Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Rumuńskie wyrypy

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 16.09.2009 18:26

Wracam do rozstajów, schodzę jeszcze kawałek na przełęcz i rozpoczynam podchodzenie na najbliższego sąsiada - Rebrę. U dołu z lewej układają się w szereg stawy Buhăiescu. Strome podejście obfituje w zalodzone odcinki - potrzebna wzmożona uwaga. Z wierzchołka dostrzegam dwie sylwetki, dążące w moją stronę. Po krótkiej przerwie na posiłek, podejmuję wędrówkę i już wkrótce mijam dwóch chłopaków; pozdrawiamy się w językach neutralnych. Chyba nie Rumuni - myślę. Może trzeba było zagadnąć po polsku?.. teraz już i tak za późno.

Obrazek

Chwilę później spotykam niemieckojęzyczną parę z dużymi plecakami. Na przełęczy La Cruce [crucze] kontroluję czas. Jeszcze jest wcześnie. Zaczyna mi świtać nadzieja na przejście całej planowanej trasy w jeden dzień. Ale... jeszcze nie mam nawet półmetka. Idę dosyć szybko, grzbiet nie opada nigdzie specjalnie nisko - ścieżka delikatnie to wznosi się, to opada ale wahania wysokości są niewielkie i nie powodują zmęczenia. Przechodzę przez kolejne dwa szczyty kierując się na bardziej wystający od nich - Repede. Po prawej urokliwie żłobi dolinę potok Cormaia, w lewo otwiera się szeroka w wyższych partiach dolina Repede z górującym nad nią Puzdrelorem. U jej wylotu zostawiłem samochód - czy będę musiał z bliskiej już przełęczy schodzić do niego, czy może uda mi się całą pętlę zamknąć dzisiaj?

Obrazek

W miarę zbliżania się do przełęczy Negoieselor, w oczach rośnie przesłaniający pozostałe szczyty Vârful [wyrful] Negoiasa Mare. Jest odrobinę niższy od Repede, z którego właśnie zszedłem, ale wygląda zachęcająco. Staję na przełęczy - czas na ostateczną decyzję, co do trasy. A więc... zdążę przejść trasę, planowaną uprzednio na dwa dni. Przynajmniej - taką mam nadzieję. Z przełęczy można wejść na szczyt Negoiasa Mare, lub go trawersować. Tylko chwila zastanowienia i ruszam stromym grzbietem w kierunku wierzchołka. Już po kilku krokach ścieżka niknie zupełnie, chyba mało kto wybiera ten wariant. Łapiąc się trawek, szybko zdobywam wysokość aż do... kosówki. Bezradnie rozglądam się po zielonej ścianie - żadnych śladów ścieżki.

Obrazek

Cóż, może niewiele mam tej kosówki - myślę i zanurzam się w gęstwinę. Gałęzie uginają się pode mną, chwieję się, łapię się czego się da ale gałęzie się poddają i przechylam się coraz bardziej. Forsowanie zielonego gąszczu trwa prawie pół godziny. Nieco podrapany przedostaję się przez niego w końcu i po chwili stoję na wierzchołku. Szlaku, czy nawet ścieżki - ani śladu. Straciłem trochę czasu a wiem że od Puzdrelora pójdę bez żadnego szlaku. Oby zaznaczona na mapie ścieżka istniała w rzeczywistości...

Obrazek

Zejście z Negoiasa Mare jest równie atrakcyjne. Chcąc uniknąć kolejnego przedzierania się przez kosówkę, wybieram północne, kamieniste zbocza. Niestety, zarówno kamienie, jak i trawki są oblodzone. Udaje mi się zejść bez szwanku ale strata czasu się powiększa. Jeszcze chwilę idę szlakiem grzbietowym, aż przychodzi chwila rozstania. Na wierzchołek Puzdrelora docieram bez ścieżki ale wędrówka trawami jest całkiem przyjemna. Słońce coraz niżej; zejście na północ też raczej trawkami, wypatruję jakiejś ścieżki w oddali, tam gdzie się zaczyna kosówka. Chyba coś tam jest. Chyba...

Obrazek

Schodzę grzbietem najpierw dosyć stromo, potem zejście łagodnieje. Towarzyszą mi wspaniałe krajobrazy gór podświetlanych zachodzącym, październikowym słońcem. Wchodzę w kosówkę. Na szczęście - jest delikatna ścieżka. Oby tylko dojść do jakiejś drogi, zanim się całkiem ściemni. Mam szczęście! Trudno to nazwać drogą, ale jeszcze przed zmrokiem docieram do traktu, którym bywa ściągane drzewo.

Obrazek

Gdy w końcu stąpam po regularnej drodze, jest już zupełnie ciemno. Dobiegają mnie pohukiwania i pogwizdywania pasterzy; włączam czołówkę. Trwa jeszcze z godzinę, nim osiągam dno doliny i po następnych kilku minutach jestem przy wozie. Zmęczony ale szczęśliwy. Podjeżdżam na poznane poprzedniego dnia miejsce noclegowe i wychodzę z auta. Spoglądam na rozgwieżdżone niebo; jestem u siebie.


