Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Velebit + Plitvicka jezera

Nasze relacje z wyjazdów do Chorwacji. Chcesz poczytać, jak inni spędzili urlop w Chorwacji? Zaglądnij tutaj!
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009
Velebit + Plitvicka jezera

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 19.08.2009 18:19

Hejjj!

U mnie z relacjami zawsze ciężko, ale mam jedną, pasującą do tego działu. Opisuje kilka dni spędzonych głównie w Velebicie w maju zeszłego roku. Było to też moje pierwsze zetknięcie z Chorwacją (nie licząc przejazdu w drodze do i z Czarnogóry z krótkim przystankiem w Dubrowniku). Oto ona.

Prolog.

15:10. Był taki western "15:10 do Yumy". Dla mnie to też godzina wyjazdu, tyle że do Chorwacji. Opuszczam kraj w sobotnie popołudnie i przez Cieszyn, Żylinę, przekraczając tuż przed zmrokiem Dunaj w Komarno, docieram po ośmiu godzinach za Szombathely na Węgrzech. Nocleg spędzam w pobliżu słoweńskiej granicy, a nazajutrz tuż przed wjazdem na nią, zostaję zaatakowany przez dwie sarny. Wprawdzie wyhamowałem, widząc jak wyskakują zza stojących TIRów, ale o ile jedna przeskakuje mi przed maską, to druga nie oszczędza wozu i zostawiwszy pamiątkę w postaci małej rysy, biegnie dalej, na szczęście, nawet nie kuśtykając. Przypomina mi się dojazd we włoskie Alpy Julijskie rok wcześniej, kiedy krótko przed metą, spora sarna, ukazując się nagle w światłach reflektorów, ze sporym hukiem zostawia większą pamiątkę na prawych drzwiach wozu. Pograniczne, węgiersko-słoweńskie sarny są dla mnie bardziej wyrozumiałe.

Tuż za granicą tankowanie taniej, słoweńskiej benzyny i wjazd do Chorwacji - Varażdin, Karlovac i ok. 10:30 jestem w Plitvickich Jezerach. Zostawiam wóz na dużym, jeszcze przez kilka dni bezpłatnym, parkingu i kupiwszy za 110 kun wejściówkę (jak się potem okazało, nie było to absolutnie konieczne), wkraczam w świat rewelacyjnego, wodnego szaleństwa. Ja, zwykle zachowujący się jak kot, który zmoczywszy łapę, otrząsa z niej czym prędzej ślady wrogiego środowiska - tu czuję się jak... ryba w wodzie! Oczywiście, mój kontakt z nią pozostaje wyłącznie w sferze audiowizualnej, ale to co widzę - jest prawdziwą rozkoszą. Przez następnych pięć godzin szwendam się pomiędzy kolejnymi mniejszymi i większymi jeziorkami, kaskadami, potoczkami, młaczkami, zaczynając od Górnych, a na Dolnych i Wielkim Slapie kończąc. Dobrze, że po drodze zdecydowałem się tu zajechać...

Obrazek

Obrazek


Pora jednak ruszyć w drogę. Kierunek nadal południowy, przystanek na kawkę, już z widokiem na moje góry, potem objazd ich południowego skraju i pod wieczór zajeżdżam do wylotu Małej Paklenicy. Przygotowuję obiad i rozkładam się z noclegiem, mając tuż przed sobą otwarte wrota wąwozu, którym wita mnie Velebit

Obrazek

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.freehost.pl
http://wfs.cba.pl
Ostatnio edytowano 04.03.2011 16:33 przez Franz, łącznie edytowano 2 razy
Vjetar
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 44702
Dołączył(a): 04.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) Vjetar » 19.08.2009 18:22

Walisz jak z kałacha... :)
Specjalnie dla Ciebie
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 19.08.2009 19:38

JacYamaha napisał(a):Walisz jak z kałacha... :)

Opss... sorry - nie chciałem. ;)

JacYamaha napisał(a):Specjalnie dla Ciebie

Dziękuję. :)
Z muzyki Bregovica najbardziej lubię muzykę do filmu "La reine Margot" oraz "Ederlezi".

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
wojan
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 5450
Dołączył(a): 17.06.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) wojan » 19.08.2009 23:09

JacYamaha napisał(a):Walisz jak z kałacha... :)



I dobrze ... :D
Tylko pamiętaj Wojtek - im seria dłuższa - tym skuteczniejsza ... :D
:papa:
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 19.08.2009 23:50

To od długości zależy?? Nie od celności? ;)

Tak czy owak - szanse mam niewielkie. Seria będzie krótka bo to tylko kilka dni. A zważywszy target, to i z celnością może być problematycznie. :lol:

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 20.08.2009 11:32

Velebit Południowy - Dwie Paklenice.

Startuję o szóstej rano. Gdyby mi zależało na zapłaceniu za wejściówkę, musiałbym jeszcze czekać, jednak tak się jakoś składa, że czas spędzony w górach jest dla mnie ważniejszy. Wygodna ścieżka, miejscami podmurowana kamieniami, kieruje się do wąwozu i prowadzi moim lewym, a więc jego orograficznie prawym brzegiem. Znakowanie jest częste i wyraźne, a fantazję malujących szlak można podziwiać w raz za czas pojawiających się kształtach, odbiegających od standardowego kółeczka, w rodzaju serduszka czy uśmiechniętej buźki.
Po chwili schodzę do wyschniętego koryta potoku, a napotkaną tamę wodną forsuję moją prawą stroną. Niesamowite, że taki potężny wąwóz został wyżłobiony przez potok, którego obecności nigdzie nie daje się dostrzec. Niesamowite a przy tym - jakie wygodne!

Obrazek

Stąpam teraz po kamieniach, dnem wyschniętego potoku, potem znów lewą stroną, następnie stromo w górę między piętrzącymi się nade mną, niemal pionowymi, ścianami wąwozu. Z tyłu powoli otwiera się widok na zatokę, niczym piękny obraz w kamiennych ramach. Ścieżka znów sprowadza do koryta, gdzie nagromadzone, obłe głazy sprawiają chwilami nieco trudności. Czasami sporych kształtów, pozbawione wyraźniejszych chwytów, zmuszają do wykorzystywania siły tarcia. Ostrożnie, sprawdzając przyczepność przy każdym kroku, czuję nagle, że coś mnie zaczyna ściągać z powrotem w dół. Odwracam głowę i widzę gałąź, zaplątaną między plecak, a przytroczone kijki. Próbuję zwiększyć siłę nacisku, naprzeć mocniej, ale stanowczość gałęzi równoważy nikłą przy tym nachyleniu siłę tarcia i czuję, jak zaczynam się coraz bardziej zsuwać. Ląduję na niższym głazie, na szczęście bez strat. Przy drugiej próbie w porę odchylam gałąź, która tylko macha mi na pożegnanie.

Obrazek

Szlak wyznaczony jest zarówno malowanymi znakami, jak i kopczykami, które konkurują pomiędzy sobą, proponując różne warianty pokonywania zarośniętego miejscami dna wąwozu. Czasami kopczyki oferują wygodniejsze, mniej porośnięte przejście, niż malowanki. Dalej już wspólnie doprowadzają do jaskini Kapliarka, gdzie szumi, jak z niedomkniętego kranu, a dostępna woda na pewno bogata jest w sole wapienne.
Dalej znów pokonuję kolejne, mniejsze i większe obłe stopnie i powtarza się scena z gałęzią, tym razem jednak w łatwiejszym miejscu. Jeszcze bardzo niskie przejście, gdzie najpierw w kucki, potem nisko na czworaka, przedostaję się pod sporym głazem na bardziej otwartą przestrzeń i wkrótce strome ściany wąwozu powoli zostają zastępowane pogruchotanymi zboczami, porośniętymi krzewami i niskimi drzewkami. Kiedy w końcu pomiędzy kamieniami zaczyna cieknąć woda, ścieżka podchodzi w lewo stromymi zakosami aż do rozstajów z tabliczkami informacyjnymi: Velika Mocila - trzy kwadranse, a leżące na mojej trasie Ivine vodice - półtorej godziny. Po pokrzepiającym śniadaniu ruszam w drogę i po 25 minutach docieram do kolejnych rozstajów. Tu się dowiaduję, że Velika Mocila jest odległa już tylko o 10 minut, a więc szedłem szybciej, niż przewidywano, a Ivine vodice... nadal półtorej godziny, tak jakbym w ogóle niczego nie przeszedł. Trudno zarzucić konsekwencję w działaniu tym, którzy umieszczali tablice informacyjne.

