 |
|
|
Relacja z podróży do Południowej Dalmacji oraz Czarnogóry
|
Gdy w ubiegłym roku wracaliśmy z Chorwacji (http://www.cro.pl/wasza.php?id=2) wiedzieliśmy już, że musimy
tam wrócić. Powodem było głównie to, że nie udało nam się przejechać całego chorwackiego wybrzeża, a w
tym dotrzeć do Dubrownika. Zobaczenia takiej atrakcji nie mogliśmy sobie odmówić. Poza tym my wychowani
nad Bałtykiem i polskimi jeziorami, zakochaliśmy się w kryształowo czystych wodach Adriatyku i tamtejszych
jezior. Nie bez znaczenia dla tej decyzji był też ciepły klimat, umiarkowane ceny i życzliwość Chorwatów
dla turystów.
Alpiniści pytani o to, dlaczego chodzą po górach, zwykli odpowiadać, "Bo, są!". Podobnie motorem naszych
podróży, krajowych i ostatnio zagranicznych, jest chęć odwiedzenia możliwie jak największej liczby miejsc
tego godnych. Nie bez znaczenia jest dla nas, aby pokazać je też naszym dzieciom. A poza tym tego, co
zobaczyliśmy, nie odbierze nam nikt, nawet urząd skarbowy!
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wybrali trasy dojazdu innej niż w roku ubiegłym. A zatem kierunek przez
Czechy, Słowację i Węgry. Buszując w Internecie natknęliśmy się na informację dotyczącą czasowego
zniesienia wiz do Bośni i Hercegowiny w roku 2001. Należało, zatem przypuszczać, że w roku 2002 sytuacja
się powtórzy. I stało się, na czas wakacji (od 1 maja do 31 października) wizy zniesiono. Teraz już
wiedzieliśmy, że pojedziemy przez Bośnię i to trasą wzdłuż kanionu rzeki Neretvy, który w relacjach
opisywany jest jako warty zobaczenia.
Czytając w Internecie relacje z pobytu w południowej Dalmacji oraz oferty wypoczynku tam właśnie,
natknęliśmy się na hasło "Czarnogóra" i to z wydźwiękiem: "Chorwacja - owszem, czemu nie, - ale Czarnogóra
to jest to!". Po rozpoznaniu tematu plan wakacji nabrał realnych kształtów: pierwszy tydzień Chorwacja -
okolice Dubrownika, drugi tydzień Czarnogóra - tam gdzie się uda. Podobnie jak w przypadku Bośni i
Hercegowiny odszukaliśmy informację o czasowym zniesieniu wiz na okres wakacji. Informacja ta była jednak
na tyle nieprecyzyjna, iż nie było wiadomo czy nie dotyczy ona zorganizowanych grup turystów lub osób
mających wykupione wcześniej usługi najchętniej w jugosłowiańskim biurze turystycznym "Putnik". Takie
głosy pojawiały się, zarówno w relacjach osób przebywających w Czarnogórze w roku 2001 jak i w informatorze
naszego MSZ "Polak za granicą 2002" (http://www.msz.gov.pl/Informacje_Konsularne/Polak_2002). Jedynie na
stronie http://www.visit-montenegro.cg.yu/default.htm - Narodowej Organizacji Turystycznej Czarnogóry
(National Tourism Organisation of Montenegro) - była informacja o tym, że Polacy przybywający do
Czarnogóry praktycznie ze wszystkich państw sąsiadujących z wyjątkiem Serbii, nie potrzebują wiz. Komu
wierzyć?
Z tego powodu właśnie powstał plan "B". Będąc w okolicach Dubrownika wykonamy tzw. "rozpoznanie walką"
tj. spróbujemy wjechać do Czarnogóry. O ile się uda to wracamy do planu "A", jeśli nie to po tygodniu
ładujemy się na prom Jadrolinii i płyniemy z Dubrownika do Rijeki. Rejs taki trwa ok. 24 godzin. Po
dopłynięciu do Rijeki dalej już samochodem przerzut na północ Istrii i poszukiwanie kwatery na
chorwackiej lub słoweńskiej jej części. W takim układzie tam spędzamy drugi tydzień wakacji. Powrót
przez Austrię.
Przed wyjazdem, zatem zakupiliśmy w Biurze Turystyki Polskiego Związku Motorowego w Poznaniu winietki:
czeską i słowacką na dojazd oraz czeską i austriacką na powrót. W ten sposób zabezpieczyliśmy się na
wypadek powrotu z rejonu Istrii. Plan "B" stawał się coraz bardziej prawdopodobny. Koleżanka będąca w
maju w Chorwacji relacjonowała nam, że wtedy właśnie bez wiz Polaków nie wpuszczano do Czarnogóry.