Więcej fotek z opisanej trasy pod adresem: http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/Rumuna06.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 18.09.2009 13:31

Muntii Rodnei: Vf.Gargalau

Po drugiej z rzędu nocy spędzonej w Repede, przejeżdżam rano do Statiunea Borsa [stacjunja borsza]. Mam zamiar zrobić małą pętelkę i zdążyć jeszcze przed zmrokiem objechać pasmo Gór Rodniańskich, by następnego dnia dla odmiany zagłębić się w nie od strony południowej.
Szybko znajduję odpowiednie miejsce do zaparkowania wozu. Zostawiam go około kilometra od głównej szosy - może jak będę kończył pętelkę, uda mi się bez szlaku zejść prosto do niego, bez konieczności kontynuowania szlakiem do samej szosy.

Obrazek

Droga prowadzi doliną pośród rozrzuconych wyżej i niżej zabudowań. Za mną powoli wyrastają Góry Marmaroskie; dolina się zwęża a zalesione zbocza przetykane są najpierw jeszcze zacienionymi, potem nieco już oświetlonymi słońcem skałami. Dostrzegam strome zakończenie doliny i po chwili po prawej pojawia się pierwsza wielka atrakcja tego dnia - kaskada Cailor [kajlor], licząca sobie 80m wysokości. Jest to największa kaskada Gór Rodniańskich i mimo poprzednich, suchych tygodni niesie z sobą tyle wody, że sprawia oczom prawdziwą przyjemność.

Obrazek

Po sesji zdjęciowej czeka mnie innego rodzaju przyjemność - strome podejście na Poiana Stiol [sztiol]. Osiągam ją spocony i skwapliwie korzystam z postawionego tam stołu i ław, gdzie roztasowuję się ze śniadaniem. Widać stąd toczące się życie w stojących opodal szałasach pasterskich. Krótkie konsultacje z mapą - nie powinienem stąd podążać szeroką drogą, odchylającą się w kierunku zachodnim, tylko wybrać lewy wariant, który poprowadzi mnie szlakiem na przełęcz w głównym grzbiecie. Początkowo wszystko się zgadza - w trawach obok ścieżki widzę szlak na kamieniu. Potem ścieżka skręca pod kątem prostym w lewo.

Obrazek

Bacznie wypatruję miejsca, gdzie szlak mógłby przybrać kierunek południowy ale wysiłki są daremne. Po kilkuset metrach nabieram pewności, że musiał gdzieś odbić bez ścieżki, bez oznaczenia; trudno - moja ścieżka leciutko tylko się obniżając wkracza na płaski teren, nad którym dominuje szczyt Gargalau. Kieruję się na szerokie wgłębienie pomiędzy głównym grzbietem a wypiętrzeniem w bocznym ramieniu, które właśnie ominąłem i tam napotykam mój szlak. Pode mną zostaje wychodzący powoli z cienia staw Izvorul Bistritei [bistricej].

Obrazek

Po osiągnięciu grzbietu obieram kurs na wschód i po niecałej półgodzinie staję na moim najwyższym w tym dniu szczycie - Gargalau. Z wierzchołka roztacza się przepiękna panorama we wszystkie strony. Dobrze stąd widać zarówno gniazdo Pietrosula i Rebry na zachodzie, jak i niedaleki już Ineu na wschodzie. Po krótkim odpoczynku rozpoczynam wędrówkę głównym grzbietem w kierunku zachodnim. Bardzo przyjemna ścieżka wiedzie pośród traw, to lekko się obniżając, to znów nieznacznie się podnosząc. Mijam kilka małych, uroczych stawków, położonych czasem prawie na samym grzbiecie.

Obrazek

Z przełęczy Galatului [galaculuj] szeroka droga odchodzi w prawo - jeszcze ją spotkam, tylko najpierw wchodzę na szczyt o takiej samej nazwie. Po zejściu z niego na drugą stronę, dochodzę do ostatniego dzisiejszego punktu w głównym grzbiecie; jestem na przełęczy Laptelui i stąd punct albastru (niebieski punkt) ma mnie poprowadzić w drogę powrotną do Statiunea Borsa. Ba! Szlaku ani widu, ani słychu.

Obrazek

Daremnie wypatruję gdziekolwiek śladu ścieżki schodzącej na północ. Cóż mi pozostaje... Wyciągam kijeczki i rozpoczynam zejście bardzo stromym zboczem. Zmrożone trawki, przetykane zalodzonymi kamieniami, wymagają wzmożonej uwagi. Udaje mi się jednak bez szwanku osiągnąć Puzdrele - siadam na ławie przy szałasie i próbuję wyciągać z butów i skarpet gryzące końcówki traw.