Obrazek

Dalsza droga prowadzi grzbietem, pomiędzy dolinami Małej i Wielkiej Paklenicy, który mimo iż zalesiony, od czasu do czasu umożliwia zajrzenie w każdą z tych dolin. Spoglądam z ciekawością na wapienny grzbiet ponad górną partią Wielkiej Paklenicy, zastanawiając się nad miejscem, w którym będę później z niego schodził.
Gwałtowny szelest i zygzakowata ucieczka spod moich stóp sprowadza mnie na ziemię. Żmija! Gdyby się nie ruszyła, w ogóle bym jej nie dostrzegł, co mogło się skończyć źle dla którejś ze stron. Na szczęście zwiała w ostatnim momencie, dzięki czemu ona uniknęła odcisku buta, a ja - być może - dwóch małych otworków na łydce, mogących przedwcześnie zakończyć moją eskapadę. Ufff... Postanawiam trochę więcej uwagi poświęcać matce ziemi.

Obrazek

Stromą ścieżką, na koniec zakosami, docieram do polany z niezagospodarowanym schroniskiem Ivine vodice - w środku stół, ława, naczynia kuchenne, nawet umywalka z miską, a na pięterku sporo miejsca do spania. Woda, nieco mętna, w studni obok. Po małym pikniku, spojrzawszy na tabliczkę: Vaganski vrch - trzy godziny, podchodzę nadal stromo przez las. Oznakowanie tutaj już znacznie słabsze niż do tej pory. Po opuszczeniu lasu ścieżka wznosi się trawersem, mijając stromy boczny grzbiecik. Wysoko dostrzegam coś, co mogłoby być starym, nie odnowionym szlakiem, ale ścieżka przekonuje mnie do siebie swoim wyraźnym trawersem. To jednak nie trwa długo i rozmywa się ona w trawiastym zboczu. Nade mną jakby niewyraźny inny trawers, a za mną, na miniętym grzbieciku, słaby ślad zakosów. Wracam więc i pnę się nimi w górę, co po chwili okazuje się dobrym pomysłem, gdyż osiągam oznakowane rozstaja. Tu informacja, że do najwyższego szczytu Velebitu mam jeszcze wciąż dwie i pół godziny - już się nawet nie dziwię brakowi konsekwencji tutejszych informacji. Tak czy siak - jestem na głównym grzbiecie. Teraz obieram kierunek północny.

Obrazek

Po chwili mijam odchodzący w prawo szlak, obwarowany tabliczką informującą, że dalej to już na własną odpowiedzialność. Miny! Hmm, wydawało mi się, że zawsze chodzę po górach na własną odpowiedzialność. Minami nie jestem zainteresowany, podążam więc moją ścieżką, podziwiając nowo otwarte widoki, rozpościerające się teraz nie tylko na zachód, ale i na wschód od Velebitu.
Ścieżka snuje się teraz pomiędzy większymi i mniejszymi, na ogół jednak sporymi, lejami krasowymi; niektóre z nich mają dna wysłane jeszcze śniegiem, a w jednym widoczne murki i zabudowania pasterskie. Śnieg pojawia się też i na ścieżce, przytrzymując pochylone do ziemi gałęzie kosodrzewiny, które co chwilę odskakują sprężyście pod moimi krokami, obsypując mnie nim z wdzięczności. Parę razy zapadam się głębiej, ale jeszcze nie dojrzałem do założenia ochraniaczy.

Obrazek

Zza kosówki wyłania się niespodziewanie turysta z pełnym ekwipunkiem biwakowym, od którego się dowiaduję, że do szczytu mam jeszcze około godziny. Ale już po kwadransie osiągam rozstaja, które według mapy znajdują się tuż przed wierzchołkiem. I rzeczywiście - po kolejnym kwadransie stoję już na najwyższym szczycie Velebitu. Widoki piękne. Opadające na północ bardzo strome zbocza giną z zasięgu wzroku w głębokim kotle, nad którym po przeciwległej stronie sąsiedni szczyt wznosi się skośnie urzeźbioną, skalną ścianą. Również wschodnie stoki całego głównego grzbietu piętrzą się skaliście nad nisko położonymi, zalesionymi kopcami. Spoglądam jeszcze tęsknym wzrokiem na ciągnący się dalej na północny wschód grzbiet, zapraszający kolejnymi wierzchołkami i cóż - czas odtrąbić odwrót. Wracam do pobliskich rozstajów i obieram kurs na widoczną w dole zatokę. Najpierw zjazd po płacie śniegu, potem jeszcze trochę wałęsania się wśród krasowych lejów, a następnie strome zejście po drobnym piargu. To właściwie bardziej zjazd, niż zejście - kijki chronią przed nabraniem zbyt dużej prędkości. Dobrze, że nie przyszło mi tędy podchodzić...

Obrazek

Męczący teren kończy się lasem; mijam jeszcze jakieś zabudowanie, gdzie wita mnie po kolei pies, osioł i sympatyczna babcia, wskazująca dalszą drogę i po chwili docieram do schroniska. Stamtąd wysadzaną obłymi, miejscami gładkimi, kamieniami drogą przemierzam dolinę Wielkiej Paklenicy, która w końcowym przebiegu przechodzi w prawdziwy kanion. Wysokie, coraz bardziej strome, aż do pionowych włącznie, ściany zbliżają się z obu stron do siebie, zostawiając miejscami raptem kilka metrów na potok i drogę. Coraz gęściej też obsadzone są przez wspinaczy, a droga przechodzi wkrótce w asfalt. Wychodząc z parku narodowego, mijam czynną wciąż kasę, mimo iż jest już po osiemnastej. Tu w lewo odbija "naucna staza", nie wszędzie dobrze oznakowana, którą zamykam pętlę, nie schodząc do leżących poniżej miejscowości, chociaż mijam pojedyncze, urokliwe, kamienne domy. Przy wozie jestem po godzinie dziewiętnastej.

Obrazek

Teraz krótki zjazd do Seline, dalej Stari Grad i drogowskaz w prawo na Veliko Rujno. Stromą asfaltową drogą podjeżdżam coraz wyżej, a pode mną lśni tafla Adriatyku. Zatrzymuję się przy podążającej w górę parze, ale nie chcą skorzystać z podwiezienia, wolą na piechotę, więc sam dojeżdżam do parkingu na końcu szosy, gdzie stoi wóz na holenderskich numerach, z otwartymi na oścież tylnimi drzwiami. Po chwili dochodzą - jak się okazuje - właściciele, zastając zdumieni swoje auto w takim stanie. Krótki przegląd - nic nie zginęło. Najwidoczniej sami zapomnieli zamknąć drzwi, wychodząc rano na wycieczkę. Życząc mi dobrej nocy, zjeżdżają w dół, a ja zostaję sam na sam z górami, powoli szarzejącymi w zapadającym zmroku.

