Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Pudelkowe wędrówki po górach

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
Franz
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 41844
Dołączył(a): 24.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) Franz » 01.08.2017 20:57

Nadrobiłem wędrówki po soczystej zieleni oraz mniej lub bardziej czystej bieli.

Pozdrawiam,
Wojtek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 24.08.2017 12:35

W takim razie przechodzę do majówki ;)

Ma ona od kilku lat ma u nas pewną tradycję - trwa nieprzerwanie przez kilka dni i odbywa się na Słowacji. Zmienia się liczebność i skład, ale dwie rzeczy pozostają jeszcze niezmienne: noclegi głównie pod namiotem oraz tereny możliwie rzadko uczęszczane.

W 2014 roku odwiedziliśmy Muránską planinę oraz Veporské vrchy. Rok później padło na Góry Choczańskie, gdzie plany trochę storpedowała nam pogoda. Wreszcie w ubiegłym roku wróciliśmy w Veporské vrchy, w bardziej zachodnią część, w której spotkaliśmy 0 (słownie: ZERO) turystów.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić bardziej oddalone pasmo - położone na wschodzie Volovské vrchy (Góry Wołowskie), wchodzące w skład Rudaw Słowackich.

Cieszyn w piątkowe popołudnie wita nas mocnym deszczem i piździawicą. Bez wielkich nadziei pędzimy na czeską stronę, ale tam licho na chwilę się zapomina - zug w kierunku Koszyc jest opóźniony także, mamy szansę! Idę do kasy, a ta zamknięta. To prywatna spółka RegioJet. Podążam zatem do okienka ČD aby się spytać, gdzie można kupić bilety. Babka z obrażoną miną wzrusza ramionami i mówi, że nie wie... Pięknie!

Na szczęście jakiś młody Czech też się chce dostać do tego pociągu i ustalamy, że jest możliwość zakupu u konduktora. Dziwne to wszystko - na trzy składy RegioJet kursujące przez Czeski Cieszyn do Słowacji dwa odjeżdżają w okresie, gdy nie można tu kupić ich biletów... Burdel gorszy niż w Polsce.

Czekamy grzecznie na peronie...
Obrazek

Wtacza się nowoczesny skład. Bilety kupujemy bez problemu, pewne kłopoty mamy natomiast przeciskając się ciasnymi korytarzami - jedna babka usiłuje dopchnąć Andrzeja, gdy ten się klinuje :D.
Wreszcie siadając w wygodnych fotelach czujemy się uspokojeni i wyluzowani, bo cudem załapaliśmy się na to połączenie.

W Ružomberku mina trochę nam rzednie, bo przed dworcem ściana wody.
Obrazek

Rozkładamy się na przystanku autobusowym, biorąc deszcz na przeczekanie! Udaje się, do naszej ulubionej knajpki podążamy już na sucho! Siedzimy do północy i potem błotnistą ścieżką, przecierając ją w stylu Rambo, gramolimy się do pierwszej polanki czerwonego szlaku prowadzącego na szczyt Predný Čebrať. Eco kiedyś wyczaił to miejsce jako dobrą miejscówkę pod namiot.

W sobotę rano pobudka około 6-tej i schodzimy do miasta.
Obrazek

O 7.34 mamy dziś pierwszy pociąg na wschód. Z okien rýchlika widać Niżne Tatry częściowo otulone przez chmury.
Obrazek

Kysak (Sároskőszeg) to niewielka wioska, ale ważny węzeł kolejowy na linii Koszycko-Bogumińskiej. Mamy w nim ponad pół godziny czasu oczekiwania na przesiadkę.
Obrazek

W dużym budynku dworca z 1872 roku mieści się spelunka - dokładnie taką jaką uwielbiamy u Czechów oraz Słowaków. Pani zza bufetu widząc turystów od razu się uśmiecha, zwłaszcza do kapelusza Andrzeja :D.
Obrazek

Okolice dworca to zadupie - stoi tu tylko kilku zakładów, właściwa miejscowość jest dalej.
Obrazek

Kolejny pociąg to przaśna osobówka - EZT ČD 460 z lat 70-tych. Absolutnie nam on jednak nie przeszkadza. Zresztą jesteśmy blisko końcowej stacji, bo już po niecałym kwadransie wysiadamy na wąskim peronie w Ťahanovcach (Hernádtihany), peryferyjnej dzielnicy Koszyc.
Obrazek

Niebo pochmurne, ale nie pada, czyli tak jak zapowiadano. Obok przystanku wolno płynie Hornad.
Obrazek

Przekraczamy go mostem, za którym czeka autobus miejski. Krąży on po wyludnionych ulicach Koszyc (choć nie jest wcale aż tak wcześnie), opuszczamy go przy potoku Čermeľ, gdzie znajduje się stacja początkowa Koszyckiej Kolei Dziecięcej (Košická mládežnícka železnica).
Obrazek

Wąskotorówka została wybudowana w 1955 roku dla pionierów - uczniów miejscowych szkół. Pomysł wzięto z Kraju Rad, gdzie takie dziecięce koleje były bardzo popularne. Była to pierwsza pionierska trasa w Czechosłowacji i jedyna, która dotrwała do dzisiaj.

Kolejka przechodziła, nomen omen, różne koleje losu; był okres, gdy groziła jej likwidacja, zawieszono kursy parowozów, albo całość wzięli w swoje ręce dorośli. Obecnie jest wielką atrakcją turystyczną i kasacja jej na pewno nie grozi!
Obrazek

Sezon zaczyna się oficjalnie 1 maja, ale już od soboty zaczynają się próbne kursy - a my zjawiliśmy się na ten pierwszy. Musimy jednak trochę poczekać, gdyż na razie lokomotywa jest przygotowywana, a jeden facet nawet straszy złośliwie, iż w ogóle nigdzie nie pojedziemy :P.

Wśród taboru cenne egzemplarze. Wagony pochodzą z lat 1910-1913, poza jednym z 1886 roku, najstarszym na Słowacji. Chlubą jest lokomotywa Katka - wybudowana w 1884 roku, najbardziej wiekowy działający parowóz środkowej Europy. Kiedyś przez kilkanaście lat stał jako pomnik w Spišskiej Novej Vsi. Na zdjęciu mam, niestety, tylko jego przód i komin.
Obrazek

Nas pociągnie jasnozielony Krutwig - dla odmiany ostatni produkowany seryjnie parowóz w Czechosłowacji, pochodzący z 1957 roku. Też kiedyś pełnił rolę pomnika techniki. Mimo, że powstało około tysiąca sztuk tych maszyn, to do czasów współczesnych przetrwały ledwie cztery.

Skład uzupełnią lokomotywy dieslowskie - Danka (1960) i Janka (1959) - widoczna na fotce po prawej.

Ponieważ nie ma aż tylu turystów, więc wystarczy nam tylko jeden wagon - Kubko z 1913 roku, służący niegdyś jako wóz drugiej klasy. W lokomotywie kręci się jakiś nastolatek - maszynista.
Obrazek

Z lekkim opóźnieniem ruszamy! Przed nami chmury pary, po bokach droga i potok.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Podróż nie trwa długo - to około 3 kilometrów, więc po dwudziestu minutach jesteśmy już na Alpince. Krutwig manewruje tam i z powrotem aby przypiąć się do wagonu od drugiej strony.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kapelusz Andrzeja znowu ciekawi sąsiadów ;).
Obrazek

Większość osób wraca tym samym składem, my zrzucamy plecaki na zagospodarowanej polance - idziemy dalej już piechotą, ale wyszło słońce i musimy się doopalić. Przy okazji warto zajrzeć do interesujących budek z dawnych lokomotyw.
Obrazek
Obrazek

Alpinka jest dobrze przygotowana turystycznie: parkingi, tablice informacyjne, plac zabaw, wigwamy (?), park linowy Tarzana i mnóstwo innych pierdół. Działa tu także restauracja o wyglądzie nawiązującym do nazwy okolicy (albo raczej okolica do restauracji). Ciekawe czy kiedyś nie był to jakiś pałacyk łowiecki?
Obrazek

Zaglądamy na obiad. Czosnkowa i gulasz niezły, ale wyprażany ser nijaki i mocno cuchnący olejem. No cóż, takie miejsce...