Obrazek

Pozostaje problem - co dalej? Do tego miejsca, mimo zupełnego bezdroża, dało się iść. Ale teraz przede mną strome zalesione zbocze, z którego wystają w paru miejscach skały. Nie da rady. Tego już bez ścieżki forsował nie będę. Mapa podpowiada, że należy - nadkładając znacznie drogi - zejść doliną, którą prowadzą niebieskie trójkąty a potem podreptać szosą około pięciu kilometrów do miejsca, gdzie zostawiłem wóz. Nieprzewidziana strata czasu. Ale nie mam wyjścia - ruszam niezbyt wyraźną drogą w kierunku strumienia. Tutaj niebieskie trójkąty opuszczają drogę i schodzą doliną. Na mapie. W praktyce nie ma ani śladu ścieżki. Znów trawami w kierunku lasu, gzie przy zrujnowanych szałasach odnajduję ślad ścieżki. Próbując nadrobić stratę czasu, posuwam się nią możliwie jak najszybciej, co idzie nawet nieźle do momentu, gdy ścieżka osiąga dno doliny.

Obrazek

Tu się okazuje, że oszczędni Rumuni zrezygnowali z traktu wodnego oraz lądowego na rzecz kombinacji typu "2 w 1"... Jedyne, co mnie ratuje, to niezbyt wysoki stan wody. Czasami udaje mi się iść suchą stopą brzegiem koryta, często jednak muszę przeskakiwać po kamieniach z brzegu na brzeg. Kijki oddają nieocenione usługi. Chwilami posuwam się strumieniem, starając się wyszukiwać co bardziej sterczące z wody kamienie, to znów forsuję barykady z naniesionych pni i gałęzi. Tak idę kilka kilometrów. W pewnym momencie napotykam... szlak! Jeden, jedyny niebieski trójkąt na całym siedmiokilometrowym odcinku! To się nazywa oznakowanie...

Obrazek

W końcu docieram do szosy. Teraz jeszcze kilka kilometrów asfaltem i wreszcie jestem przy wozie. Z planowanej kawy - nici. Już wiem, że nie zdążę przed zmrokiem przejechać na południową stronę gór. Ale bardzo mi zależy, żeby przeskoczyć przez przełęcz Rotunda, zanim zrobi się całkiem ciemno. Jazda leśnymi, górskimi drogami po zmroku - to nie jest to, co lubię najbardziej.


Więcej fotek z opisanej trasy pod adresem: http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/Rumuna06.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 21.09.2009 17:47

Muntii Rodnei: Vf.Ineu, Vf.Omului

Najkrótsza droga z północnych obrzeży Gór Rodniańskich, z okolic Borsy, na południowe, w okolice miejscowości Rodna - prowadzi przez przełęcz Rotunda. Najkrótsza, ale nie najlepsza. To leśna, górska droga. Już takimi jeździłem w Muntii Apuseni i czuję się nieswojo, mając w perspektywie przejazd taką drogą po ciemku. Ale - co robić...

Na szosie naciskam gaz dosyć mocno, starając się nadrobić odrobinę spóźnienie. Najpierw podjazd na przełęcz Prislop, potem zjazd w kierunku Carlibaba [kyrlibaba]. Bawi mnie ta nazwa - po turecku znaczy: "Brudny Ojciec". Przed tą miejscowością mam skręcić w prawo w góry. Mijam różne odgałęzienia, ale brak jakiegokolwiek oznakowania. W końcu dojeżdżam do jakiejś miejscowości, oczywiście również żadnych tablic. Według mapy, to musi być Kirlibaba. Znajduję tę nazwę na urzędowym budynku. Zawracam wóz i po kilku kilometrach wybieram jeden ze zjazdów. Przed wjazdem w las stoją dwie wielkie ciężarówki z drewnem. Upewniam się, że to jest moja droga. Obym tylko nie spotkał takiej ciężarówki na trasie... Droga na przełęcz jest lepsza, niż się spodziewałem. Gorzej sprawa się przedstawia po drugiej stronie. Zapada zmrok; na szczęście nie spotykam nikogo jadącego naprzeciw. W pamięci mam widok auta w rzecznym parowie, jakie mijałem trzy dni wcześniej. Jest już zupełnie ciemno, gdy pojawia się asfalt. Jeszcze parę miejscowości i skręcam w Rodnie do mojego planowanego noclegu - Valea Vinului. Wyjeżdżam poza ostatnie zabudowania i wkrótce dojeżdżam do... bramy fabryki w poprzek drogi. Cóż, wracam kawałek i parkuję tuż przy ostatnim budynku. Jestem na miejscu.

Obrazek

Rano startuję przed wschodem słońca; głęboka dolina jeszcze ogranicza ilość wpadającego światła. Dochodzę do bramy, zastanawiając się, którędy ominie ją szlak. Okazuje się, że brama uniemożliwia wyłącznie wjazd. Obok niej można przejść na piechotę. Postępując za czerwonymi trójkątami, przekraczam teren opuszczonej, zdewastowanej fabryczki i wchodzę w cienkie gardło wąwozu.

Obrazek

Wyżej droga wspina się nieco na zbocze i wygodnie doprowadza do górnej granicy lasu. Tu lekka konsternacja: droga zanika, a znak na odłupanym kamieniu może być fragmentem trójkąta, a może być częścią strzałki, wskazującej kierunek marszu. W pierwszym przypadku należy iść w górę, w drugim - trawersować w lewo. Wybieram strome podejście owczymi ścieżkami i wkrótce zaczynam podejrzewać, że nie o to chodziło.