Obrazek

Więcej fotek z tej trasy pod adresem: http://wfs.cba.pl/Velebi08/Velebi08.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.freehost.pl
http://wfs.cba.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 21.08.2009 13:54

Velebit Południowy: Bojinac

Słońce zaczyna już oświetlać pobliskie szczyty, kiedy wyruszam w drogę. Najpierw zejście do Wielkiego Vaganaca - dobrze, że szlak prowadzi skrótem, a nie nowo powstającą drogą, która zdecydowanie bardziej przypomina plac budowy, niż górski trakt. Niżej mam właśnie wątpliwą przyjemność - na szczęście krótką - poruszania się tą drogą; muszę nawet chwilę czekać, aż przepuści mnie operator pracującej tam koparki. Przy kamiennych zabudowaniach chwila wahania: w lewo drogowskaz na Bojinac, w prawo Veliko Rujno. Nie mam w stu procentach sprecyzowanych planów, wybieram w końcu podejście na płaskowyż Rujno, największy w całym Velebicie. Przyjemna teraz niezbyt stroma ścieżka doprowadza przy kamiennej kapliczce na początek równiny, skąd rozpościera się widok na góry oraz zatokę w dole. Jeszcze pomarszczone, zastygłe, wapienne fale, porośnięte rzadkim, sosnowym laskiem i wychodzę na otwartą przestrzeń, ograniczoną z prawej strony głównym grzbietem, a z lewej grupą Bojin kuka. Tu i ówdzie rozsiane kamienne domki, niektóre stare, inne odnowione, z pryczami w środku, nie wiem - może dałoby się wynająć?

Obrazek

Korzystam z ustawionych na zewnątrz ław i stolika przy jednym z domków, piknikując wygodnie przed dalszą wędrówką. Teraz rozległymi łąkami, mniej więcej środkiem płaskowyżu, aż do rozstajów, gdzie przy oznaczeniach na Bojinac skręcam w lewo w stronę Bojin kuka. Trochę przez krzaki, ale bez większego chaszczowania, po czym szlak zaczyna się wspinać na dosyć stromo opadające skałki. Strome do tego stopnia, że cieszę się, iż pokonuję ten odcinek w górę, a nie w dół. Wymalowane strzałki nie pozostawiają wątpliwości - nie w przód, po prostu w górę.

Obrazek

Pode mną, coraz niżej zostaje Veliko Rujno, a nad głową, z każdą chwilą bliższe - obłe skały Bojin kuka. Ale zanim dotrę pod niemal pionowe ściany szczytowe, teren lekko się kładzie i ścieżka lawiruje pomiędzy niewielkimi lejami krasowymi, odchylając się w lewo od pierwotnego kierunku. Po chwili widzę ponownie przed sobą sine wody Adriatyku, a po lewej otwiera się kotlina Bojinac z charakterystyczną skałą w kształcie mocno fizjologicznym, nieco na lewo od środka. Chwilę podziwiam kotlinę z góry, po czym stromą ścieżką schodzę w dół. W drodze napotykam odbicie w prawo, oznaczone drogowskazem na Bojin kuk. Czyżby?.. W przewodniczku Rothera jest napisane, że wejście na szczyt tylko dla wspinaczy, ale ta tabliczka... Cóż, sprawdzę później, na razie opuszczam się na dno kotliny.

Obrazek

Wyraźna, niedawno odświeżonym szlakiem oznakowana, ścieżka przecina kotlinę prowadząc w kierunku Vaganaca. Mnie jednak kuszą pozostałe, fantazyjne w swych kształtach, tutejsze skały; skręcam więc w stronę wysokiego muru, zamykającego kotlinę od zachodu i już po chwili odkrywam nikłe ścieżki ze starymi, dawno nie odnawianymi znakami. Teraz już z czystym sumieniem kluczę pośród kolejnych stożkowatych turni, wdrapując się gdzieniegdzie, często zmuszony do użycia w tym celu rąk. Tak udaje mi się dotrzeć do miejsc, znanych wcześniej z fotografii i podziwiać z bliska skalne okna oraz setki wyrzeźbionych przez wodę rynienek, przecinających skały z góry na dół.

Obrazek

Nasyciwszy zmysły urokiem kotliny wracam w stronę Bojin kuka i na rozstajach odbijam w lewo. Rozpoczyna się podejście po stromych skałach - cieszę się, że podejście, a nie zejście, nie przypuszczając jeszcze, że przyjdzie mi później robić tę drogę również i w przeciwnym kierunku. Wykorzystując dobre tarcie wapienia, szybko zyskuję wysokość, ale też i schodzę raz po raz z wyznakowanej trasy, by się lepiej przyjrzeć kolejnej ciekawej formacji w postaci skalnego okna czy łuku, albo też obejść dookoła mały lej krasowy, nie za każdym razem wracając na szlak dokładnie w miejscu, w którym go opuściłem. Spoglądam co chwila w kierunku wierzchołka, raczej niedostępnego z tej strony i przemieszczam się coraz dalej, mając nadzieję na jakąś tabliczkę, jako że zgodnie z posiadaną przeze mnie, schematyczną mapką, wkrótce mogłoby nastąpić odejście drogi na szczyt. Nic takiego jednak nie następuje i kiedy ścieżka zaczyna opadać stromo w dół, widzę że muszę dać za wygraną. Ogarniam jeszcze wzrokiem morze wapiennych skał przede sobą, myśląc, że warto by tu kiedyś znów zawitać, aby zawrzeć z nimi bliższą znajomość, po czym rozpoczynam odwrót. Cóż, więc jednak nie ma tego wejścia dla zwykłego turysty.

Obrazek

Ale czegoś przecież żal... Penetruję wzrokiem skały opadające z wierzchołka, wyszukuję możliwości przejścia - wreszcie dostrzegam jakąś możliwość. Najpierw po dużych głazach, starając się omijać lub delikatnie odchylać gałęzie krzewów z buszującymi w nich osami, i po skałach osiągam stromy żlebik, kończący się trzymetrowym, płytkim kominkiem. Oceniam, że dam radę tędy również powrócić i po jego sforsowaniu trafiam na płasienkę, za którą - niestety - już tylko prawie pionowa skała. Być może dałbym radę się tędy wspiąć, ale jak wrócić?.. Cóż - definitywnie nie dla mnie ta góra. Schodzę bardzo ostrożnie, próbując w którymś miejscu innego wariantu; ten jednak jest zbyt ryzykowny, wracam więc grzecznie do mojej trasy z osami, by bez strat znaleźć się ponownie na ścieżce. Nią trochę w górę, tym razem już nie schodząc ze szlaku (odciągające uwagę ciekawostki obejrzałem poprzednio), natykam się na... wymalowane na skale strzałki na wierzchołek Bojin kuka. Jak mogłem ich nie dostrzec wcześniej?? No tak, tu właśnie okrążałem mały lej, podziwiając skalny łuk. Mam za swoje!

Obrazek

Podążam wzrokiem w kierunku wskazywanym przez strzałkę i widzę rozmieszczone na skale ubezpieczenia. Po bliższym poznaniu zaczynają sprawiać wrażenie przyzwoitej ferraty. Nie mam ze sobą sprzętu, ale - może nie będzie zbyt trudno. Stalowa lina ułatwia przejście około trzydziestu metrów - oceniam to na jakieś "C-" - dalej jest już łatwiej i słabo oznakowany żlebik wyprowadza na grań szczytową. Po chwili jestem na wierzchołku i rozkoszuję się widokiem. Przede mną Veliko Rujno - rzeczywiście olbrzymi ten płaskowyż - za nim główny grzbiet Velebitu, nad którym zebrały się ciemne chmury. Za mną najpierw morze skał Bojinaca, a dalej Adriatyk z wyspami i wrzynającymi się weń półwyspami. Widzę w oddali po prawej parking - przybyło na nim samochodów.

Obrazek

Krótki piknik i droga powrotna - najpierw ferratka, potem zejście stromą ścianką, gdzie się przedtem cieszyłem, że robię ją jedynie w górę, następnie jedne rozstaja i na drugich zostawiam moją trasę wejściową, wybierając teraz równoległą do płaskowyżu, wijącą się pośród skał, alternatywną ścieżkę, obchodząc tym razem Bojin kuk od wschodu. Ścieżka zdecydowanie traci na wyrazistości; staram się zachować kierunek, mimo iż oznakowanie tutaj kiepskie. Chociaż... odnajduję strzałkę w prawo z napisem "Gospa"- chodzi o kaplicę na równinie. Skalisty teren przechodzi stopniowo w trawiasty z rzadkimi drzewkami. Ścieżki praktycznie już nie ma, ale teren nie sprawia trudności i w końcu kroczę po rozległych łąkach płaskowyżu.