Pora teraz ubrać plecaki już na poważnie i to wcale nie z powodu groźnego napisu na górze.
Obrazek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 28.08.2017 09:29

Wreszcie nadszedł ten moment, iż trzeba zacząć zapierd...ć. Zielony szlak przecina drogę, po czym zaczyna się wspinać na Sedlo pod Kamenným hrbom. Czasami dość mocno, co szybko odczuwamy z pełnymi żołądkami i ciężkim sprzętem.
Obrazek
Obrazek

Mijamy ze dwa źródełka i wiatkę. Takich mini-schronów będziemy dziś widzieć kilka - na nocleg się nie nadają, lecz aby schować się przed deszczem albo chwilę odpocząć to jak najbardziej.

Po godzinie zasapani docieramy na przełęcz, gdzie siedzi dwóch sympatycznych Słowaków. Następuje szybka integracja :D.
Obrazek

Chłopaki idą dalej żółtym, który ciut trawersuje grań. My wybieramy czerwony - to Cesta hrdinov SNP - najdłuższy słowacki szlak, biegnący przez niemal cały kraj. Znamy go już z innych pasm. Na szczęście bardziej tu płasko niż na zielonym.
Obrazek
Obrazek

Mijanych ludzi zero. Dopiero przy kolejnej większej wiacie trafiliśmy na starsze małżeństwo zbierające śmieci rozrzucone wokół ogniska. Bardzo pozytywnie!

Stąd rzut beretem do ośrodka turystycznego Jahodna (węg. Epréstétő). Zimą działa tu ośrodek narciarski, a przez cały rok kręci się mnóstwo stonki, gdyż można dojechać własnym samochodem albo autobusem z Koszyc (administracyjnie kończą się one dopiero tutaj). Oczywiście wszyscy walą do lokalu, w którego części odbywa się jakaś impreza.

Mieliśmy się tu spotkać ze Słowakami z wiaty, lecz tych nie widać. Może ich wystraszyliśmy?
Obrazek

Przed nami wdrapywanie się obok wyciągów. Słowacy lubią tak wytyczać szlaki, zapewne wymyślał to jakiś sadysta.
Obrazek
Obrazek

Na niebie pojawiają się różowe smugi zwiastujące kończący się dzień. Słońce już dawno przykryły chmury, lecz i tak jest znacznie ładniej, niż prognozowali meteorolodzy.
Obrazek
Obrazek

Na drodze ślady jakiegoś zwierza... należy ustalić właściciela!
Obrazek

Kwadrans przed 20-tą wychodzimy na polanę na której stoi Chata Lajoška, jedyne prawdziwe schronisko Gór Wołowskich.
Obrazek

Wybudowało je w 1925 roku, w miejscu starszego, Karpathenverein (Magyarországi Kárpát Egyesület, MKE), węgiersko-niemiecka organizacja turystyczna działająca w Karpatach na terenie Górnych Węgier, czyli dzisiejszej Słowacji.

Na dobry wieczór rzuca nam się do nogawek agresywny piesek, ale zaraz zostaje storpedowany przez gospodarzy - dwójkę sympatycznych wiekowych hipisów, którzy witają się z uściskami i całusami jak ze starymi znajomymi :).
Obrazek

W schronisku jest ciepło i przytulnie, jedyny problem miała Neska z prysznicem, więc wylądowała w wannie ;).

Ponoć to bardzo popularne miejsce odwiedzin Koszyczan, ale nocowaliśmy tylko my. Bardzo zadowoleni z początku długiego weekendu - licho dało se spokój, sobota była bardzo udana!
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 19.09.2017 23:54

Niedzielny poranek w Chacie Lajoška jest leniwy. Wstajemy późno, bez pomocy żadnych budzików. Spokojnie robimy sobie w pokoju śniadanie. Wychodzę na zewnątrz zobaczyć jaka jest pogoda...
Obrazek

A tam prószy śnieg! Nie jakoś mocno, ale na pewno dzisiaj się go nie spodziewaliśmy. Stojący obok facet pociesza, że wkrótce zacznie się przejaśniać, a w kolejny dzień w ogóle ma być lampa. Oby!

Zaplanowaliśmy zejście z głównej grani do wioski Zlatá Idka (Aranyidka) w celu odwiedzenia tamtejszej restauracji. Pytam się faceta o lokale w miejscowości; odpowiada, że są, ale na wieść o tym, iż zamierzamy potem z plecakami wchodzić do góry, zaczął się żegnać !! Również obsługa stanowczo nam to odradzała, mówiąc, że to bez sensu, gdyż podejście będzie następnie straszne.

Ostatecznie pozostała nasza dwójka demokratycznie przegłosowała zaniechanie realizacji tego planu i był to bardzo dobry pomysł :). Dzięki temu mogliśmy posiedzieć dłużej w klimatycznej jadalni.
Obrazek

Zresztą pokoje też wyglądają fajnie - na zdjęciu nieco większy od tego w którym spaliśmy.
Obrazek

Jeszcze kilka słów o historii samego schroniska - jak już pisałem powstało z inicjatywy Karpathenverein, które swoją główną działalność koncentrowało w Tatrach. Pierwszy skromny obiekt stanął w tym miejscu w 1912 lub w 1914 roku. W 1925 roku niszczejący stary budynek zastąpiono nowym i rozbudowano, a największe zasługi położył ku temu prezes filii KV Lajos Konrády, od którego imienia zaczęto nazywać tak samą chatę (po węgiersku Kassai havas Lajos). Czasem pojawia się jeszcze nazwa Chata na Prednej holicy, co z kolei związane jest z pobliskim szczytem.
Obrazek

W 1938 po pierwszym arbitrażu wiedeńskim nowa granica słowacko-węgierska biegła tuż obok budynku - on sam znalazł się ponownie na Węgrzech. Często ścierali się tu partyzanci i wojskowi, w końcu ci ostatni spalili schronisko, zatem po wojnie musiano je odbudować już w innej formie.

Zaczynają się pojawiać pierwsi turyści, więc zakupiwszy drobne zapasy na drogę i pożegnawszy się wylewnie z gospodarzami wychodzimy na zewnątrz. Pod drzwiami wspólne zdjęcie z rudym kotem (stoi między nogami), którego porządnie wygłaskaliśmy dzień wcześniej :D.
Obrazek

Kot chyba funkcjonuje też jako miejscowy strażnik, bo pilnuje rozwalającej się Favoritki i próbował pójść z nami, ale go w końcu przekonaliśmy, aby został.
Obrazek
Obrazek

Ponieważ odpuściliśmy Zlatą Idkę to długi odcinek granią jest w miarę płaski i nie musimy się nigdzie spieszyć. Zresztą wyszliśmy także dość późno.

Powoli chmury się rozpraszają i pojawia się słoneczko.
Obrazek

Inez kupiła sobie wczoraj na wąskotorówce kolorowy wiatraczek, który na wietrze wydaje intensywne trzaski.
Obrazek

Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu w tych miejscach pokrywa śnieżna sięgała pół metra. A dziś widać tylko jej nędzne resztki.
Obrazek

Przeszliśmy może ze dwa kilometry i spotkaliśmy niedużą wiatę z miejscem na ognisko. A zatem doskonały to czas na przygotowanie obiadu!
Obrazek

Eco walczył z drewnem, które wydawało się suche, ale za nic nie chciało się rozpalić. Neska w tym czasie studiowała książkę wpisów schowaną w gablocie.
Obrazek

W końcu jednak patyki dały za wygraną i dym radośnie zaczął krążyć po okolicy. Można było wyciągnąć różne przysmaki.
Obrazek

W międzyczasie zaczęło się chmurzyć. Ciemniejsze masy sunęły od strony Węgier i nie zapowiadały nic dobrego. Zarzucając plecaki nie byliśmy pewni jak długo jeszcze pójdziemy bez opadów.
Obrazek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 02.10.2017 20:38

Na horyzoncie pojawił się główny dzisiejszy cel - góra Kojšovská hoľa. Łatwo ją rozpoznać z powodu zabudowy na szczycie, na lewo od niej trochę mniejszy nienazwany szczyt z nadajnikiem.
Obrazek

Po naszej lewej stronie znajduje się dolina rzeki Idy, w której położona jest Zlatá Idka. Wydaje się, że majaczą tam jej zabudowania, ale po prawdzie widzieliśmy ją potem nieustannie, ciesząc się, iż darowaliśmy sobie przyjemność jej odwiedzania ;).
Obrazek