Obrazek

Trawersuję w kierunku szałasów w kiepskim stanie i dostrzegam metalowy słupek, który w okresie swojej świetności malowany był w biało-czarne pasy. Od niego już porządna ścieżka, nawet dobrze oznakowana, wyprowadza na grzbiet, którym w kilka minut dochodzę do pustej cabany Salvamontu. Drewniany budynek jest w dobrym stanie, dosyć czysty, w środku stół, ławy, piec, drewno oraz resztki prycz. Puste otwory okienne na piętrze dbają o prawidłową wentylację.

Obrazek

Stąd przyjemna, grzbietowa ścieżka konsekwentnie prowadzi w kierunku mojego pierwszego szczytu - Vf. Ineu. Pogoda wspaniała, widoczność dobra, tylko w dolinach gdzieniegdzie delikatne mgiełki zbijają się w białe fale. Przede mną wyrasta piramida szczytowa Ineu i po chwili staję na wierzchołku.

Obrazek

Rozglądam się naokoło - tak, to chyba najpiękniejszy szczyt całego pasma. Wysunięty odrobinę poza główny grzbiet, opada na zachód skalno-trawiastymi urwiskami. Panorama przepiękna; na pd.-wsch., poza niskimi górami Bargau [byrgau], wypatruję Kelimenów, w które mam zamiar wejść następnego dnia. Są niższe od Gór Rodniańskich ale widać je całkiem dobrze.

Obrazek

Ze szczytu ruszam na zachód, w kierunku Omula, wypatrując w oddali jakichś ścieżek, które mógłbym wykorzystać do zamknięcia pętli - znów mam w planie powrót bez szlaku. Widzę jakieś ślady, powinno być dobrze. Tymczasem, szeroki początkowo grzbiet, zwęża się, tworząc chwilami coś na kształt grani. Raz za czas trzeba się wspomóc rękami. Spoglądam za siebie - Ineu nie traci na atrakcyjności. Wprawdzie powoli maleje w oczach, za to na tle jego zachodniej ściany wyraziście zarysowuje się spadający ostro na północ główny grzbiet.

Obrazek

Nagle... widzę kogoś idącego mi naprzeciwko. Po poprzednim dniu, kiedy całe góry miałem tylko dla siebie, tym razem przychodzi mi je dzielić. Przystajemy i już po chwili okazuje się, że nieznajomy ma na imię Łukasz i jest z Wodzisławia. Jego kolega został przy plecakach a Łukasz postanowił skoczyć na lekko na Ineu. Mówi, że oprócz mnie spotkał tylko parę dni temu niemieckojęzyczną parę w rejonie Pietrosa. Aa! Też ich spotkałem.

Obrazek

Po chwili rozmowy rozstajemy się i zaczyna mnie intrygować jedna myśl. Skoro spotkaliśmy tamtą parę w tym samym rejonie, chyba w tym samym czasie, to... czy Łukasz nie był jednym z tych dwóch chłopaków, których spotkałem godzinę przed nimi?... Wiem, że ja mam kiepską pamięć do twarzy i jest całkiem prawdopodobne, że nie rozpoznałbym go dwa dni później, ale czy jest możliwe, że on w ogóle zapomniał, iż spotkał wtedy jeszcze kogokolwiek innego??... Być może nigdy się już tego nie dowiem.

Obrazek

Tak sobie rozmyślając, osiągam wierzchołek Omula. Na wyciągnięcie ręki mam mój wczorajszy pierwszy szczyt - Gargalau. W jego kierunku odchodzi szlak a ja rozpoczynam zejście, wyszukując w trawach owczych ścieżek. Nie dochodząc do przełęczy przed Vf. Corongisu [korondżiszu], skośnie trawersuję do zauważonych wcześniej, a teraz niewidocznych szałasów. Znów ostre trawki zaczynają gościć w moich butach ale - nic to! Jest tak pięknie, że nawet mi to nie przeszkadza.

Obrazek

Od szałasów już wygodną ścieżką opuszczam się na dno doliny, gdzie mnie czeka całkiem przyzwoita droga. Niestety, wkrótce droga porzuca dotychczasową przyzwoitość i coraz częściej scala się w jedno z korytem rzecznym. Skacząc po kamieniach, forsując drobne przeszkody z gałęzi, jakoś brzegami poruszam się w dół doliny. Do momentu, gdy woda zaczyna wypełniać już cały wąwóz...

Obrazek

Chwilę wcześniej w prawo na zbocze odchodziła wąska ścieżka. Poszła w górę, czy tylko stanowi wariant dla tych, którzy pływać nie lubią? Cóż, sprawdzam. Ufff, okazuje się, że ścieżka prowadzi na wysokości 20 - 30m nad dnem doliny, by wkrótce się obniżyć i w końcu dojść do drogi w miejscu, gdzie ta wyraźnie dystansuje się od koryta rzecznego. Teraz już bez żadnych niespodzianek docieram do Valea Vinului, gdzie stoi mój samochód.