Obrazek

Mimo gromadzących się, coraz ciemniejszych chmur, skwar nie ustępuje. Przy kapliczce studiuję "Deset Bozjih Zapovijedi" i najbardziej cieszy mnie obietnica: "Postuj oca i majku, da dugo zivis i dobro ti bude na zemlji". Nie da się ukryć - mi je dobro na zemlji.
Przysiadam na ławie, rozważając dalsze plany. Jeśli pogoda wytrzyma, poszedłbym jeszcze na Veliki Golić, ale na razie zaczyna kropić deszcz. Przeczekuję go piknikując i w znacznym stopniu uszczuplając zapasy wody. Kiedy pogoda się poprawia, jest już jasne, że mam za mało wody na kolejną górę. Zapada decyzja powrotu. Przemierzam płaskowyż w kierunku Vaganaca; od małej, kamiennej kapliczki rozróżniam już swoje auto pośród innych, stojących na parkingu, obniżam się w dolinę i na ostatnim podejściu wysuszam resztki wody z butelki. Po dojściu do wozu niemalże duszkiem wypijam puszkę piwa, po czym już spokojnie, przy kawce rozkładam materiały i planuję kolejne kroki.

Obrazek

Znów popaduje deszczyk, mam więc nieco czasu na przestudiowanie dojazdu do kolejnego punktu startowego. Wreszcie, wyposażony w potrzebną wiedzę, rozpoczynam zjazd w kierunku morza. Zatrzymuję się jednak przy postawionych niżej tabliczkach informacyjnych, jako że deszcz właśnie ustał. Do najbliższego wypisanego celu - Njive - jest tylko pół godziny. Nic mi to nie mówi, ale mam trochę czasu, postanawiam więc sprawdzić. Przed upływem wskazanego czasu dochodzę do opuszczonej wioski, gdzie trawiasta dróżka wije się pośród porośniętych murków z zapraszającymi łukami niegdysiejszych bram. Czy to właśnie Njive? Trudno orzec, ale po przejściu przez wioskę napotykam strzałkę w odwrotnym kierunku z napisem "Ramici", a taką nazwę mam nawet na mapie. Idę jeszcze kawałek, mając nadzieję na dotarcie do miejsca, skąd będzie widać grzbiety nad Wielką Paklenicą. Widoczność nie jest rewelacyjna, po szczytach snują się chmury, ale nagle przedziera się przez nie na chwilę słońce i wtedy właśnie osiągam dobry punkt widokowy. Tu już następuje definitywne pożegnanie z południowym Velebitem - kilka fotek na koniec i powrót do samochodu.

Obrazek

Teraz zjazd do Starigradu i kurs na północ nadmorską trasą. W Karlobagu, przy padającym deszczu, wyskakuję tylko do sklepu, by kupić chorwackie piwo. Wprawdzie jest dwa i pół razy droższe od mojego ulubionego, słowackiego Corgonia, ale - trzeba spróbować. Z Karlobagu odbijam w głąb lądu, pnąc się stromą szosą, mijam przełęcz już po ósmej wieczorem i po dojeździe do punktu orientacyjnego, jakim jest duży hotel Velebno, zawracam i skręcam w pierwszą drogę w prawo, gdzie zaczyna się zaplanowana na następny dzień pętla. Ale że droga jest asfaltowa, a dreptanie po asfalcie nie jest moim ulubionym zajęciem, podjeżdżam wyżej. Mijam wieś, asfaltówka zmienia się w drogę bitą i dojeżdżam do samotnie stojącego domu, zaraz za którym wyrastają skały. Dom nie jest zamieszkały. Przez okna widzę, że parter tworzy kuchnia i duża sala jadalna z dwoma długimi stołami - stoją nawet butelki wina - a na pięterko prowadzą strome, drewniane schodki; być może jest to jakiś domek myśliwski. Do przyrządzenia i spożycia posiłku korzystam z ławy ustawionej na zewnątrz, a wystający dach chroni mnie przed deszczem. Przed pójściem spać wysyłam do kraju sms z pytaniem o prognozę pogody, ale zasypiam bez uzyskania odpowiedzi. Kołysanką jest mi bębniący o dach wozu deszcz. Co będzie jutro? Czy pogoda się poprawi? Czy będzie mi dane poznać środkowy Velebit?..

Obrazek

Więcej fotek z tej trasy pod adresem: http://wfs.cba.pl/Velebi08/Velebi08.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.freehost.pl
http://wfs.cba.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 23.08.2009 15:08

Velebit Środkowy

Ranek wstaje zimny i pochmurny. Grzebię się przy pakowaniu, przestawiam wóz, by nie przeszkadzał ewentualnym gospodarzom i o siódmej wyruszam w trasę. Pod samymi skałami droga skręca ostro w prawo, a szlak prowadzi w górę wąską ścieżką przez bukowy las, upstrzony w wielu miejscach wystającymi głazami. Najpierw zakosami, później skośnym trawersem, po czym ścieżka wychodzi na otwarte, trawiaste tereny z porozrzucanymi większymi już skałami, przybierającymi często fantazyjne kształty - to jakby rakiety, to znów zwiniętej pięści z wystawionym w górę środkowym palcem. Niebo zaczyna się przecierać i pojawia się miejscami błękit, a dolinę pode mną przykrywają rzedniejące powoli chmurki.

Obrazek

Ścieżka obniża się teraz lekko północno-wschodnimi stokami, by następnie odrobić straconą wysokość i kluczy między skałkami i drzewami tak, że tu i ówdzie trzeba się między nimi przeciskać. Po osiągnięciu ponownie trawiastych stoków, szybko już doprowadza w rejon szczytowy i oto puszka z luźnymi kartkami, zostawionymi głównie przez chorwackich wspinaczy, a tuż nade mną wierzchołek - to już Kiza, mój pierwszy cel tego dnia. Chmurka w dolinie rozerwała się w środku zupełnie, tworząc wyraźną obręcz, a ponad nią - przy poprawiającej się widoczności - aż po daleki horyzont ciągnie się łańcuch gór środkowego Velebitu. Z zalesionych zboczy wzbijają się w górę gęsto usiane wapienne skały, a dalej w lewo coraz wyraźniejszy Adriatyk. Odwracam wzrok - za mną też widok radujący serce: w przebłyskach słońca biel skał coraz bardziej kontrastuje z zielenią łąk i lasów, a w dali góry giną powoli w ciągle jeszcze obecnej mgiełce.

Obrazek

Tuż przed szczytem mijałem rozstaja i teraz wracam do nich, by odbić zgodnie z wymalowanymi strzałkami na Żluty kuk. Ścieżka lawiruje pośród niewielkich skałek i doprowadza na skraj trawiastego plateau. Nie podążam dalej stromo tutaj opadającą ścieżką, tylko wracam do głównego traktu i cofnąwszy się do wcześniejszych rozstajów, sprawdzam co pokaże kierunek, opatrzony strzałką z napisem: Pećica. Przez kolejnych kilkanaście minut wędruję pośród uroczych skałek i opadających stromo krasowych lejów, by ponownie stanąć na krawędzi, z której w dole widzę mój myśliwski domek.