Po prawej z kolei mijamy inny nadajnik, na górze która także na mapach nie ma nazwy.
Obrazek

Schodzimy do przełęczy Idčianske sedlo. Zejść, aby wejść - gdzie tu rozsądek?
Obrazek

Cała okolica wygląda jak po przejściu kataklizmu - tysiące powalonych drzew. Zapewne jakiś czas temu rzeczywiście przechodziła tędy jakaś wichura. Pocięte drzewa leżą po bokach przygotowane do zwiezienia, ale większość nadal jest tam, gdzie padła.
Obrazek

Po minięciu przełęczy zaczyta się podejście do punktu o dużo mówiącej nazwie Golgota. A pogoda ponownie się poprawia z powrotem promieni słonecznych na czele.
Obrazek
Obrazek

Na Golgocie nie ma jednak miejsca straceń ani łotrów (pomijając nasze osoby), lecz górna stacja wyciągu narciarskiego. Widać, że nie jest to cud najnowszej techniki.
Obrazek
Obrazek

Postój mija nam na huśtaniu się na krzesełku oraz podziwianiu, co nas ominęło idąc granią ;).
Obrazek

Do Kojšovskiej pozostał nam niedługi, ale za to stromy odcinek, poprowadzony głównie trasami zjazdowymi ośrodka SkiPark Erika. Na nartach już co prawda nie jeżdżą od kilku tygodni, ale dzięki działającym cały czas kamerkom przy wyciągach mogliśmy na bieżąco śledzić stan pokrywy śnieżnej i przeklinać albo cieszyć się na przemian :D.
Obrazek

Tras dla narciarzy tu sporo i nawet ciekawe, jednak infrastruktura daleko odbiega od tego, co można zobaczyć chociażby w Niżnych Tatrach. W internecie znalazłem nawet informacje, że ośrodek w ogóle od dwóch lat nie funkcjonuje z powodu modernizacji. A szkoda, bo warunki terenowe ma bardzo dobre.
Obrazek

Z polany Kojšovská hoľa wydaje się być bardzo blisko, ale musimy jeszcze zrobić spore kółko. Odsłaniają się także widoki na dolinę Kojšovskego potoku oraz górki, po których szliśmy jakiś czas temu.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Zrobiło się prawie płasko i szeroko, dochodzimy do skrzyżowania gdzie Cesta Hrdinov SNP łączy się z żółtym szlakiem dojściowym na szczyt. Tam zostawiamy w krzakach plecaki i na lekko utwardzoną drogą raźnie maszerujemy w kierunku punktu docelowego.
Obrazek

To jedyne miejsce, gdzie spotkaliśmy innych turystów, w sumie kilka osób. Do tego momentu od wyjścia ze schroniska byliśmy wyłącznie w swoim własnym gronie.

Kojšovská hoľa (niem. Koischdorfer Höhe, węg. Kojsói-tétő) mierzy 1246 metrów i jest najwyższym punktem grupy... Kojšovskiej hoľi, a także powiatu Koszyce-okolice. W całych Górach Wołowskich zajmuje dopiero 11 miejsce, ale 4 wśród szczytów na które można wejść szlakiem. Jest to także nasz najwyższy punkt podczas tej wyprawy.

Wierzchołek ma formę dużej bezleśnej kopuły. Wiatr może tu hulać do woli i właśnie to robi.
Obrazek

Obok szlakowskazu stoi sypiący się pomniczek poświęcony Słowackiemu Powstaniu Narodowemu. Wystawiono go przy okazji XVI zjazdu Komunistycznej Partii Czechosłowacji czyli w 1981 roku. W okolicy jest sporo takich pamiątek, obowiązkowo ozdobionych gwiazdami i karabinami, do powstania w końcu nawiązuje cała Cesta Hrdinov.
Obrazek

Wykorzystujemy go jako skocznię narciarską - jedne próby są udane, drugie mniej...
Obrazek
(kolaż ze zdjęć Neski)

Obrazek

Przy dobrych warunkach można stąd zobaczyć Tatry i Beskidy. Dziś jest słaba przejrzystość, widać co najwyżej blokowiska Koszyc odległych o kilkanaście kilometrów. Ale i tak jesteśmy zachwyceni, tak ładnej pogody nikt się nie spodziewał :).
Obrazek
Obrazek

Daleko, daleko na horyzoncie za długą płaską kotliną majaczy jakieś inne pasmo - może to Slanské vrchy? A może coś węgierskiego, bo do granicy jest stąd niecałe 20 kilometrów?
Obrazek

Niedaleko szczytu wybudowano stację meteorologiczną wraz z wieżą radarową. Szkoda, że nie udzielają noclegów albo chociaż nie prowadzą wyszynku, bo wygląda ona całkiem fajnie.
Obrazek

Wracamy po plecaki, grzecznie czekają w lesie.

Niecały kilometr od szczytu znajduje się chata Erika, choć słowo "chata" niezbyt tu pasuje: to wielki moloch. Kiedyś rzeczywiście było tu schronisko, wybudowane w okresie międzywojennym przez sekcję Karpathenverein z Gelnicy, które spłonąło w czasie wojny (co ciekawe - podczas starcia niemieckiego wojska z komunistyczną partyzantką miejscowych Niemców). W okresie socjalistycznej Czechosłowacji służyło jako chata łowiecka, a w latach 70. rozbudowano je do hotelu.

A współcześnie nawet nie udziela noclegów, czasem tylko działa bufet. Po korytarzach zapewne można by się ganiać.
Obrazek

Przechodząc wzbudzamy czujność stróża, który sprawdza, czy nie zostawiamy tu swoich śmieci. Bez zwłoki idziemy więc dalej w czerwonych promieniach słońca zbliżającego się do granicy dnia.
Obrazek
Obrazek

Wieczór mamy piękny. Panoramy nie są zbyt rozległe, gdyż sięgają jakiś 25 kilometrów, ale ładnie pokazują rzeźbę gór poprzecinanych licznymi dolinami.
Obrazek
Obrazek

Wokół ślady masakry - podobnie jak kilka godzin wcześniej masy poprzewracanych drzew, sterczące korzenie i kikuty, czasem tarasujące szlak.
Obrazek

Na skrzyżowaniu postawiono kolejny pomnik SNP oraz blaszak na drewnianej podmurówce, zapewne w zimę służący narciarzom. Termometr pokazuje 6-7 stopni.
Obrazek
Obrazek

Słońce już zaszło, ale z powodu braku chmur jest długo widno. Schodzimy coraz niżej, musimy stracić kilkaset metrów wysokości.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Po godzinie 20-tej nadchodzi pora zapalić czołówki, a po dwudziestu minutach dochodzimy do węzła Tri studne, gdzie miała znajdować się wiata. A tam nic nie ma, środek lasu, pochyło i tylko jedno źródełko!

Zerkam na mapę - aha, musimy podejść jeszcze kawałek do Trohánki. Po kilku minutach trafiamy na polanę - rzeczywiście jest tu wiata, a nawet dwie. Do tego tradycyjnie miejsce na ogień, ławeczki.
Obrazek

Pospiesznie rozstawiamy namiot. Z drzewem nie ma problemów, pełno tego leży dookoła, lecz także długo opiera się rozpaleniu. W końcu odpuszcza.
Obrazek

Ta noc będzie zimna, nawet z lekkim przymrozkiem, gdyż namiot szybko pokrywa się warstwą szronu. Dobrze, że mamy zimowe śpiwory, choć niektórzy i tak będą narzekać, że zmarzli :P. Póki co grzejemy się jeszcze przy ogniu konsumując następną część zapasów.