Co prawda strażnik graniczny, który ją zawrócił stwierdził, że w już czerwcu będzie mogła przekroczyć
granicę bez wizy, ale nadal nie mieliśmy pewności poza tym, że zawrócono ją z granicy.
W takim nastroju niepewności, aczkolwiek wyposażeni w przewodnik po Chorwacji i samodzielnie wykonany
"przewodnik" z doniesień zamieszczonych w Internecie dotyczących Czarnogóry (do dnia wyjazdu tego typu
pozycja książkowa nie ukazała się) oraz zestaw map (niestety bez aktualnej mapy drogowej Węgier) i
rozmówek, wyruszyliśmy 20 czerwca 2002 roku ok. 4.00 z domu nieopodal Gostynia, w kierunku przejścia
granicznego z Czechami Boboszów - Dolni Lipka, na południowym krańcu Kotliny Kłodzkiej. U Czechów -
jak zwykle - objazdy i to tuż po przekroczeniu granicy. Po pokonaniu wszystkich zastawionych przez
braci Czechów pułapek dojeżdżamy do Brna i stąd kierujemy się na przejście graniczne ze Słowacją,
(po co oni to sobie zrobili?) Breclav - Kuty. Słowacki odcinek trasy mijamy bez trudności. Do stolic
europejskich odwiedzonych w ostatnim czasie dołączamy Bratysławę, gdzie zatrzymujemy się na obiad
w tamtejszym Mc'Donaldzie. Po posiłku jedziemy dalej. Granicę węgierską przekraczamy w Rusovce -
Rajka. Pierwszy przystanek na Węgrzech robimy w pierwszej za granicą stacji benzynowej.
Do pełna
tankowaliśmy we Wrocławiu i nie ma potrzeby uzupełniania paliwa. Przyczyną naszego postoju jest
konieczność zakupu winietki na przejazd autostradą M-1, zakup aktualnej mapy drogowej Węgier (najnowsza,
jaką udało mi się kupić w Polsce pochodzi z czasów świetności RWPG) oraz wymiana reszty słowackich koron
i kilkudziesięciu złotych (tak, można wymienić złotówki) na forinty. Nasz niemiecki i angielski jest
dość pobieżny. Obsługa stacji i pani w kantorze mają z tymi językami jeszcze większe kłopoty,
więc rozmowa była dość komiczna. Polak, Węgier dwa bratanki - no, ale na pewno nie w przypadku języka.
Bariera językowa pomiędzy polskim a węgierskim jest nie do pokonania bez użycia rąk. Mimo to kupujemy
wszystko, czego nam potrzeba i jedziemy dalej w kierunku Balatonu, (co po węgiersku oznacza podobno
błotne jezioro) zwanego węgierskim morzem. 77 km długości i 2-14 km szerokości, powierzchnia 596 km2,
to wyniki sytuujące Balaton na 1 miejscu w Europie Środkowej. Natomiast przeciętna (4 m) a nawet
największa głębokość (11 m) uzasadnia stwierdzenie, które wyczytałem w jednej z internetowych relacji:
duża kałuża. Po drodze zatrzymujemy się na krótką chwilę na przydrożnym parkingu koło miejscowości
Csesznek. Odpoczywamy patrząc na położone na niedalekim szczycie ruiny zamku (Cseszneki vár).
Na parkingu podchodzi do nas Węgier i po niemiecku pyta czy nie potrzebujemy kwatery nad Balatonem.
Nie korzystając z jego propozycji ruszamy dalej. Dzisiaj mamy do pokonania jeszcze jakieś 100 - 110 km.
Wreszcie jest - w dole widać lustro wody. To miejscowość Balatonfüred, zjeżdżamy do centrum nie widząc
jednak interesujących kwater prywatnych, tankujemy na stacji benzynowej i postanawiamy okrążyć jezioro
zgodnie z ruchem wskazówek zegara, szukając jakiegoś ciekawego noclegu. Mijamy Balatonamádi,
Balatonfűzfő, Balatonkenese i docieramy do miejscowości Siófok, gdzie za 20 euro wynajmujemy 4-os. pokój
w willi położonej nad Balatonem. Na kilka pokoi jest łazienka i WC. Dom ma własny odcinek plaży, a
raczej pomost. Przed pójściem na kolację kąpiemy się w jeziorze. Woda średniej czystości, może takie
wrażenie daje dość muliste dno. Bardzo płytko, trudno się zanurzyć. Temperatura wody - jak zupa.
Dla
dzieci zabawa znakomita i przede wszystkim bezpiecznie. Po kąpieli kolacja w letniskowej knajpce.
Powraca problem języka. Zamawiamy coś, przynoszą nam coś zupełnie innego niż wydawało się nam, że
dostaniemy. No, cóż to też da się zjeść. Potem jeszcze wieczorny spacer w stronę domu i spać!
strona: 1 2 3 4 5 6 7 8 Dalej >>
[Wasza Chorwacja - strona główna]
|