Obrazek

Teraz zostawiam już definitywnie rejon Kizy i schodzę trasą podejściową do miejsca, gdzie w lewo odchodzi szlak na Grabar. Wątłą ścieżką, pośród omszałych głazów zyskuję szybko wysokość, a słońce przebijające się między drzewami bawi się grą świateł i cieni na listkach wiosennych buków. Ponad lasem osiągam grzbiet Grabara i nim już szybko do wierzchołka. Obniżam się kawałeczek krótką, północną grańką, by zajrzeć z bliska w potężną skalną niszę, którą widziałem przedtem z rejonu Kizy. Z daleka lepiej ją było widać. Wracam na szczyt, po czym schodzę w kierunku ładnej, trawiastej przełęczy, za którą góry przybierają już bardziej zielony kolor. Zaglądam jeszcze na wschodnią stronę, gdzie ponad doliną trawersuje również jakaś ścieżka, przechodząc przy samej przełęczy pod sporym skalnym nochalem w grani Grabara, i zaczynam schodzić w kierunku wozu. Kiedy napotykam strzałkę z napisem "Ajducka vrata", decyduję się sprawdzić, co się za tym kryje. Bardzo szybko się dowiaduję - to ładne przejście przez skalne okno, za którym już ląduję po południowo-zachodniej stronie, pięknie teraz oświetlonego, wapiennego muru. Krótkie, strome zejście do drogi i po chwili jestem przy aucie.

Obrazek

Co zrobić z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia? Cóż, zamierzałem zrobić większą pętlę, ale niechęć do deptania po asfalcie spowodowała zmianę planów. Wypadałoby więc teraz zawrzeć bliższą znajomość z pozostałą, nieznaną jeszcze, częścią trasy. Zjeżdżam więc do Baske Ostarije, kawałek szosą i przy kościele skręcam boczną drogą w lewo. Najpierw asfaltem, potem żwirową drogą i parkuję na dużej polanie z pięknym widokiem na wyniosłe skały, na lewo od grzbietu Ljubicko brdo, który jest moim kolejnym celem.

Obrazek

Przez pięć minut podążam jeszcze drogą, po czym skręcam z niej w lewo, a tam dwie ścieżki do wyboru, jedna opisana jako stroma, a druga - grzbietowa. Skoro mam możliwość zrobienia pętelki, to wybieram na podejście "strmi put", który wiedzie początkowo prawie poziomo przez las. Oznaczenia szlaku, chociaż stare, są jakoś widoczne, w przeciwieństwie do ścieżki, którą można rozpoznać tylko po ciemniejszym kolorze zeschłych liści. Po chwili jakikolwiek ślad po ścieżce znika zupełnie, gałązki krzaków szarpią mnie i mój plecak, a ja staram się utrzymać kierunek, ledwo dostrzegając z rzadka jakieś wyblakłe czerwone kółeczko. Las wyraźnie gęstnieje. Teraz już nie udaje mi się odnaleźć żadnego więcej znaku, mimo iż próbuję się przedzierać w tę i we w tę. Muszę dać za wygraną i wracam do rozstajów, tym razem wybierając ścieżkę grzbietową.

Obrazek

Pora jest dosyć późna, słońce stoi wysoko, a ścieżka wspina się raczej stromo - pot więc spływa po mnie obficie. Zastanawiam się nad stopniem stromizny wariantu, którego nie udało mi się odnaleźć - może i lepiej się stało. Początkowo podchodzę jeszcze lasem, wyżej już przez polany na wciąż stromym zboczu, by wreszcie osiągnąć łagodny grzbiet i nim do najwyższego punktu z ustawionym tam drewnianym krzyżem. Za mną pozostają ciągnące się w stronę południowego Velebitu, porośnięte lasami grzbiety, z widocznymi w dali zaśnieżonymi żlebami. Z przodu zaś, nieco na lewo od mojej dalszej trasy, przyciągają wzrok skały, które podziwiałem uprzednio z dołu, prezentujące się równie ciekawie z profilu.

Obrazek

Stąd teraz podążam przyjemnym trawiastym grzbietem, tu i ówdzie urozmaiconym drobnymi skałkami, a w miarę jak zbliżam się do kolejnego wierzchołka, grzbiet staje się węższy, przechodząc miejscami w wąską wapienną grań. Sterczące z niej gdzieniegdzie skały pobudzają wyobraźnię i uśmiecham się do wystającej mi nad głowę psiej mordy. Tak osiągam mój ostatni szczyt w tym rejonie - Kuk od Karline plane - zbudowany ze sporych, porzeźbionych głazów. Lokuję się na jednym z nich i posilając się, podziwiam krajobraz. Niedaleko już stąd jest do moich znajomych z pierwszej połowy dnia - jak na dłoni widoczna Kiza i Grabar - zaś ponad doliną, z której przed chwilą startowałem, ostra biel wapiennych ścian mocno kontrastuje z zielenią gór po drugiej stronie doliny.

Obrazek

Ociągam się z wyruszeniem w drogę powrotną - jest tu naprawdę pięknie i trochę żal tak szybko się rozstawać. Jednak nie ma rady, skoro dziś chcę jeszcze przejechać w kolejne miejsce - to dosyć tego próżniactwa. Zbieram się i wracam tak samo jak przyszedłem, dzieląc swoją uwagę pomiędzy podziwianie krajobrazu, a wyszukiwanie wzrokiem rozstajów - ciekawi mnie, w którym miejscu mógł dojść ten bardziej stromy wariant. Nie udaje mi się jednak znaleźć takich oznaczeń, chyba tamta trasa nie jest zbyt uczęszczana.

Obrazek

Niebo trochę się chmurzy, kiedy dochodzę do wozu. Deszczu chyba z tego nie będzie, chociaż jest dosyć parno. Zjeżdżam ponownie nad morze i obieram kurs na Sveti Juraj, gdzie odbijam ponownie w głąb lądu. Zbliżając się do Oltare, zastanawiam się, czy w ogóle będzie możliwy dojazd w głąb gór, ale okazuje się, że droga nie dość że jest otwarta, to nawet pokryta nowym, równiutkim asfaltem. Po kilku kilometrach asfalt się kończy, ale droga jest nadal w dobrym stanie. Dojazd jest długi i trochę zbyt późno uświadamiam sobie, że mam mało benzyny. Świeci się rezerwa, ale szacunkowe obliczenia uspokajają, że na miejsce spokojnie zajadę, a jak następnego dnia będę zjeżdżał w dół, to przecież wiele nie spalę.

Obrazek

Wjeżdżając do parku narodowego, zatrzymuję się przy nieczynnym punkcie poboru opłat i studiuję umieszczoną tam, dobrą mapę okolicy. Niestety, zaczyna padać deszcz i kiedy docieram na mały parking poniżej schroniska Zaviżan, leje już zdrowo. Nic to - najważniejsze, że benzyny wystarczyło, a przeczekując ulewę w wozie, dostrzegam coraz częstsze przerwy w chmurach. Około szóstej po południu deszcz wyraźnie ustaje, chociaż od strony morza - pomimo widocznego tam błękitu nieba - dochodzą pomruki burzy. Plama błękitu szybko się rozszerza i decyduję się wykorzystać ostatnie półtorej godziny tego dnia na krótki spacer. Przecież niemalże o rzut beretem ode mnie znajduje się szczyt, którego nazwa posłużyła również do nazwania pobliskiego schroniska w tej części Velebitu - Veliki Zaviżan.

Obrazek

Więcej fotek z opisanych tras pod adresem: http://wfs.cba.pl/Velebi08/Velebi08.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.freehost.pl
http://wfs.cba.pl
zawodowiec
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 3455
Dołączył(a): 17.01.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) zawodowiec » 23.08.2009 21:37

Franz, pisz trochę częściej bo dobrze Ci idzie :)
Ten teren znam tylko z samochodu... Byłeś może w browarze w Donje Pazariste? Jasne i ciemne Velebitsko, najlepsze piwero w okolicy! Dostępne tylko lokalnie a i to nie zawsze. Ale może to i lepiej, jakby poszło w ilość to na smaku pewnie by straciło.

Drogą do Oltari pewnie jechałeś niedługo przede mną, jak my zjeżdżaliśmy w 2001 albo 2002 to na długich odcinkach kładli asfalt.