Cóż napisać - kolejny udany dzień z fantastycznym finiszem popołudniowo-wieczornym!
Obrazek
słoma79
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 2164
Dołączył(a): 29.11.2015

Nieprzeczytany postnapisał(a) słoma79 » 02.10.2017 20:53

długo każesz na siebie czekać, ale każdy kolejny wpis jest warty tych mijających tygodni...ostatni taki jak lubię, surowy, dziki...pięknie
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 04.10.2017 11:48

Zatem kolejny dzień, może mniej dziki, ale również prawie bez ludzi na szlakach :)

Poranek na polanie Trohánka jest ciepły i słoneczny. Nie umiem w takich warunkach długo leżeć, więc wyskakuję z namiotu. Oglądam okolicę, robię zdjęcia...
Obrazek

Wyciągam chłodne piwo. Odgłos otwieranej puszki budzi Eco, który także wychodzi na zewnątrz :D. Zbieramy drzewo na ognisko, tym razem ogień łapie szybciej niż wczoraj, wyraźnie jest już suszej.
Obrazek

Gdy na słońcu pojawia się Neska postawiamy z Andrzejem pójść się umyć do odległego o kilkaset metrów źródła. Po drodze odkrywamy wychodek - w nocy w ogóle nie było go widać, zresztą jego stan wskazuje, iż użycie mogłoby być ryzykowne.

Podczas mycia w lodowatej wodzie niespodziewanie pojawia się samotny turysta. Raczej nie spodziewał się nikogo tutaj o tej porze; bąka pod nosem powitanie, nabiera zapasów do butelki i szybko znika. Był to jedyny osobnik dzisiejszego dnia podążający w tym samym kierunku co my.

Przy ognisku smażymy sobie śniadanie, znowu nigdzie nam się nie spieszy.
Obrazek

Namiot składamy i wychodzimy, gdy na zegarku jest już po 11-tej. Ale do Kloptaňa mamy według szlakowskazu ledwie półtorej godziny. Na upartego mogliśmy tam nawet pójść spać wczoraj wieczorem, ale po co?

Zaczyna się trochę chmurzyć, jednak nie trwa to długo i przez większość trasy towarzyszy nam słońce.
Obrazek

Czasem mamy trochę widoków na lewą, południową stronę czyli w kierunku Słowackiego Krasu.
Obrazek

W pewnym momencie Eco hamuje. Co on tam widzi? Żmiję. Ja bym pewnie w nią wlazł, słabo się odróżniała od ściółki.
Obrazek

Znów dookoła pełno powalonych drzew, a wiele tych, co z jeszcze stoi, jest wysuszonych, dotkniętych chorobą. Często pnie leżą na szlaku, musimy daleko je obchodzić lub wręcz przedzierać się przez gęstwiny.
Obrazek
Obrazek

W innym miejscu, gdzie urządziliśmy taktyczny popas, pojawiły się ślady ciężkiego sprzętu, który kompletnie rozorał ścieżkę. Dobrze, że jest w miarę sucho.
Obrazek

Symboliczny widok.
Obrazek

W trawie leży połamany znak granicy rezerwatu. Jesteśmy już blisko szczytu, ale to oznacza końcowe, największe podejście. Niby w metrach przewyższenia to niedużo, ale daje w kość, zwłaszcza iż temperatura naprawdę jest dość wysoka.
Obrazek

Około czternastej osiągamy Kloptaň (1153 metry). Znajduje się tutaj mała infrastruktura turystyczna: ławki i miejsce na ognisko oraz drewniana wieża z niewielką wiatą.
Obrazek

Oprócz nas jest tu także Słowak z wielkim psem, wkrótce dołącza dwójka jego znajomych. I to wszystko na dziś, jeśli chodzi o innych turystów w tej części Gór Wołowskich :D.

Wchodzimy na wieżę; wbrew obawom nie chwieje się, lecz mój lęk wysokości nie pozwala mi wspiąć się wyżej niż pierwsze piętro. Ale i stamtąd coś widać - widoki w kierunku północno-zachodnim, na dolinę Hlinca i Smolníka, gdzie będziemy schodzić.
Obrazek

Duża góra blisko nas to Hutná hoľa (na szczęście szlak ją omija), dalej za nią poszarpana Skala i Havrania hlava (skrajnie w prawo) - obydwa szczyty oddalone o 8-10 kilometrów, lecz oddzielone doliną lub dwiema.
Obrazek

Góry Wołowskie w pełni - jest nawet najwyższy szczyt pasma, Zlatý stôl.
Obrazek

W miarę dobra widoczność sięga około 30 kilometrów. Przy ładnej pogodzie widać stąd Tatry, ale przecież nie wypada nam narzekać na warunki! Chociaż, jak się dobrze przyjrzeć, majaczy tam coś białego... albo Tatry Wysokie (ok. 60 kilometrów) albo Niżne (50 km).
Obrazek

Słowacy rozpalili ogień, więc my także korzystamy z możliwości szybkiej konsumpcji.
Obrazek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 06.10.2017 16:55

Początkowo planowaliśmy spać na Kloptaňu lub jego najbliższej okolicy, aby podziwiać rano wschód słońca. W tym celu chcieliśmy zostawić plecaki w krzakach i na luzie zejść do najbliższej miejscowości po zakupy. Na mapie wyglądało to nieźle...

Plan ten zburzyli wspomniani Słowacy, informując o drewnianej chacie znajdującej się poniżej szczytu. Postanawiamy do niej zatem zajrzeć, choć Nesce od początku ten pomysł się nie podoba.

Póki co robimy sobie zdjęcie z faną :).
Obrazek

Żegnamy się z czerwoną Cestą Hrdinov SNP, którą wędrowaliśmy od dwóch dni, i przestawiamy się na zielony szlak. Już na początku jest bardzo stromy.
Obrazek

Na rozdrożu rzucamy plecaki w zieleń i ruszamy szukać chatki. W tym celu trzeba odbić od szlaku o jakieś 15-20 minut.

Chatka rzeczywiście jest. Nieduża, w środku czuć wilgoć i chłód, ale wygląda nieźle. Ma piec i dwie prycze.
Obrazek

Cóż z tego, skoro jest dopiero godzina 15-ta? Możemy oczywiście tutaj wrócić z doliny, ale coraz mniej nam się chce. Podczas powrotu do plecaków (z problemami, bo początkowo poszliśmy złą drogą) postanawiamy z Eco zmodyfikować plan: schodzimy jak najniżej z całym ekwipunkiem i tam też będziemy nocować. Okazało się to bardzo rozsądnym posunięciem, a gdyby nie cała akcja z domkiem to nie wiadomo, czy doszlibyśmy do tego genialnego rozwiązania ;).
Obrazek


Przy plecakach chwilę się opalamy, lecz nadciągają chmury i widać, że to nie na momencik. Zdaje mi się nawet, iż słyszę gdzieś odgłosy burzy, ale to tylko wyobraźnia płata figla...

Według tabliczek na dół mamy dwie godziny drogi. Wydaje nam się trochę za dużo, ale na Słowacji różnie to bywa. Początkowo idzie się w miarę płasko, przez polany pod Hutną hoľą. W tle nadal widać oświetlone słońcem lasy.
Obrazek
Obrazek

W pewnym momencie drogę tarasuje ogromne drzewo. Męska część omija go z góry, żeńska dołem - obydwa warianty z ciężkimi plecakami nie są łatwe.
Obrazek

A potem zaczyna się ściana płaczu! Mocno w dół przez bardzo długi okres. Kolana siadają, plecy bolą. Nawet nie wyobrażam sobie tutaj podchodzenia, masakra!
Obrazek

Może kilometr, może dwa... idziemy wolno, dłuży się niesamowicie. Wreszcie pojawiają się kolejne polany. Szukamy jakieś fajnej, lecz te są jeszcze za wysoko.
Obrazek

W pewnym momencie straszymy tubylców - chyba się nie spodziewali gości. To drugie stado wzięliśmy z Eco początkowo za krowy albo jakieś antylopy :D.
Obrazek
Obrazek

Stajemy na łąkach z widokiem na wieś. Tak, tu będzie dobre miejsce na obóz! Trzeba tylko znaleźć konkretny plac, taki aby był na pewno niewidoczny z dołu.
Obrazek

Dochodzi Neska, robimy przerwę. Schodzę nieco w dół zobaczyć okolicę, lecz tam wszędzie krzywo. Ostatecznie znajdujemy kącik na zarośniętej, dawno nie używanej przez sprzęt drodze. Zostawiamy tam nasze plecaki zabezpieczone folią malarską.
Obrazek

Niby trochę ryzykownie, lecz biorąc pod uwagę frekwencję na szlaku szansa, że ktoś je porwie, była bliska zeru. Okazało się zresztą, że bardziej mogły kusić w samej miejscowości...