Jest w miarę wcześnie, powinienem bez problemów zdążyć przejechać w do Gura Haitii w Kelimenach. Zastanawiam się tylko, czy wrócić leśną drogą przez przełęcz Rotunda do Carlibaba i dalej do Vatra Dornei, czy lepiej nadłożyć 70km i pojechać wygodną, asfaltową drogą?.. Decyduję się na wygodny asfalt, nie przypuszczając nawet, jak wielki błąd właśnie popełniam i opuszczam Góry Rodniańskie.
W myślach sporządzam bilans mojego w nich pobytu. Udało mi się z pogodą i - mimo krótkich, październikowych dni - sporo przejść i zobaczyć. Góry są naprawdę piękne i czuję wypełniającą mnie radość i mnogość wrażeń. Być może jeszcze tu wrócę, chociaż w Rumunii jest tyle wspaniałych miejsc a życie takie krótkie...
Przyszłość pokaże. A na razie - przede mną kolejny cel: nowe góry, nowe wrażenia...

Więcej fotek z opisanej trasy pod adresem: http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/Rumuna06.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 24.09.2009 14:39

Munţii Călimani: Gura Haitii - Stâncile Doisprezece Apostoli - Stâncile Tămău - Vf.Măieris

Muntii Calimani ([kalimani] Kelimeny) są drugim, co do wysokości, pasmem Karpat Wschodnich. Stanowią rozległą grupę górską (pow. ok. 2000 km2), należącą do pasa wulkanicznego. Na zachodzie przylegają do Basenu Transylwańskiego, od północy graniczą z górami Bargau [byrgau] oraz Suhard, na wschodzie z górami Bistritei [bistricej], a na południu z górami Giurgeu [dżiurdżeu] oraz Gurghiului [gurgiuluj].
Najwyższym szczytem jest Pietrosul (2100m), zwany też Pietrosul Calimanului. W pn.-wsch. części utworzono rezerwat Doisprezece [dojsprezecze] Apostoli (Dwunastu Apostołów), obejmujący ciekawą grupę skał andezytowych. Niestety, otwarta w sercu tych gór - obecnie opuszczona i zdewastowana - kopalnia siarki zniszczyła częściowo krajobraz w pobliżu Pietrosula. Na terenie Kelimenów brak jest schronisk turystycznych. Dobrymi punktami wypadowymi są miejscowości Dornisoara [dorniszoara] oraz Gura Haitii, do których można dojechać od Vatra Dornei [watra dornej].

Obrazek

Do Gura Haitii dojeżdżam późnym wieczorem, zmęczony drogą. Niestety, jazda po rumuńskich szosach, to przygoda sama w sobie i do tego dosyć wyczerpująca.
Nie chce mi się szukać jakiegoś fajnego miejsca - parkuję na poboczu drogi, która nie sprawia wrażenia specjalnie ruchliwej. Rzeczywiście, przejeżdża raptem jedna ciężarówka. Przygotowuję plecak na następny dzień i zasypiam. Ze snu wyrywają mnie jakieś głosy i światła. Ledwo przytomny słyszę wołanie: "Hej! Polacy!". Światło latarki skierowane w szyby samochodu powoduje, że momentalnie zamykam uchylone oko i naciągam śpiwór. Błyskawicznie zapadam ponownie w sen.

Obrazek

O świcie przestawiam wóz w boczną drogę, skąd startuje mój szlak. Mam zamiar pójść na Dwunastu Apostołów a potem w kierunku Pietrosa - jak najdalej, ale żeby zdążyć przed wieczorem wrócić - na następny dzień pozostawiając sobie to, czego nie uda mi się zrobić w pierwszym dniu.
Niebieskie punkty prowadzą mnie przez oszronione łąki, poodgradzane płotami; co chwilę muszę przechodzić przez kolejne, wyższe bądź niższe, drewniane przeszkody. Wschodzące słońce podświetla na czerwono widniejącego w dali na południu Pietrosa oraz bliższe mnie skałki, wystające gdzieniegdzie z lasu. Później jego blaski zostają stłumione przez podnoszące się mgiełki.

Obrazek

Wkrótce i ja zagłębiam się w gęsty, ciemny las, w którym już za chwilę zaczynają się pojawiać mniejsze i większe głazy. W mrocznym świetle wywierają nieco tajemnicze i groźne wrażenie. Ścieżka, początkowo stroma, łagodnieje i wyprowadza na krzaczaste polany, skąd już dostrzegam mój pierwszy cel w Kelimenach - Stancile ([stynczile] skały) 12 Apostoli. Po osiągnięciu grzbietu, kieruję się w prawo, do bliskich już Apostołów. Folguję sobie i wciskam się z aparatem w rozmaite szczeliny pomiędzy skałami. Niektóre z nich przypominają sylwetki ludzkie z profilu, inne kadłub okrętu, jeszcze inne strzelają w górę wysmukłymi kształtami.

Obrazek

Doliny na północ od Kelimenów przykryte niegroźnymi chmurami, w dali, na horyzoncie przymglone Góry Rodniańskie. Konsumuję śniadanko w towarzystwie apostołów, po czym ruszam na południe w kierunku Pietrosa.