Franz napisał(a):Oznaczenia szlaku, chociaż stare, są jakoś widoczne, w przeciwieństwie do ścieżki, którą można rozpoznać tylko po ciemniejszym kolorze zeschłych liści. Po chwili jakikolwiek ślad po ścieżce znika zupełnie, gałązki krzaków szarpią mnie i mój plecak, a ja staram się utrzymać kierunek, ledwo dostrzegając z rzadka jakieś wyblakłe czerwone kółeczko. Las wyraźnie gęstnieje. Teraz już nie udaje mi się odnaleźć żadnego więcej znaku, mimo iż próbuję się przedzierać w tę i we w tę. Muszę dać za wygraną i wracam do rozstajów, tym razem wybierając ścieżkę grzbietową.

Heh, zupełnie jak u mnie w zeszłym roku na czarnogórsko-albańskim pograniczu :)
Buber
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2686
Dołączył(a): 11.08.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) Buber » 23.08.2009 21:51

Witam Franz

W Twojej relacji iest już zawarty gotowy przewodnik.
Nic .. tylko iść Twoimi śladami :D ..
Ja trochę żałuję, że w 2008 nie zrobiłem pętli - Velka - Mala Paklenica, ale co się odwlecze, to i tak w końcu dopadnę :D .

A zdjęcia z Dolomitów .. miodzio..
Troszkę tam pochodziłem w przeddziecięcych czasach, teraz muszę poczekać, aż synowie podrosną... (będzie jazda na "dupowsporach" :twisted:).

Pozdrawiam
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 23.08.2009 23:39

zawodowiec napisał(a):Franz, pisz trochę częściej bo dobrze Ci idzie :)

Serio?.. Tak czy owak - bez względu na efekt - kosztuje mnie to sporo czasu i wysiłku. ;)

zawodowiec napisał(a):Byłeś może w browarze w Donje Pazariste? Jasne i ciemne Velebitsko, najlepsze piwero w okolicy!

Nie. Chyba piłem tylko Karlovacko, Ozujsko i Zlatorog. Generalnie, staram się mieć ze sobą spory zapas piwa. Do zeszłego roku zaopatrywałem się w Żylinie, potem zmieniły się ceny...

zawodowiec napisał(a):Drogą do Oltari pewnie jechałeś niedługo przede mną, jak my zjeżdżaliśmy w 2001 albo 2002 to na długich odcinkach kładli asfalt.

Ta relacja odnosi się do maja zeszłego roku.

zawodowiec napisał(a):Heh, zupełnie jak u mnie w zeszłym roku na czarnogórsko-albańskim pograniczu :)

Do tej pory największe problemy stwarzały mi niektóre szlaki (istniejące wyłącznie na mapie) w Rumunii.

Buber napisał(a):Ja trochę żałuję, że w 2008 nie zrobiłem pętli - Velka - Mala Paklenica, ale co się odwlecze, to i tak w końcu dopadnę

Ale - jeśli planujesz po drodze wejść na Vaganski Vrch - pamiętaj o wczesnym starcie. :) To długa trasa.

Buber napisał(a):A zdjęcia z Dolomitów .. miodzio..

:) To jeden z moich ulubionych terenów działania.

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 25.08.2009 15:34

Velebit Północny

Oceniam szanse powrotu przed zmrokiem. Według mapy mam do wierzchołka około dwóch kilometrów i 160m przewyższenia. Do tego trzeba dodać czas na podziwianie widoków, a więc - tam i z powrotem - powinienem się w godzinę i kwadrans wyrobić. Tak więc, gdy tylko deszcz przestaje bębnić o dach wozu, narzucam plecak na grzbiet i w drogę.
Szlak zbacza z drogi jezdnej całkiem blisko parkingu, a tam drogowskaz: Veliki Zaviżan - 50min. Jest to trochę więcej, niż wynika z obliczeń - zobaczymy, kto ma rację.
Ścieżka wiedzie skośnym trawersem przez las świerkowy, chwilami również bukowy. Przy małych polanach skręca w lewo i wznosi się teraz trochę bardziej stromo. Kosówka, która zastąpiła już tutaj las, pozostawia liczne mokre ślady na ubraniu. Burza, której odgłosy początkowo narastały, w końcu zdecydowała się powędrować w inne strony. Jeszcze parę metrów i osiągam wierzchołek. Spoglądam na zegarek - 25 minut od parkingu.

Obrazek

Pomimo lekko zamglonego powietrza, widoki roztaczają się piękne. W kierunku południowo-wschodnim - jak okiem sięgnąć - wystające spośród lasów, popękane wapienne skały. Gdzieś tam musi być widoczna również Gromovaca, na którą wybieram się następnego dnia. Ponad doliną na wschodzie wznosi się najwyższy w północnym Velebicie szczyt - Mali Rajinac - a po drugiej stronie różową poświatą odbija się w Adriatyku coraz niżej chylące się słońce.
Pora wracać. Nawet nie rozważam żadnej pętli, tylko schodzę, tak jak wszedłem. Rozglądam się po drodze za ścieżką na Balinovac, która - zgodnie z inną mapką - powinna tu gdzieś odbijać. Nie znajduję niczego takiego i wkrótce jestem przy wozie. Obok stoi samochód na tutejszych numerach, boczna szyba całkowicie otwarta, plecak na siedzeniu - nikogo w środku. Widocznie gwarancją bezpieczeństwa dla właściciela jest sąsiedztwo Polaka - uśmiecham się w myśli.

Obrazek

Z puszką piwa w ręku robię jeszcze krótkie spacery po okolicy, a kiedy przyrządzam kolację, zjawia się i właściciel, odblokowuje centralny zamek, wsiada i wtedy dopiero orientuje się, jakie zaufanie mimowolnie okazał. Machamy ręką na pożegnanie i zostaję sam na sam z górami. W potęgującym się chłodzie przygotowuję plecak na następny dzień i zapadam w sen, odczytując jeszcze sms z kraju, potwierdzający że to ma być już ostatni pogodny dzień w Chorwacji.

Obrazek

Wstaję jeszcze przed wschodem, ale ziąb sprawia, że grzebię się jak mucha w smole i gdy wyruszam kwadrans po szóstej, żegna mnie otulona delikatną mgiełką Balinovacka ponikva a ponad nią, oświetlony słońcem, szczyt Balinovaca. Pierwszy odcinek wiedzie drogą, a ja nie mogę się napatrzyć na pląsające światła i cienie pośród rzadko rozsianych choinek. Wrażenia potęguje mgiełka, po której smugach ślizgają się promienie słoneczne, docierające między gałązkami do oszronionych traw.
Droga jest miejscami przykryta śniegiem. Po około kilometrze odbija w prawo ścieżka, tzw. Premużićeva staza, dzieło miłośników Velebitu z lat trzydziestych ubiegłego wieku - wspaniale przygotowana trasa; widać, że wiele wysiłku włożono w jej poprowadzenie.

Obrazek

Prowadzi najpierw wśród choinek lekko w górę, pod wapienne ścianki i po minięciu krótkiego skalnego wąwozu , utrzymuje kierunek i nachylenie zagłębiając się w rzadki, liściasty las. O ile przedtem pokryta była w wielu miejscach śniegiem, to tutaj - jako że poprzez bezlistne gałęzie słońce prześwieca bez przeszkód - śniegu już ani śladu. Wkrótce zaczyna trawersować strome, wapienne ściany, gdzie żadne drzewa nie przesłaniają już widoków - najpierw na wschód od niej, a po przewinięciu się przez grzbiet, również i na zachód. Mijam kilka imponujących lejów krasowych, przypominających bardziej zapadliska, z uwagi na bardzo strome, chwilami pionowe ściany. Opadają nisko, a dno wielu z tych lejów zasłane jest pogruchotanymi, potężnymi głazami. Ścieżka powraca na wschodnie stoki i zagłębiam się w następny wąwozik, którego szerokość nie pozwoliłaby na minięcie się swobodne z kimś, idącym z przeciwka. Nie spotykam jednak nikogo - znów mam góry tylko dla siebie.