Na luzie (Eco obciążony workiem ze śmieciami) złazimy w kierunku wioski fotografując okolicę.
Obrazek

Z tyłu widać Kloptaň. Dzięki Ci, Panie, że nie musimy już na niego wracać z zakupami!
Obrazek

Pod jedną z górek zabudowa jak z cygańskiego osiedla... zastanawialiśmy się na polanie ilu tam może być przedstawicieli narodu romskiego...
Obrazek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 08.10.2017 20:50

Na łące pełno min i pułapek pochodzenia naturalnego. Czyżby nie tylko sarny tutaj wypasali?
Obrazek
Obrazek

Dochodzimy do pierwszych domów - wita nas jakiś wściekły pies, na szczęście zza płotu. Przy pierwszym skrzyżowaniu widzimy grupkę chłopaków o śniadej cerze... No tak, to było do przewidzenia.

Z każdą kolejną chwilą oczy nam się otwierają bardziej - wszyscy ludzie w zasięgu wzroku mają ten sam lub podobny odcień skóry. Trafiliśmy do wyłącznie cygańskiej osady? Białych w ogóle nie widać! (Uprzedzając: Cyganie też są członkami rasy białej ;)).
Obrazek

Muszę przyznać, że zaczęliśmy się czuć trochę niepewnie. W dodatku Inez wlecze się z tyłu jakby specjalnie na złość, a wolimy ją mieć w zasięgu widzenia, bo nie wiadomo co wpadnie do głowy rozsadzanym przez hormony młodzieńcom, gdy zobaczą świeżego rudzielca :P.
Obrazek

O dziwo, większość cygańskich domów w centrum była dość zadbana. Skąd tylu się ich wzięło?

Odpowiedź przyszła po zajrzeniu do historii miejscowości: Mníšek nad Hnilcom (Einsiedel an der Göllnitz, węg. Szepesremete) od czasów spustoszeń po najeździe tatarskim, czyli od XIII wieku, zamieszkali głównie Niemcy karpaccy. Tak było w wielu miastach Spisza (gdyż na południowych krańcach tego regionu właśnie się znaleźliśmy). W okresie międzywojennym na 2088 obywateli aż 1905 było Niemcami, Słowaków doliczono się ledwie 115, a Romów kilkunastu. Po II wojnie światowej większość Niemców wywieziono, część ewakuowała się jeszcze przed frontem. Pewnej grupie udało się zostać, według ostatniego spisu stanowią niecałe 8% społeczności Mniška, a etnicznie zapewne jest ich więcej.

W domach poniemieckich zamieszkali Cyganie, jak to ma miejsce np. w Siedmiogrodzie. Być może gmina jakoś dokłada się do remontów budynków przy głównej ulicy, aby nie wyglądała ona jak po przejściu wrogiej armii, tak jak na obrzeżach...

Z obowiązku wspomnę o dwóch zabytkowych kościołach - katolickim i ewangelickim. Przed wojną większość wsi była ewangelicka, dzisiaj katolicka, lecz luteran jest tu nadal sporo.
Obrazek
Obrazek

Obok przystanku autobusowego i hasioków czekamy na Inez.
- Tu są sami Cyganie - stwierdza ze śmiechem.
Co za odkrycie :D!

Posuwamy się główną szosą aż do końcowego skrzyżowania szukając pizzerii, o której mówili nam na Kloptaňu spotkani Słowacy. Tej jednak nie ma. Na ratuszu wisi co prawda szyld restauracji, lecz to już przeszłość.
Obrazek

Otwarte są jedynie dwie knajpki. Bardzo nas to cieszy, lecz mielibyśmy ochotę coś zjeść poza porcjami w płynie.

Wybieramy większy lokal. W środku spelunkowato, tanio. Ciekawy strop. W telewizji mecz ligi angielskiej. Ale nie ma jedzenia. Najbliższa restauracja jest w sąsiedniej wsi. Szkoda.
Obrazek

Musieliśmy wyglądać na bardzo zawiedzionych, gdyż po jakimś czasie barman podchodzi z ulotką.
- Można zamówić pizzę. Wybierzcie sobie jakąś, ja zadzwonię, a oni tu dowiozą - mówi. Z nieba nam spadł ten dobry człowiek! Skwapliwie korzystamy z tej możliwości i faktycznie po jakimś czasie przyjeżdża facet z kartonową dostawą.
Obrazek

W międzyczasie obserwujemy z Eco życie na ulicy... Większość przechadzających się Cyganów to dzieciarnia: jakieś młokosy, miejscowe miss piękności śpiewające piosenki (poczuły więź z Neską, ta również śpiewała pod nosem, gdy się mijały :D), czasem ktoś na rowerze. Kilku nawalonych mężczyzn. Ale ogólnie raczej spokojnie, nikt nas nie zaczepiał. Z plecakami na pewno zwracalibyśmy większą uwagę.

Z kolei knajpa to enklawa białych - nie wiadomo skąd się wzięli, może wszyscy z wioski siedzą właśnie tutaj?

A swoją drogą - spis wykazał, że Romów jest w Mnišku tylko ponad 8%, trochę więcej niż Niemców. Na ulicy wydaje się, że 90%. ale Cyganie najczęściej deklarują się jako Słowacy i potem mamy taką fikcję.

Wychodzimy po ciemku, na ulicach zrobiło się pusto, wszyscy pochowali się w domach. Na wszelki wypadek jesteśmy uzbrojeni w butelki z piwem :D.

Podejście pastwiskami i ulga, że plecaki są na miejscu. Bez zbędnej zwłoki rozbijamy namiot.
Obrazek

Noc jest wyjątkowo ciepła, nikt nie ma szans zmarznąć. Ale śpię niespokojnie, ciągle zdaje mi się, iż słyszę jakieś trzaski, szelesty, hałasy. Od pierwszej pobudki o godzinie 6-tej to już tylko takie płytkie majaki... W pewnym momencie wydaje mi się, iż podjechał do nas samochód pełen starych Cyganów z łopatami, którzy zażądali abyśmy się... rozbroili, bo inaczej nas zatłuką! Co za koszmar!

Poranek jest słoneczny, choć od strony Kloptaňa zaczyna się chmurzyć. Mnišek i góry naprzeciwko nadal są promieniste.
Obrazek

Rozpalamy małe, pożegnalne ognisko. Nasze czwarte podczas tego wyjazdu. Będzie smaczne śniadanie.
Obrazek
Obrazek

Nagle cała okolica zaczyna rozbrzmiewać muzyką - z wiejskich głośników, pamiętających jeszcze Czechosłowację, leczą skoczne melodie oraz różnego rodzaju ogłoszenia. Gminne, kupna i sprzedaży, promocje... Nawet z domu wychodzić nie trzeba!

Pora w końcu się zbierać.
Obrazek

Podczas zejścia sesje fotograficzne...
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na ostatnim zdjęciu widać jak dolina Smolníka łączy się z doliną Hnilca (po prawej).

Okolice dworca kolejowego to zakłady przemysłu drzewnego - niegdyś Mnišek był miasteczkiem górniczym, teraz gospodarka opiera się na wycinkach.
Obrazek

Na łące mijamy traktor zbierający paliki, będące pozostałością dawnego ogrodzenia, oraz sprawców naturalnego pola minowego.
Obrazek

W wiosce znowu zaczyna huczeć muzyka - z przydrożnych głośników wyje na całą moc. Nie ma to jak ciche przedpołudnie ;).

Most nad Smolníkiem wygląda na jakiś nowatorski projekt.
Obrazek

Sam potok jest koloru bardzo rudego. Kawałek dalej wpada do Hnilca, przez chwilę utrzymuje jeszcze swoją odrębność, ale po kilkudziesięciu metrach poddaje się silniejszej barwie.
Obrazek

Na ulicach widać nawet kilku nie-Cyganów. W ogóle trwa jakaś mała wędrówka ludów, bo dużo osób idzie główną drogą w kierunku do i od dworca z siatkami oraz wózkami, ale nie wiadomo po co, gdyż sklepu tam nie ma.

Mijamy tartaki...
Obrazek

Mnišek nas żegna, a nie wita, a my zakończyliśmy górską część majówki.
Obrazek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 11.10.2017 14:35

Czerwiec.