Obrazek

Przede mną długi, trawiasto-krzaczasty grzbiet z wystającymi gdzieniegdzie skałami; porastający zbocza las tu i ówdzie wdziera się na grzbiet, ale ścieżka jest wyraźna i dobrze oznakowana. Do czasu... W pobliżu Stancile Pietrei Rosii ([stynczile pietrej roszij] Czerwone Skały) obniżam się wyraźną ścieżką popod skały, gdzie nabieram pewności, że właściwa trasa musiała wcześniej gdzieś odbić. Wracam, szukając innej ścieżki. Wkrótce natrafiam na jej nikły w tym miejscu ślad, który dopiero po wejściu w las staje się znów wyraźny. Po chwili ponownie z niego schodzę, tym razem świadomie - szlak omija wierzchołek a ja mam zamiar spojrzeć na świat ze skał, które przed chwilą oglądałem z dołu. Widoki piękne - warto tu było wejść.

Obrazek

Idę dalej grzbietem w kierunku następnych skał, mijam strzałkę w bok z napisem "apa" (woda). To miłe, miejsce na biwak bardzo ładne, jeśli do tego jeszcze woda jest w pobliżu - czegóż więcej trzeba?..
Grzbiet w dalszym ciągu w większości widokowy, powoli rośnie w oczach Pietrosul po lewej stronie a po prawej - bliźniacze szczyty Stracior [straczior] i Bistricioru [bistriczioru]. Ostre gałęzie krzaków, wśród których wiedzie ścieżka, drapią po łydkach, w pewnym momencie dostrzegam małą czerwoną stróżkę, spływającą po prawej nodze. Tiaaa... nie sposób lawirować tak całkiem bez strat. Wychodzę na rozległe polany i teraz wybór właściwej trasy staje się trudniejszy. Szlak malowany jest na kamieniach, najczęściej widać go dopiero, gdy się nad nim stoi.

Obrazek

Po odcinku trawersującym poniżej szczytu Maieris osiągam grzbiet, który teraz obrał już kierunek pd.-wsch., wprost na Pietrosa. Wyrastający 300m ponad prawie równy do tej pory grzbiet, wywiera imponujące wrażenie. Spoglądam na zegarek. Wiem, że jeśli zdecydowałbym się wejść na niego, to czeka mnie powrót po ciemku. Może - zgodnie z wcześniejszymi planami - zostawić go na jutro? Ale jestem już tak blisko, trochę szkoda...

Obrazek

Więcej fotek z opisanej trasy pod adresem: http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/Rumuna06.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 10.10.2009 12:27

Dosyć szybko dochodzę do rozstajów w pobliżu szczytu. Jest niemalże na wyciągnięcie ręki. Zgodnie z mapą, mam stąd spory wybór. Najkrótsza ścieżka prowadzi bocznym grzbietem, inny wariant to obniżenie się do potoku, wzdłuż którego biegnie w górę kolejna ścieżka. Czy są one znakowane, tego nie wiem - szlak narysowany jest dopiero na głównym grzbiecie. Tyle na mapie, a co w rzeczywistości?

Obrazek

Na rozstajach tabliczki, strzałki, znaki: żółte krzyże, niebieskie paski, czerwone kropki... ani jednej wskazówki, którędy na Pietrosula. Obieram ścieżkę grzbiecikiem, razem z niebieskimi paskami. Niestety, po chwili ścieżka odbija trawersem w prawo; żadnej możliwości kontynuacji grzbietem - wszystko równo porośnięte kosówką. Wracam. Cóż, skoro tej możliwości nie ma, trzeba się obniżyć do potoku i mieć nadzieję, że ten drugi wariant istnieje nie tylko na mapie... Nadzieje okazują się być płonne - potok jest, ścieżki brak.

Obrazek

Wracać do rozstajów i wziąć jednak te niebieskie paski? Czy kontynuować, skoro już zacząłem, trawers Pietrosa jego północnymi stokami? Najrozsądniej byłoby w ogóle wrócić doliną do wozu - zdążyłbym jeszcze przed zmrokiem. Ale - żal... Chwila wahania i ruszam ostro naprzód. Najpierw zalodzoną drogą (czemu nie wziąłem raków??) w górę, gdzie odchodzi ładny, polaniasty grzbiet na północ, potem w dół - coś ten trawers zbytnio obfituje w strome zejścia i podejścia. Zaczynam odczuwać zmęczenie. Kiedy obniżam się do dna kolejnego potoku - znacznie bardziej niż to wynika z mapy - i okazuje się, że szlak schodzi jeszcze niżej, wędrując z potokiem w dół, rezygnuję z jego dalszego towarzystwa. Spływający z góry potok - przynajmniej tak daleko, jak sięga wzrok - oferuje wolną od kosówki przestrzeń. Ale czy nie czają się w górze jakieś nieprzewidziane przeszkody, skały?.. Cóż, to się okaże.