Obrazek

Z kolejnych zakrętów dobrze widać malowniczo wyznaczoną trasę ponad niezliczonymi, bezodpływowymi dolinami - naprawdę dużo pracy trzeba było wykonać, aby udostępnić turystycznie taki piękny teren. Dochodzę do miejsca, gdzie na kamieniu wymalowano na czerwono napis "Gromov..." - reszta ginie w śniegu. Znam wprawdzie brakujące trzy litery, ale interesuje mnie, czy za nimi umieszczona jest jakaś strzałka. Oględziny pobliskich drzew niczego nie wnoszą, a jeśli jakaś ścieżka odchodzi stąd w las, stromo się nade mną piętrzący, to i tak pod śniegiem jej nie widać. Pierwsze dwie litery dają się jakoś odgrzebać, dalej jest już twardo. Z patykiem w ręku dogrzebuję się i do ostatniej, a po chwili pokazuje się wreszcie strzałka, sugerująca że jeszcze kawałek prosto, zanim nastąpi odbicie w prawo. Idę więc powoli, przeczesując las wzrokiem. Jest! Wprawdzie słaby, ale jednak widoczny, szlak nade mną. Początkowo śnieg zalega grubą warstwą. Wyżej, gdzie las przechodzi w kosodrzewinę, jest go już znacznie mniej, a na skałkach, po których trzeba się na koniec przyjemnie wspiąć, nie ma go już w ogóle. Niestety, mokre podeszwy robią swoje i pomimo suchej skały, już pierwszy krok zakończony ślizgiem, podpowiada mi, że tarcie chwilowo nie obowiązuje.

Obrazek

Z wierzchołka roztacza się przepiękna panorama, pomimo unoszącej się delikatnej mgiełki. Czas na śniadanie z widokiem na góry, wzbogaconym teraz również o sąsiedztwo Adriatyku.
W drodze powrotnej do głównej ścieżki, skałki pokonuję grzecznie - twarzą do nich. Potem kosówka i po własnych śladach do trawersu, którym nadal lekko w górę i osiągam najwyższy jego punkt, oznaczony tabliczką z podaną wysokością: 1630m. Dalej lekko w dół, znów w górę, ponad kolejnymi lejami i podziwiając widoki, mijam na ostrym zakręcie odchodzące w lewo odgałęzienie, nawet go nie zauważając. Jeszcze jakieś dwieście metrów i przy przełęczy z piękną polaną docieram do Rossijevo Skloniste - dobrze utrzymanej, murowanej koliby. Tu niespodzianka - spotykam czterech Czechów, wędrujących od Baska Ostarije na północ. Rok wcześniej zrobili odcinek południowy i tym razem chcą skompletować całość. Załapuję się na gorącą herbatę, gdyż chłopcy jeszcze przy śniadaniu. Mają dobrą mapę terenu, ja im za to pokazuję mojego Rotherka - widzę w ich oczach zaskoczenie, że przewodniczek napisany jest po czesku.

Obrazek

Wyrażając nadzieję na ponowne spotkanie, rozstajemy się. Oni się jeszcze pakują a ja wracam do zakrętu i z niego stromo w dół, gdzie ścieżka od razu ginie pod śniegiem. Jedyny znak, jaki dało się dostrzec, to ten na rozstajach, opisany jako trasa do "Lom. D. Kozjak". Tu i ówdzie mój kierunek przecinają jakieś stare ślady, zapewne zwierzyny, a nie ludzi. Osiągam dno wypełnionego śniegiem kociołka, podchodzę na drugi jego brzeg i trochę kluczę tu i tam, szukając chociaż jednego znaku. Nic z tego. Decyduję się więc ruszyć w prawo, najpierw jeszcze mało wyraźnym grzbietem, który wyżej zwęża się i staje dęba. Wybór okazał się właściwy, gdyż wprawdzie z rzadka, ale jednak pojawiają się stare znaki. Zakładam, że prowadzą na Vratarski kuk. Śniegu tutaj za wiele nie ma - zbyt stromo - ale pomimo to, ścieżki żadnej nie widać. Zaczynam się wspinać po skałkach, pokonuję drobne ścianki, a raz za czas dostrzegany szlak upewnia mnie co do słuszności kierunku.

Obrazek

Teren nie należy do łatwych. Czasami widząc, co mam przed sobą, stwierdzam, iż w zasadzie niemożliwym byłoby poprowadzenie tędy szlaku i próbuję obchodzić takie miejsce. Po nieudanych próbach w różne strony, wracam do mojego niemożliwego przejścia i ostrożnie je forsuję. Oglądając się za siebie, widzę znów czerwone kółeczko. Więc jednak! Gałęzie, czepiające się plecaka i kijków, nie ułatwiają wspinaczki. Czerwone kółeczka teraz częściej, tyle że mocno nadgryzione zębem czasu. W końcu grzbiecik (miejscami bardziej grań) łagodnieje i po głazach porośniętych kosówką osiągam wierzchołek. Zabawnie to wygląda - żadnej normalnej doliny pode mną, na każdą stronę tylko leje i leje, ograniczone takimi samymi, wąskimi grzbietami, z kulminującymi w nich wierzchołkami oraz łukami przełęczy.

Obrazek

Wracam tą samą trasą do zaśnieżonego kociołka, ostrożnie schodząc kolejnymi ściankami, starając się odgarniać w porę gałęzie. Udaje mi się to dosyć szybko i teraz obieram już kierunek na północ - w stronę parkingu. Las jest dosyć rzadki, a w miarę jak się obniżam, śnieg stopniowo zanika. Miejscami odnajduję fragmenty ścieżki, która odchyla mój kierunek bardziej w prawo. Schodzę na leśną przełęcz z tabliczkami informacyjnym, ale nazwy tam wymienione są mi zupełnie obce. Nic to - kierunek północny, a więc mój. Wkrótce ze ścieżki robi się dróżka, która doprowadza mnie do szerokiej drogi, bez wątpienia tej samej, przy której wyżej stoi moje auto. Ostatnie pięć kilometrów trasy nie jest specjalnie pasjonujące - skracam tylko jedną serpentynę, mijam jeszcze dwa leje krasowe i docieram do wozu. Piwko, posiłek i... pozdrowienie za pozdrowieniem, bo koło mnie przechodzi akurat grupa młodzieży, tak na oko - jakieś sześćdziesiąt sztuk.

Obrazek

Zastanawiam się, co zrobić z resztą czasu. Zostało go trochę, ale na jakąś dłuższą wycieczkę to już za późno. Ale przecież w zasięgu ręki mam całkiem ładną górę - Balinovac. Jego wystający ponad las skalisty wierzchołek uśmiecha się wyraźnie do mnie. Czemu by nie?
Tym razem nie zabieram nawet plecaka - myślę, że w godzinę się wyrobię. Wyruszam ścieżką do lewego obramowania krasowego leja z urządzonym tam ogrodem botanicznym, obchodzę ponad jego dnem, by odbić później ścieżką stromo w górę do grzbietu i nim na wierzchołek z krótkim odcinkiem łatwej wspinaczki. Widok z góry bardzo ładny, zbliżony do panoramy z Wielkiego Zaviżana, może tylko Adriatyk jest mocniej zaakcentowany.

Obrazek

Jako powrót obieram inną trasę - najpierw na północ, gdzie do zejścia po skalnym rumowisku pomoc obu rąk jest często potrzebna, a po dotarciu do sympatycznej polany, już trawiastą ścieżką podchodzę szybko na przełęcz, z której widać ponownie parking. Obniżam się w kierunku leja, po czym skręcam w lewo do wozu.
Pogoda wciąż piękna, chociaż gromadzące się chmury nie wróżą dobrze. Spoglądam na zegarek - jeszcze nie ma piętnastej. A może zdążyłbym dziś chociaż rzucić okiem na coś jeszcze?.. Może tylko zahaczyć w drodze do domu? Dobry pomysł! Niech to będzie tylko krótki rekonesans, ale może uda mi się dotknąć Białych Ścian. Najpierw jednak - muszę wydostać się z Velebitu i dorwać najbliższą stację benzynową.