Każde pasmo górskie ma swoje charakterystyczne punkty i najważniejsze szczyty. W Beskidzie Śląsko-Morawskim numerem jeden jest zdecydowanie Lysá hora, a numerem dwa? Obstawiałbym położony w zachodniej części Radhošť.

W lutym podczas wyprawy z tatą na Velký Javorník mieliśmy Radhošťa wraz z Radegastem ciągle na widoku i wiedzieliśmy, że musimy pojawić się i tam. W czerwcu, podczas słonecznej niedzieli, nadarzyła się okazja aby ten plan zrealizować w wersji trzyosobowej i żółto-kanarkowej (wszyscy ubraliśmy te same koszulki z zawodów biegowych :D).

Zaczęliśmy trochę nietypowo, bo najpierw zatrzymaliśmy się w Kunčicach pod Ondřejníkem (Kunzendorf), gdzie stoi... bojkowska cerkiewka.
Obrazek

Wybudowano ją w XVII lub w XVIII wieku; kolejnym pokoleniom grekokatolickich wiernych służyła w okolicach Swalawy w ówczesnym węgierskim komitacie Bereg. Po Wielkiej Wojnie znalazła się wraz z pozostałą częścią Rusi Zakarpackiej w granicach Czechosłowacji. Ponieważ w miejscowości powstała nowa murowana cerkiew, stara zaczęła szybko niszczeć. Przed całkowitą destrukcją uchronił ją Eduard Šebela, dyrektor spółki węglowej z Vítkovic, któremu podczas podróży po wschodzie kraju tak się spodobała, iż ją kupił. Świątynię w 1931 roku rozebrano, przewieziono pociągiem na Morawy i złożono od nowa, przy czym konieczne było postawienie nowego dachu i wieży, ponieważ oryginalne były zbyt zniszczone.
Obrazek

Jest to jedna z sześciu karpatoukraińskich cerkwi, które w okresie międzywojennym przeniesiono na teren dzisiejszej Republiki Czeskiej. Inną widziałem w Hradcu Kralove - tamta jednak nadal należy do obrządku wschodniego, natomiast w Kunčicach została prześwięcona i dziś to kościół katolicki św. Prokopa i Barbary. W środku klimaty po staremu z ikonostasem na czele.
Obrazek

Mocno wysłużonymi bocznymi drogami docieramy do nieodległych Trojanovic (Trojanowitz), gdzie w dolinie potoku Lomná znajduje się ogromny parking i centrum turystyczne. Spodziewałem się, że będzie tam tłumnie, ale ilość aut pobiła nawet moje wyobrażenia. Wolnych miejsc zostało już niewiele, dodatkowo należało odstać swoje w kolejce, ponieważ przy wjeździe samochody obsługiwała jedna pani zajmująca się kilkoma sprawami naraz.
Obrazek

Pisałem, że Lysá hora jest niewątpliwie najważniejszym szczytem Śląsko-Morawskiego, lecz pod względem liczby przewalających się osób Radhošť i okolica może być numerem jeden. No, ale wiedziałem na co się wybraliśmy.

Początek trasy zdaje się potwierdzać moje przypuszczenia, bo tłumek ludzi wali przed siebie, jednak na pierwszym skrzyżowaniu dochodzi do radykalnej zmiany - niemal wszyscy cisną prosto do wyciągu, który wywiezie ich szybko na górę. Na szlak pieszo-rowerowy decydują się nieliczni, głównie pojedyncze rodziny z wózkami lub zdesperowani i zasapani miłośnicy dwóch kółek.

Mijamy częściowo zarośnięty kamieniołom.
Obrazek

Na zakręcie stoi krzyż ze świętym obrazkiem - zielono-białe zdobienia są charakterystyczne dla architektury Morawskiej Wołoszczyzny (Valašsko), której ziemie rozciągają się na zboczach gór z drugiej strony Radegasta, ale i ten rejon pograniczna znalazł się w zasięgu wołoskich wpływów.
Obrazek

Za obrazem od wyasfaltowanej trasy rowerowej szlak odbija ostro w prawo. Nikt tam jednak nie skręca oprócz nas. Na drzewie widać przyczepioną kartkę: Uwaga, ścinka drzew. Zakaz wstępu. Psia kość! Myślimy, myślimy i stwierdzamy, że w niedzielę raczej nikt tam nie będzie pracował.

Mieliśmy rację, a dzięki temu ruchowi mamy niemal całe podejście tylko dla siebie :). Ścieżka prowadzi głównie lasem, widoków prawie brak, tylko raz czy dwa objawia się Pustevny z trasami zjazdowymi dla narciarzy.
Obrazek
Obrazek

W górnej części pojawia się połać wyciętych drzew - sprawiają trochę kłopotów, lecz po kilkuset metrach wszystko wraca do normy. Dopiero daleko wyżej spotykamy dwie kilku osobowe grupki turystów, którzy już schodzą w dół.

Nieco po ponad godzinie dochodzimy do grani. Tutaj cisza i spokój gwałtownie się kończą - szeroką ceprostradą przechadzają się prawdziwe tłumy! Odzwyczaiłem się od takich klimatów.

Po południowej, "wołoskiej" stronie, rozciągają się polany, dzięki którym mamy widoki w tamtym kierunku. Na pierwszym wyraźnym planie widać Góry Hostyńsko-Wsetyńskie (Hostýnsko-vsetínská hornatina), które Czesi zaliczają do Beskidów Zachodnich, natomiast polski podział do Karpat Słowacko-Morawskich. Za nimi majaczą pojedyncze szczyty Jaworników (Javorníky), oddalonych o niecałe 30 kilometrów.
Obrazek
Obrazek

Wraz z tłumem podążamy na zachód. Tam większość ludzi zatrzymuje się przy hotelu górskim "Radegast" reprezentujący typowy styl turystyczny z lat 30.. Przypomina trochę większą wersję schroniska pod Równicą.
Obrazek

Zostawiamy go na później, chcemy przedtem wejść na szczyt Radhošťa (1129 metrów n.p.m.). Jest to siódma pod względem wielkości góra Beskidu Śląsko-Morawskiego i ostatni tysięcznik w kierunku zachodnim. Rozpoznać można go z daleka z powodu nadajnika telewizyjnego i znacznie ładniejszej dla oka kaplicy św. Cyryla i Metodego.
Obrazek

Według legend mieściła się tutaj pradawna siedziba Radegasta - boga słońca, walki i zwycięstw (a także urody i obfitości). Słowiańscy wyznawcy pielgrzymowali na górę aby składać mu dary, również świętować przesilenie letnie. Nie pomogła (także legendarna) interwencja świętych Cyryla i Metodego, którzy na szczycie wznieśli krzyż - kult nie wygasł, przeniósł się tylko do podziemi, gdzie miała znajdować się złoty posąg boga.

Do tej historii nawiązuje kaplica z bizantyjską kopułą, która stanęła na wierchu w 1898 roku. Początkowo była kamienna, jednak w 1924 roku podczas remontu dobudowano drewnianą dzwonnicę i ściany także obłożono drewnem.

W 1931 roku obok pojawiła się rzeźba obu świętych.
Obrazek
Obrazek

Wokół świątyni tłumnie, ale w środku już spokojniej. Wnętrze skromne.
Obrazek

Na dzwonnicę, z której rozciąga się panorama okolicy, nie wchodzi prawie nikt. Chyba żal im było wydać 5 lub 10 koron (już nie pamiętam dokładnie ceny).

A widoki są ładne.