Obrazek

Słońce jest coraz niżej i całe podejście na grzbiet w pobliżu wierzchołka odbywa się w cieniu Pietrosa. Na szczęście, oprócz stromych trawek - nic więcej się nie czai i wkrótce jestem na grzbiecie, skąd w kilka minut osiągam najwyższy szczyt Kelimenów.

Obrazek

Obrazek

Zasłużony posiłek, krótki odpoczynek i różnorakie myśli przebiegające przez głowę. Czeka mnie teraz bardzo długi powrót, ale przeszedłem to, na co przeznaczałem dwa dni. Co robić jutro? Mógłbym jeszcze gdzieś pójść, a może podjechać w inne miejsce i zrobić jakąś dodatkową pętelkę? A może... wrócić do domu?? Poczułem nagłą ochotę na zupełnie inne przyjemności - tak usiąść w fotelu, popatrzeć na ogień buzujący w kominku, posłuchać dobrej muzyki... Ojjj... Więc jak: kolejna góra, czy kominek?

Obrazek

Rozglądam się wokół - jest pięknie, chociaż zaczynają się zbierać chmury. Wciąż niepewny, co do jutrzejszych planów - rozpoczynam zejście zachodnim grzbietem. A z nieba... zaczyna kropić deszczyk. Czyżby chciał mi pomóc podjąć decyzję?

Obrazek

Obrazek

Schodzę, rozmyślając. Udało mi się przejść i zobaczyć wszystko, co sobie zaplanowałem na ten tydzień. Mógłbym jeszcze gdzieś pójść. Ale z drugiej strony - z górami, to jak z kobietami: przecież i tak na każdą nie wejdę...
Zapada decyzja - na dzisiejszym dniu kończę. Ścieżka gubi się w trawiastych wypłaszczeniach szerokiego grzbietu i schodzę bez szlaku do zachodniego trawersu. Nim do znanych mi już rozstajów, teraz w dół do koryta potoku, skąd czerwone krzyże wiodą doliną do Gura Haitii.

Obrazek

Obrazek

Po opuszczeniu polan wchodzę na drzewne pobojowisko, gdzie wita mnie... templariusz. Rumuńskie szlaki, najczęściej malowane są na planie kwadratu. Tymczasem na drzewie przede mną - wydłużony, jak na tarczy średniowiecznego templariusza - czerwony krzyż na białym tle. Przypomina mi, że właśnie dziś - 13 października, w piątek, tyle że 699 lat temu - Zakon Templariuszy otrzymał cios, po którym już się nie podniósł. Żegnam rycerza; za chwilę zapadnie zmrok, a ja wciąż zamiast drogą, brnę galimatiasem pni i gałęzi. Po kilku minutach dno doliny wyraźnieje i pod nogami - jakżeby inaczej - zamiast drogi mam potok. Posuwam się nim jakieś pół godziny, by w ostatnich poblaskach dnia dostrzec alternatywę: strumień albo błotnista droga. Wybieram błoto, które na szczęście dosyć szybko wyprowadza na porządną drogę. Teraz już przy świetle czołówki, za to bez żadnych niespodzianek, w dwie godziny docieram do samochodu.

Obrazek

Kończy się moja rumuńska przygoda. Przede mną jeszcze wielogodzinny powrót. Mam nadzieję, że upłynie bez niespodzianek. I mam nadzieję, że wkrótce będę mógł znów tu powrócić. W tym roku udało mi się dwukrotnie gościć w Rumunii i bardzo bym chciał móc tu zawitać ponownie w roku następnym. Czy się uda? Musi!

La revedere, România. Pe curînd!

Więcej fotek z opisanej trasy pod adresem: http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/Rumuna06.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Leszek Skupin
Cromaniak
Posty: 14010
Dołączył(a): 23.09.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) Leszek Skupin » 10.10.2009 12:48

Franz napisał(a):...Udało mi się przejść i zobaczyć wszystko, co sobie zaplanowałem na ten tydzień. Mógłbym jeszcze gdzieś pójść. Ale z drugiej strony - z górami, to jak z kobietami: przecież i tak na każdą nie wejdę...
Zapada decyzja - na dzisiejszym dniu kończę. ...

Hahaha tekst świetny a zdjęcia ..... chciłbym tam być. Koledzy z którymi teraz byłem na Orlej Perci byli w Rumunii na początku maja w górach na offroadzie... ciągnęłi mnie ze sobą, ale nie mogłem tam być... żałowałem wtedy.... żałuję i teraz. Pięknie tam.

Wojtku tę Rumunię to tak sam.... :?:

Pozdrawiam
Leszek
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 10.10.2009 14:03

Leszek Skupin napisał(a):Pięknie tam.
Wojtku tę Rumunię to tak sam.... :?:

Pewnie, że pięknie. Prawie cała Rumunia znajduje się na mojej osobistej Mapie Miejsc Ulubionych. :)
Ja najczęściej wędruję sam. W przypadku Rumunii, dwukrotnie towarzyszyła mi moja wspaniała drugarica, pozostałe wypady już samotnie.