Obrazek

Więcej fotek z opisanych tras pod adresem: http://wfs.cba.pl/Velebi08/Velebi08.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.freehost.pl
http://wfs.cba.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 34871
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 26.08.2009 23:34

Epilog

Świeci się rezerwa, ale zjazd górską drogą wiele benzyny nie zużywa. Problemy zaczynają się dalej - szacuję, że dam radę przejechać jakieś 15km przy ekonomicznej jeździe, a odcinek szosy od Krasno Polje do najbliższego miasta Otocac, to 20km samych zakrętów, zjazdów i podjazdów. Mój niepokój narasta z każdym przejechanym kilometrem. Wreszcie docieram do miasta i przejeżdżam je powoli, szukając stacji benzynowej. Jest! Na samym końcu, przy południowym wylocie znajduję moje wybawienie. Zajeżdżam pod dystrybutor i wychodząc z wozu widzę na nim tabliczkę "Ne radi". Zafrasowany, zwracam się do pracownika stacji a ten uściśla informację. Benzyna się skończyła i nowej dostawy spodziewają się o dziewiątej wieczorem. Tłumaczę moją sytuację, ale rozkłada bezradnie ramiona. Inna, najbliższa stacja odległa o 30km - żadnych szans.

Obrazek

Nie mam wyboru - muszę czekać. Zrobiłbym sobie kawę, ale jak tu rozpalać kuchenkę na stacji? Patrzę, dokąd by się udać ze sprzętem piknikowym i wtedy widzę scenę przy wozie strażackim, tankującym właśnie olej napędowy. Facet ze stacji rozmawia ze strażakiem i pokazuje ręką w moją stronę. Podchodzę więc do nich i okazuje się, że mogę dostać pięć litrów benzyny, tylko muszę chwilę poczekać i pojechać do remizy. Ruszam za wozem strażackim, a na miejscu strażak wydobywa duży, plastikowy, prawie pełny baniak z napisem: 28 litrów. Po bezskutecznych próbach z dwoma lejkami, kończy się na pociągnięciu benzyny przez krótki, brązowy wężyk. Strażak pluje benzyną, ale operacja zapoczątkowana i wkrótce cała zawartość kanistra ląduje w moim baku. Płacę cenę wcale nie wyższą niż na stacji, ściskam dłoń na pożegnanie i ruszam na północ.

Obrazek

Trasa stanowi niezły test jakości, świeżo przed wyjazdem zakupionego, atlasu drogowego - bardzo dokładnego, skala 1:150000. Z szosy na Ogulin mam skręcić w lewo 3km przed wsią Jezerane. Okazuje się, że takiego zjazdu w ogóle nie ma. Zjazd jest we wsi. Niech będzie. Drogowskazy na jakiś ośrodek narciarski, hmm... Po przejechaniu ponad 20km odchodzi (zgodnie z atlasem) w lewo droga na Novi Vinodolski. Teraz spodziewam się odbicia w prawo na Ogulin, a ja - jadąc prosto główną szosą - mam wkrótce znaleźć się w pobliżu Białych Ścian. Niestety, nie ma tej bocznej drogi w prawo, za to w lewo odchodzi żwirowa droga z drogowskazem na Bijele Stijene oraz Samarske Stijene. Nic z tego w tej chwili nie rozumiem (dopiero później dojdę do wniosku, że główna szosa z atlasu jest żwirową drogą w rzeczywistości), ale kieruję się według drogowskazu i docieram leśną drogą do zakola, gdzie zostawiam wóz. O szóstej po południu ruszam w górę i szybko docieram pod skloniste (niezagospodarowane schronisko) z przymocowaną czarno-białą mapą terenu, gdzie spotykam dwóch chłopaków.

Obrazek

- Pokażcie mi, gdzie ja tak naprawdę jestem?
- A jak myślisz, gdzie jesteś? - odpowiadają pytaniem, lekko zdziwieni.
Jedyne co wiem, to że dotarłem do Białych Ścian. Ale - jak, którędy?.. Rozkładają porządną mapę i wszystko staje się jasne. Zostawiam ich i łapiąc ostatnie promienie coraz niżej chylącego się słońca, osiągam najwyższy w okolicy wierzchołek. Tereny piękne: pionowe ściany, elementy wspinaczki, wąskie przesmyki - muszę ściągać plecak i przepychać go nad sobą, bo inaczej się nie mieszczę. Z góry rozległy widok na pokryte lasami góry oraz tu i ówdzie przebijające się wapienne skały. Droga powrotna częściowo ubezpieczona stalową liną i ponownie spotykam przy skloniste chłopaków z rozpalonym już ogniskiem. Dosiadam się i gawędzimy chwilę. Pytam też o pogodę. Niestety, wieje yugo - południowy wiatr - żadnych szans na pogodę przez następnych kilka dni. Żegnam ich około ósmej i schodzę w zapadającym zmroku. Kiedy kładę się spać, nawet przez ściany samochodu słyszę wzmagający się wiatr.

Obrazek

Ranek wstaje deszczowy i mglisty. Składam siedzenia, pakuję graty i rozpoczynam drogę do domu. Wspominam wczorajsze chwile przy ognisku - chłopcy ściągnęli sms'em prognozę pogody na trzy najbliższe dni: 1 rain and wind, 2 rain and wind, 3 strong rain and wind.
Zdążyłem przeprowadzić krótki rekonesans i wiem, że muszę tu kiedyś wrócić. Zbyt pięknie tutaj, by tak to po prostu zostawić. A na razie - koła rozchlapują kałuże, wycieraczki pracują intensywnie. No cóż... yugo.

Obrazek

----
I to już wszystko w ramach tamtego wypadu.
W kolejnym roku wróciłem do Chorwacji i - oczywiście - również w góry. Przeszedłem piękne trasy, zobaczyłem wspaniałe miejsca i w Velebicie, i w masywie Dinary. Zawitałem również w Veliką Kapelę. Kolejne burze i fale deszczu, które nas przywitały w Samarskich stijenach, spowodowały rezygnację z zamiaru zajrzenia w Bijele Stijene.
Cóż - znowu zostało coś na... zaś.

Pozdrawiam,
Franz
plavac
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 4881
Dołączył(a): 11.02.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) plavac » 21.09.2009 22:25

Franz - z ogromną przyjemnością przeczytałem Twoje wędrowanie i razem z moim synem oglądaliśmy Twoje spojrzenie na góry. " Mam góry tylko dla siebie "- skąd ja znam tą radość :)
Byliśmy na Balinovacu 2 miesiące po Tobie - na Zavizan już nie starczyło czasu. Wrócimy :)
Bijele Stijene - w planach. Vagansky vrh - w planach.
Kolejne szczyty masywu Dinary - w planach.
Czy starczy życia i sił na to wszystko ? Tak jak na przeczytanie kolejnych relacji z gór i Cro i świata - ileż nocy można zarwać bez konsekwencji :)
Tak jak obiecuję sobie zawitać na wszystkie Twoje galerie - bo w tym roku pierwszy raz w życiu , razem z synem, wędrowałem po via ferratach - i zakochałem się ... A jak młody zobaczył na Twoim zdjęciu stalową linkę w Velebicie - zapytał, kiedy tam jedziemy :)
Franz - dzięki za górską ucztę na koniec ciężkiego początku tygodnia. Jakby nie było tego poniedziałku :)
Pozdrawiam i ... do następnego "wędrowania" 8)
piotrf
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 13188
Dołączył(a): 26.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piotrf » 21.09.2009 22:50

Oryginalny to ja nie będę :)
Wspaniałe zdjęcia i świetna narracja 8)
Dzięki wielkie za to , że pozwalasz ze sobą podróżować do miejsc , których odwiedzić się nie da w komplecie , bo życie zbyt krótkie jest . .
Pozdrawiam serdecznie
Następna strona

Powrót do Nasze Relacje z podróży



Velebit + Plitvicka jezera
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Forum wykorzystuje oprogramowanie M 2.0. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2017