W kierunku północno-wschodnim na pierwszym planie po prawej wypina się Nořičí hora. Zza niej i lekko po boku wychyla się Velká Stolová - na oba szczyty nie prowadzi żaden szlak. Jeszcze wyżej horyzont zamyka Lysá hora z wyraźnie widocznym nadajnikiem. To nie tak daleko, bo 17 kilometrów. Z kolei centralnie nad Nořičí horą widać zarys Javorovego (31 kilometrów). Tą część pasma zamyka Ropička i Prašivá. Następnie głęboka dolina Ostravicy i masyw Ondřejníka, który też chciałbym kiedyś odwiedzić. Ogólnie to jedno z lepszych ujęć Beskidu Śląsko-Morawskiego.
Obrazek

Północ to pagórkowate Pogórze Morawsko-Śląskie (Podbeskydská pahorkatina). Na samym środku kopiec Tichavská hůrka (542 metry), pod którym rozlewa się zabudowa Frenštátu pod Radhoštěm.
Obrazek

Zachód reprezentuje Velký Javorník - widać wieżę widokową i dach schroniska, w którym zimą stołowałem się z tatą. Na lewo od niego inne szczyty Veřovickich vrchów, najbardziej zachodniej części Śląsko-Morawskiego.
Obrazek
Obrazek

Najgorzej patrzy się na południe, gdzie skutecznie wepchnął się nadajnik, w dodatku to samo można zobaczyć z poziomu gruntu na szlaku.
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 13.10.2017 18:01

Po zejściu usiłowałem zrobić kilka zdjęć pomnika świętych, ale okazało się to niemożliwe z powodu naporu tłumu; w dodatku jakaś grupa osób w mocno dojrzałym wieku zaczęła przy nim gwałtownie dyskutować z jakiego materiału jest on wykonany. Już kiedyś pisałem, że emeryci w kupie bywają bardziej hałaśliwi niż dzieci :D.

Pozostaje nam uwiecznić się na tle innych odwiedzających.
Obrazek

Po niebie co jakiś czas przelatuje samolot marki Zlín - z uporem maniaka zatacza koła nad kaplicą i okolicami, zupełnie jakby przygotowywał się do bombardowania.
Obrazek

Na pierwszy posiłek udajemy się do wspominanego hotelu "Radegast". Na zewnątrz gęsto, ale w środku wolne stoliki. Ceny raczej wysokie. Zamawiamy czosnkową - podana w pięknym naczyniu, ale koło czosnku to nawet nie leżała.
Obrazek

Bez żalu zostawiamy tą miejscówkę i razem z ludzką falą płyniemy granią w kierunku wschodnim.
Obrazek
Obrazek

Czasem trafia się bezludna dziura!
Obrazek

Długo się zastanawiałem jakie pasmo widać tutaj. Kombinowałem i kombinowałem i w końcu wyszło, że to Wielka Fatra - na lewo Chleb i dwa Krywanie. Oddalone są o ponad 65 kilometrów. Znacznie wyraźniej rozciąga się beskidzkie pogranicze czesko-słowackie.
Obrazek

Po drodze (głównie gruntowej i szutrowej, czasem pojawia się i asfalt) są dwa punkty widokowe w kierunku północno-wschodnim, więc widzimy to samo co z dzwonnicy kaplicy. Zlokalizowane są na przecinkach, w których kiedyś działały wyciągi narciarskie; przy pierwszym nadal stoją słupy orczyków, ale chyba dawno z nich nie korzystano.
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek

No, widać prawie to samo, bo możemy spojrzeć w kierunku Radhošťa, któremu towarzyszy hotel "Radegast" i wieża na Velkým Javorníku.
Obrazek

Między punktami znajduje się szczyt Radegast (1106 metrów). Z tym nazewnictwem to ciekawa sprawa, bowiem i Radhošť i Radegast to nazwa tego samego boga. To tak jakbyśmy nazwali jedną górę imieniem Jarka, a drugą Jarosława :D.

Szczyt jest dość płaski i rozpoznać go można jedynie po ogromne rzeźbie bóstwa stojącej przy rozwidleniu, przy której ludzie kręcą się jak muchy koło końskiej kupy.
Obrazek

Pomnik wykonał w 1931 roku czesko-amerykański rzeźbiarz Albín Polášek, który pochodził z Frenštátu. Był on także autorem kompozycji Cyryla i Metodego obok kaplicy.

Z biegiem lat rzeźba niszczała i zaczęła pękać. W latach 90. kamienny oryginał zastąpiła granitowa kopia - wymianę sfinansował browar... Radegast ;). Pierwotny obiekt ważył ok. 1400 kg (emeryturę spędza we frenštáckim ratuszu), obecny już 3200. Jest wysoki na ponad trzy metry.

Musi ładnie wyglądać np. zimą, mnie nie udało się zrobić zdjęcia bez dzieciaków, które wydawały się do niego przylepione :P.
Obrazek

Jest jeszcze jedna kwestia dotycząca samego boga Radegasta. Był on czczony przez Słowian Połabskich, choć część badaczy uważa, iż to tak naprawdę lokalna nazwa Swarożyca, a nie osobnego przedstawiciela boskiego panteonu. W XVIII wieku nagle pojawia się tutaj w miejscowych tekstach. Tylko w tej części Beskidów, nigdzie indziej na Morawie ani w Królestwie Czeskim. Dość daleko od Bałtyku, gdzie funkcjonował jego kult. Dlaczego? Jest to zagadka, której do tej pory nie wyjaśniono.

Idziemy dalej.

Obok bardzo niewygodnych schodów stoi altana Cyrilka z 1894 roku. Niby widokowa, ale okoliczne drzewa były na tyle bezczelne, iż przesłoniły niemal wszystkie widoki.
Obrazek

Jedyne co widać to niezbyt odległe Čertův Mlýn i Kněhyně, a z boku wierzchołek Lysej hory. Może zimą drzewa tak nie przeszkadzają, ale dziś lepiej zejść trochę niżej i mamy to samo, ale w szerszym ujęciu.
Obrazek

Zbliżamy się do przedsionka piekieł - przełęczy Pustevny (1018 metrów). Od północy (kraj morawsko-śląski) można tu wjechać wyciągiem, co uczynili niemal wszyscy zostawiający samochody na parkingu, od południa (kraj zliński) prowadzi normalna droga dojazdowa. Zatem trudno się dziwić, że klimatu górskiego tu za grosz.
Obrazek

Oprócz straganów z mydłem i powidłem, wypożyczalni koloběžek i dziesiątek różnych rzeczy, można skorzystać z kilku obiektów gastronomicznych. Najsympatyczniej wyglądają drewniane budki na skraju, niektóre z nich stylizowano na styl wołoski.
Obrazek

Zamówiłem valašskego bramboráka. Byłem ciekaw czym różni się od zwykłego... Z wyglądu niczym - normalny gruby placek. W smaku wydawał się trochę bardziej doprawiony niż normalny. Okazuje się, że do kartofli dodają... słodką kapustę. Heh, nigdy bym na to nie wpadł :D.
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 16.10.2017 12:32

Pustevny słynęł z dwóch przepięknych budynków zaprojektowanych przez samego Dušana Jurkoviča, którego jestem ogromnym fanem! Wybudowano je w 1898 roku dla Pohorskéj jednoty Radhošť (najstarszej czeskiej organizacji turystycznej - pisałem o niej kiedyś przy okazji Velkeho Javorníka).

"Libušín" i "Maměnka" cieszyły oczy do marca 2014 roku, kiedy to ten pierwszy częściowo spłonął - zagładzie uległ dach oraz część wnętrz wraz z malowidłami. Resztki rozebrano, wkrótce ma się zacząć odbudowa.
Obrazek

Do "Maměnki" ogień nie dotarł, zatem ciągle możemy zachwycać się jej pięknem i specyficznym stylem Jurkoviča - połączeniem secesji, słowiańskich i wołoskich elementów ludowych.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Dziełem Jurkoviča jest również skromna dzwonnica, której pierwotne kolory się nie zachowały.
Obrazek

Zanim zaczniemy wracać postanawiamy jeszcze pójść na Tanečnicę - szczyt jest zarośnięty, nic z niego nie widać, ale zawsze to kolejny do kolekcji ;). Obchodzimy potężnych rozmiarów hotel, który prezentuje architekturę zupełnie innego rodzaju...
Obrazek

...a za nim kontenery obite... gontem. Kamuflaż?
Obrazek

Na Tanečnicy (1084 metry) jest tabliczka oraz pole kamiennych kopczyków ustawianych przez turystów. Takich pól widzieliśmy dziś kilka i w każdym coś dołożyliśmy.
Obrazek

Po powrocie na Pustevny szukamy naszego szlaku, bo w miejscu gdzie się on znajduje Czesi urządzili niezły rozpiździel i składowisko różnych materiałów - okolica to jeden wielki plac budowy.
Obrazek

W końcu udaje nam się odnaleźć niebieskie znaczki (są nawet na widocznym na zdjęciu słupie) i rozpoczynamy zejście. Mniej więcej połowa jest bardzo stroma, nawet trawersowanie nie pomaga i kolana zaczynają się odzywać. Tylko w jednym miejscu można coś zobaczyć przy dawnej trasie zjazdowej - pozostały odcinek to las.
Obrazek
Obrazek

Gdy osiągamy potok Lomná robi się niemal płasko i tempo znacznie się zwiększa.
Obrazek

Przy dolnej stacji wyciągu pustawo, większość osób albo jest jeszcze na górze albo w drodze do domu (na szlaku nie było nikogo). Parking także już mocno wyludniony, Pustevny, Radegast i Radhošť traktowane są zazwyczaj jako cele krótkich spacerów, a nie na całodniowe wędrowanie.

