośni oraz Hercegowiny zajmującej jego południe.
Jednak kraj, w którym się znajdujemy to Republika Serbska (Republika Srpska) ze stolicą w Banja Luce,
zajmująca 49% powierzchni Bośni i Hercegowiny. Pozostałe 51% powierzchni zajmuje Federacja Bośni i
Hercegowiny (Federacija Bosne i Hercegovine) ze stolicą w Sarajevie, stanowiąca związek
muzułmańsko-chorwacki.
Od granicy jedziemy w kierunku Banja Luki. Teren raczej równinny. Dwie rzeczy zaskoczyłyby nas,
gdybyśmy wcześniej o nich nie wiedzieli. Brak tablic informacyjnych z nazwami miejscowości,
oraz równouprawnienie alfabetów: łacińskiego i cyrylicy. Dobrze było kiedyś nie spać na lekcjach
języka rosyjskiego. Małgosia, nasza polsko-, anglo- i niemieckojęzyczna córka jest w szoku, czyta i nic
z tego nie rozumie. W Banja Luce mijamy siedzibę wojsk SFOR. Ogrodzenie przypomina taki współczesny
Biskupin z betonowych elementów, worków z piaskiem i drutu kolczastego. W narożnikach wieżyczki
wartowników-obserwatorów. Cała konstrukcja robi wrażenie dość nieprzyjemne. Przy wyjeździe z miasta
wypadek. Zniszczenia samochodów niewielkie, ale oba stoją w bezruchu skutecznie utrudniając przejazd,
w oczekiwaniu na policję. Z Banja Luki kierujemy się na miejscowość o swojsko brzmiacej nazwie Jajce.
Zaczynają się góry. Podziwiamy wspaniałe widoki jadąc wzdłuż rzeki Vrbas. Droga jest niesamowicie kręta,
prowadzi u podnóża pionowych skalnych ścian, czasem nawet pod skalnymi nawisami. Po drugiej stronie
płynie rwąca, górska rzeka. Zatrzymujemy się na chwilę, aby nacieszyć oko widokami, robimy kilka zdjęć.
Po drodze stajemy na obiad w przydrożnej restauracji. Posileni całkiem nieźle, płacimy euro,
resztę otrzymujemy w markach konwertybilnych - to bośniacka waluta. Ruszamy dalej. Przed nami
jedzie terenowy Mercedes SFOR-u z Anglikami. Przez dłuższy czas jedziemy razem.
Po drodze zauważamy, że znaki drogowe tutaj dzielą się na dotyczące wszystkich kierowców i pojazdów SFOR.
Gdy chodzi np. o ograniczenia szybkości w tym górskim terenie te dla SFOR są bardziej rygorystyczne.
W ogóle w Bośni znaczny procent tego, co porusza się po drogach, to pojazdy ze znakiem SFOR, nie
tylko samochody osobowe i ciężarowe, ale i autobusy, maszyny budowlane itp. Ruch drogowy w Bośni a
szczególnie w jej górskich rejonach to coś, czego u nas trudno doświadczyć. Miejscowi jeżdżą na
krawędzi ryzyka. Widziałem samochody wyprzedzające na zakręcie omijającym załom skalny. Kierowca
nie widział zupełnie nic, co dzieje się za zakrętem. Prawdopodobnie z tego powodu z pasją przyciskał
klakson. Pytanie tylko czy ten, kto znalazłby się z drugiej strony usłyszałby jego dźwięk i co miałby
ze sobą zrobić na drodze prowadzącej wąską skalną półką. Pomniki takich geniuszy, w postaci granitowych
tablic, często ozdobionych zdjęciem i kwiatami są w zasadzie na większości ostrych zakrętów w tym rejonie.
Po pewnym czasie Anglicy skręcają w prawo na Mrkonjić Grad a my podążamy nadal prosto. Do tej pory raz
po raz coś nas wyprzedziło, czasem minęliśmy jakiś samochód a od rozstania z Anglikami - nic.
Nikt nie jedzie za nami ani przed nami, nikt z naprzeciwka. Droga jest niezła, na pewno lepsza
od tej, jaką pojechali Anglicy, mimo to nie widać nikogo i niczego, góry, góry, góry... Znaki uwaga
na spadające odłamki skalne są tu częstym widokiem, zdążyliśmy się do nich przyzwyczaić. Mijamy
nieoświetlony tunel, za tunelem na jezdni coraz więcej jest kamieni, odłamków skalnych i to coraz
większych. W pewnym momencie jazda staje się już lawirowaniem miedzy skałami opadłymi na asfalt.
Przez chwilę myślę, że to wszystko musiało kiedyś spaść, dlaczego nie ma spaść teraz znowu i to na
dach naszego samochodu. Nie zdążyłem przemyśleć tego czy czasem nie należy się wycofać. Zza kolejnego
zakrętu wyłonił się zawał skalny o wysokości, no powiedzmy wysokiego parteru. Widząc, że nikogo tu nie
ma, kto chciałby się z tym uporać i nie czekając na to aż znowu coś spadnie robimy w tył zwrot i
wracamy w kierunku miejsca rozstania z Anglikami (ok. 10 - 15 km), może nawet nieco szybciej jak w tamtą
stronę. Po drodze spotykamy jeszcze jednego pechowca nie świadomego, że za chwilę będzie wracał. Daję
mu znaki światłami. Trochę nieufny i zdziwiony, ale zatrzymuje się. To Szwed. Wytłumacz tu człowieku
Szwedowi, że dalej nie ma, po co jechać. Trochę na migi, trochę urywanymi angielskimi półsłówkami
staram się mu przekazać przyczynę, dla której powinien zawrócić. Nie rozumie, albo udaje i nie
wierzy. Na takim odludziu też bym nie uwierzył nikomu. Rozjeżdżamy się, zatem każdy w swoją stronę.
strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 Dalej >>
[Wasza Chorwacja - strona główna]
|