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
paolooo
Croentuzjasta
Avatar użytkownika
Posty: 448
Dołączył(a): 29.07.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) paolooo » 10.10.2009 16:35

zazdroszczę :

1. pomysłu
2. zaangażowania
3. odwagi
4. widoków
...
....
......
........
a przede wszystkim czasu na to wszystko

czytam i pozdrawiam :D
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 11.10.2009 12:27

paolooo napisał(a):zazdroszczę :

........
a przede wszystkim czasu na to wszystko

Cóż... często sam sobie tego zazdroszczę. ;)

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 12.10.2009 22:48

Na zakończenie tamtego październikowego wypadu garść fotek, zrobionych po drodze.
Cały Maramuresz słynie z pięknej zabudowy drewnianej. Oto kilka przykładów drewnianych cerkwi:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Oraz dwie fotki z "wesołego cmentarza" w Sapanta [sapynca]:

Obrazek

Obrazek

Jak zawsze, więcej fotek pod adresem: http://wfs.freehost.pl/Rumuna06/Rumuna06.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Użytkownik usunięty

Nieprzeczytany postnapisał(a) Użytkownik usunięty » 12.10.2009 23:13

Czy możesz po krótce opowiedzieć, co jest w treści tych dość długich napisów na nagrobkach? Cytaty z biblii? Skrócony opis życia zmarłego..?

Nie mogę też dojżeć dat. Czy są to stare odrestaurowane groby, czy też tak wyglądają tam zwykłe współczesne cmentarze?

Pozdrawiam.
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 13.10.2009 09:12

To są jak najbardziej współczesne nagrobki, ale to nie jest cmentarz taki jak każdy inny. Właśnie te kolorowe nagrobki z nietypowymi opisami stanowią o jego niezykłości. Pisane są trochę gwarą, więc mam problemy z tłumaczeniem. Na pierwszym zdjęciu napis na pierwszoplanowym nagrobku brzmi mniej więcej tak:

Odpoczywam tu na wieczność.
Stan Ioan mnie nazywano.
Lubiłem konie i pieniądze.
Prowadziłem konie za uzdę.
Dumnie marzyłem by mieć chociaż worek pieniędzy
by pomóc tej biedaczce.
By żyła moja Marie i z każdym dniem lepiej miała.
Miałeś kłopoty ze mną Boże <...>

Z drugim zdjęciem poszło mi łatwiej i tekst jest w zasadzie dosłownie przetłumaczony:

Tu ja odpoczywam. Stan Marie się nazywam.
W życiu doczesnym dobrze i źle w młodości miałam.
Wyszłam za mąż i bardzo dużo pracowałam.
Pięcioro dzieci miałam. Jedno z nich mi umarło.
A małżonek mój Ion, niech Ci Bóg pomaga,
byłeś dla mnie dobrym mężem
bardzo wiele mi pomogłeś gdy leżałam chora w łóżku.
Życie pożegnałam 6 maja 1981r.

Dodane 22 lutego 2011:
Postanowilem uzupełnić Wesoły Cmentarz o kolejne ujęcia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pozdrawiam,
Wojtek Franz
Ostatnio edytowano 22.02.2011 12:03 przez Franz, łącznie edytowano 1 raz
Użytkownik usunięty

Nieprzeczytany postnapisał(a) Użytkownik usunięty » 13.10.2009 09:20

Dziękuję bardzo.

Zaspokoiłeś moją ciekawość.

Podobają mi się takie krótkie opisy z życia zmarłego.

U nas na cmentarzu ewangelickiem na starych grobach też są opisy, tyle że jedno lub dwuwyrazowe typu: "rolnik" , "stolarz" , "cieśla"...

Pozdrawiam!
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 32507
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 14.10.2009 17:23

Pora przejść do kolejnego wypadu w rumuńskie Karpaty. Tym razem to znów przedłużony weekend majowy, więc szansa na wyjazd we dwoje. Nasze kroki skierowaliśmy w Karpaty Wschodnie, a konkretnie w góry Hasmas [haszmasz] i Ceahlau [cziahlau] po czym przejechaliśmy przez góry Rarau by napawać się pięknem malowanych cerkwi Bukowiny i już dokładniej przyjrzeć się arcydziełom drewnianej architektury Maramureszu.

Zgodnie z chronologią - wpierw wycieczka w południowej części gór Hasmas z odwiedzeniem Samotnej Skały (Piatra Singuratica) i najwyższego szczytu - Hăghimaşu Mare:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Więcej fotek z tej trasy pod adresem: http://wfs.cba.pl/Rumun07/Rumun07.html

Pozdrawiam,
Franz
http://wfs.cba.pl
http://wfs.freehost.pl
Użytkownik usunięty

Nieprzeczytany postnapisał(a) Użytkownik usunięty » 14.10.2009 18:22

Hăghimaşu Mare.
Czy nazwa tego szczytu pochodzi od jeziorka, które jest na jednym ze zdjęć?
Czy jest ono na szczycie tej góry?
Jest zbiornikem okresowym?

Pozdrawiam
Mariusz Interseal
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???


  • Podobne tematy
    Ostatni post

Rumuńskie wyrypy - strona 4
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Forum wykorzystuje oprogramowanie M 2.0. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2017