Czy warto się tutaj wybrać? Ciężko będzie uniknąć tłumów w weekendy, chyba tylko przy bardzo brzydkiej pogodzie. W wakacje zapewne także wędruje granią masa ludzi. Jeśli jednak zagryziemy zęby to czeka nas garść ładnych widoków i kilka przykładów ciekawej architektury :).

Widoczek z drogi powrotnej na góry po których chodziliśmy.
Obrazek

Jak niemal zawsze zatrzymujemy się na późny obiad w Vojkovicach w browarze restauracyjnym "U koničká". Są więc rzeczywiście koniki...
Obrazek

...bardzo towarzyskie. Jest zestaw serów, a z piw sezonowych APA.
Obrazek

A dla koneserów ostatni widok na Lysą horę za płotem ;).
Obrazek
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 21.10.2017 18:29

Rok temu po raz pierwszy odkryłem z plecakiem uroki Beskidu Niskiego. Nadszedł lipiec 2017 i postanowiłem zawitać tam po raz kolejny, ale tym razem skupić się głównie na jego wschodniej części.

W upalne wtorkowe popołudnie spóźniony autobus przyjeżdża do Iwonicza-Zdroju, jednego z najstarszych polskich uzdrowisk. Zabytkową zabudowę widać wszędzie, choć często jest czymś zakryta.
Obrazek

Podchodzę do nieodległego drewnianego kościoła św. Iwona (lepiej by brzmiało św. Iwony, a nie tak dżenderowsko) z 1895 roku. Ładna świątynia ginie w cieniu współczesnej, bezpłciowej.
Obrazek
Obrazek

Zarzuciwszy z Neską plecaki ruszamy głównym deptakiem. Budynek z wieżą to "Bazar", po jego sąsiedzku restauracja "Zdrojowa", która jednak nas nie zachęciła.
Obrazek
Obrazek

Pijalnia wód z okresu międzywojennego - w środku całkiem ładne wnętrza.
Obrazek
Obrazek

W parku najważniejszy gmach to "Stary Pałac". A nawet najstarszy w miejscowości, bo z 1840 roku.
Obrazek

Wszystko to w miarę zadbane, ale w porównaniu choćby z morawskimi Luhačovicami, w których byłem miesiąc wcześniej, to sporo tu typowej polskiej pstrokacizny reklamowej. Remont głównej drogi w szczycie sezonu turystycznego też nie jest najlepszym pomysłem.

Ostatnim z zabytkowych obiektów jest pensjonat "Biały Orzeł", wybudowany w 1912 roku w stylu szwajcarskim.
Obrazek

Potem robi się znacznie mniej tłoczno. Mijamy zdewastowany i nieczynny basen (bardzo by się tu przydał) oraz muszlę kloz... koncertową. A za nią pozostałości po kompleksie skoczni narciarskich. Choć w niektórych opracowaniach jest mowa, iż zostały one częściowo wyremontowane, to obecnie korzystać z nich mógłby chyba tylko samobójca. Jedynie blaszana budka sędziowska jako tako stoi.
Obrazek

Trafiamy na węzeł szlaków. Iwonicz, wraz z sąsiednim Rymanowem, postawił ostatnio na turystykę aktywną i okolica pełna jest ścieżek oraz tras wyznakowanych przez gminy. Zielony szlak po krótkim odcinku w lesie wyprowadza nas na rozległe polany.
Obrazek

Stopniowo ciśniemy do góry mijając się ze schodzącymi spacerowiczami. Kiedyś w tym miejscu znajdowała się łemkowska wieś Wólka, którą po wojnie wywieziono w całości do Ukraińskiej SRR.
Obrazek

Naszym pierwszym celem jest grzbiet Przymiarki, z którego rozciąga się panorama okolicy. Ponieważ blisko niego można dojechać samochodem, to trudno się dziwić, iż rzadko bywa pusty.
Obrazek

Szczyt z krzyżem błędnie opisano jako Patryja, która w rzeczywistości jest dalej na wschód.

Najbardziej podoba mi się widok na południe - dolina Taboru, w której leży m.in. Królik Polski, nad nią Dział, a w środku odległy o 16 kilometrów Kamień, przez który biegnie granica ze Słowacją i znajduje się kilka cmentarzy wojennych.
Obrazek

W kierunku północno-zachodnim błyszczą się blokowiska Krosna na tle Pogórza Dynowskiego z kopulastą Królewską Górą (24 km).
Obrazek
Obrazek

Znacznie bliżej jest Cergowa, nad którą krążą podejrzanie ciemne chmurzyska.
Obrazek

Robimy sobie postój we pobliskiej wiacie. Na nocleg raczej się nie nadaje, na podziwianie okolicy owszem.
Obrazek

Kawałek dalej szlak schodzi z głównego grzbietu. Ktoś w tym miejscu buduje sobie chałupę - dach niezbyt tutaj pasuje, ale reszta nawiązuje stylem do dawnego budownictwa.
Obrazek

Przymiarki mają przyciągać ludzi widokiem na Tatry. Dziś na szczęście nie było dane nam ujrzeć ich niewielkiego skrawku (bo tylko taki czasem wystaje zza Beskidów), ale nie można o tym zapomnieć bo co chwilę mijamy takie o to durne tabliczki! :D
Obrazek

Czy zobaczymy Tatry? Nie. Czy zobaczymy Tatry?? Nie! Czy zobaczymy Tatryyy? Nieeee!

I tak przez całą drogę w dół, do doliny.
Obrazek

Tam będziemy szli za jakiś czas...
Obrazek

Schodzimy do drugiego uzdrowiska - Rymanowa-Zdroju. Jest znacznie młodsze od Iwonicza, ale ciężko mi je porównać, bo zahaczyliśmy tylko o jego niewielką, południową część. Ale nawet tu można skosztować zdrowego napitku w Przepompowni Wód Mineralnych.
Obrazek

No cóż, smakowało paskudnie ;).

Na pierwszym zakręcie obijamy w prawo, gdzie poprowadzi nas Główny Szlak Beskidzki. Za pomnikiem Tysiąclecia Państwa Polskiego znajduje się tajemniczy ośrodek: "Podk Rpackie Ce Rum Rehabili Acji Kardiologic Nej "Polonia"". Ciekawe w jakim to języku?
Obrazek

Obok niego wyburzany budynek sąsiaduje z sanatorium.
Obrazek

Jakaś pani widząc nas z plecakami woła głośno pytania czy chcemy spać w lesie i czy nie boimy się niedźwiedzia? Phi, to niedźwiedź powinien bać się nas!
piotrf
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 14121
Dołączył(a): 26.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piotrf » 21.10.2017 23:45

Chodziliście po "moim podwórku" i nie chwaliliście się :roll:

Niedźwiedzia Rymanów widział . . . chyba tego , który z Krupówek przyjechał na gościnne występy . . .

Tak Iwonicz jak i Rymanów potraktowaliście po macoszemu :oczko_usmiech: a szkoda , bo wiele dobrego tam zrobiono ; skocznie Iwonicza Zdroju to jedyne skocznie na których skakałem - na temat ich remontu pewnie książkę można napisać :wink:


Pozdrawiam
Piotr
Pudelek
Cromaniak
Posty: 1278
Dołączył(a): 06.03.2010

Nieprzeczytany postnapisał(a) Pudelek » 22.10.2017 00:06

Iwonicz był jedynie punktem startowym, a Rymanów to już w ogóle tylko cichaczem, bo w końcu szliśmy w Beskid Niski, a nie klimat uzdrowiskowy ;)
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



Pudelkowe wędrówki po górach - strona 9
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Forum wykorzystuje oprogramowanie M 2.0. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2018