Chorwacja Online..........odkryj Chorwację na forum obecnych i przyszłych Cromaniaków

Elafonissos - Grecja

Słowenia, Czarnogóra, Albania, a nawet Grecja, Włochy, Hiszpania, a może Floryda, albo ... Słowacja?
[Nie ma tutaj miejsca na reklamy. Molim, ovdje nije mjesto za reklame. Please do not advertise.]
perkac
Globtroter
Posty: 56
Dołączył(a): 26.06.2011

Nieprzeczytany postnapisał(a) perkac » 09.11.2011 12:49

możesz coś napisac o campingu na elafonisos?
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 09.11.2011 13:49

Niestety nie, ale Kowal na nim odpoczywał. Odszukaj jego relację na forum.
mutiaq
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 1890
Dołączył(a): 19.02.2007

Nieprzeczytany postnapisał(a) mutiaq » 09.11.2011 22:08

Noooo super relacja, wszystko dokładnie opisane :)
No... I oczywiście zdjęcia :)
Pozdrawiam!
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 10.11.2011 10:47

Elafonissos

Nasz pobyt na Elafonissos ustabilizował się. Rano szedłem po chleb.

Obrazek
Te wygodne meble umilają oczekiwanie na gorące drożdżówki (od 1E sztuka)

Za przesmaczną, wyrosniętą wekę płaciłem 2E. Potem już tylko śniadanie dla dwojga, relaks na balkonie dopóki nie było zbyt gorąco i podziwianie widoków (nigdy nam się nie znudziły).

Chwila relaksu przy książce i włączonej klimie i już koło południa szliśmy "do miasta".

Obrazek

Samo Elafonissos składa się dwóch portów: promowego i "małego" czyli dla reszty. Rozdziela je falochron...

Obrazek

zakończony czymś takim...

Obrazek

a na którym umiejscowiona jest sympatyczna kawiarnia.

Obrazek

Jako gratis do kawy i wiadomości z Polski mamy takie coś:

Obrazek

Obrazek


Główna droga miasta jest zamykana od godziny 21.00 do 1.00. W tym czasie okoliczni restauratorzy ustawiają po dwa/trzy rzędy stolików. Przez pierwszy tydzień naszego pobytu urzędowała tam kupa luda. Dopiero w drugim tygodniu zrobiło się na tyle luźno, że stoliki ograniczano do jednego, góra dwóch, rzędów.

Największą (i chyba jedyną) atrakcją Elafonissos jest kościół pw. św. Spiridona.

Obrazek

Wieczorne nastroje

Po kawie, drobnych zakupach, regularnej ucieczce przed spiekotą, wreszcie po fantastycznym plażowaniu można było oddać się romantycznemu nastrojowi z aparatem w ręce.
Z ręką na sercu przyznaję, że zachody słońca na wyspie nie umywają się do tych z Żuljany, Marusici czy Dubrownika. Co oczywiście nie znaczy, że są brzydkie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Komarów nie było!
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 14.11.2011 10:51

Czas ruszyć się poza Elafonissos.

Dobrym powodem była potrzeba uzupełnienia zapasów. Sam pomysł kupowania czegokolwiek na miejscu powodował obfitszy niż zwykle słowotok Pani Aleksandry. "Never, never, never. We have all very expensive...".

Ponoć dobrym wyjściem byłoby popłynąć do Neapolis. Tam można zrobić zakupy zdecydowanie taniej. "Z portu pójdziecie cały czas prosto, prosto i zobaczycie supermarket. Tam jest TANIO" przekonywała Gospodyni".

Najpierw trzeba było dowiedzieć się w jakich godzinach płynie statek do Neapolis. To akurat było dosyć proste, bo na wielu wystawach był wywieszony rozkład "jazdy" łodzi Pana Vassilisa Papoulisa. Problemem było dowiedzieć się GDZIE ta łódź cumuje. Być może panie, które akurat miały to nieszczęście, że były w sklepie, gdy pytałem je o miejsce cumowania wiedziały, gdzie jest łódź,a le chyba nie pojmowały o co je pytam (ale zawile to napisałem...)
Zbawieniem okazała się sympatyczna pani z obsługi dużego portu. Powiedziała zwyczajnie, ze łódź cumuje w "little port". To wystarczyło.

Imponujące to nie było. Ot dawny kuter przerobiony na wodny tramwaj. Ale za to miał imponujący cennik.

Obrazek

Z tym cennikiem wiąże się anegdota. Koledzy z pracy wysłali mi wiadomość, że domagają się konkretnego dowodu na nasz pobyt w Grecji, bo piaszczyste plaże są również nad Bałtykiem i tak do końca nie wiadomo gdzie jesteśmy. No to im wysłałem cennik. Niech kombinują.

Morze jak lusterko, więc płynęło się przyjemnie.

Obrazek

Neapolis wygląda tak sobie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
Schody były imponujące

Obrazek

Obrazek

Ceny w sklepach faktycznie były niższe, ale bez przesady. Co prawda arbuz nie kosztował już 1E za kilogram, tylko 40 centów, ale za to na winogronach różnica wynosiła tylko 20 centów, czyli 1,6 E/kg.

Zakupy zrobiliśmy szybko, zwiedzać nie było co. Ot, hotel koło hotelu czasem rozdzielony sklepem lub kawiarnią. Plaże kamieniste, mało zachęcające.
Ale chętnych nie brakowało.

Obrazek

Do odpłynięcia zostało trochę czasu więc zasiadamy w przyjemnej kawiarni i raczymy się napojami.

Obrazek

Ten prom płynął na Kithirę. Okrutnie kusiło nas, żeby zapakować siebie i Strzałę, i pozwiedzać kolejną wyspę, która rości sobie prawa do miejsca narodzin Afrodyty. Antyafrodyzjakiem takiego chciejstwa okazała się cena - 70E w jedną stronę...

Obrazek

Znajomy widok, czyli koniec wycieczki. W planach plażowanie :)

Obrazek
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 21.11.2011 12:49

Przepraszam, że przez kilka dni nic nie napisałem, ani nie wkleiłem, ale miałem tak zakręcone dni, że nie dałem rady.
Mam nadzieje, że dzisiejsze fotki wynagrodzą ten stracony czas :)

Monemvasia

Jak sami zauważyliście, nasze życie na Elafonissos nie obfitowało w emocjonujące chwile. Może z wyjątkiem wieczoru, kiedy to "dopadł" nas kotek, w wersji "zadziorek" i koniecznie chciał się bawić. Przez jakiś czas nawet nas to bawiło, ale kotecek szedł wciąż za nami. W żadnym wypadku nie dawał się spłoszyć, ani nie reagował na argumenty "mama na ciebie czeka".
W końcu kotu zachciało się sikać, a my korzystając z okazji, daliśmy nogę. Dwoje dorosłych ludzi uciekało przez kociakiem...

Rozbawiony zadzwoniłem do brata i mówię mu o kocie, a ten, wróżka jedna, mówi, że na 100% cwaniaczek nas znajdzie. I miał rację, ale o tym przy innej okazji.

Znudzeni nieco monotonią życia codziennego postanowiliśmy odwiedzić Monemvasię. Po przeprawieniu się promem to niecałe 40 km.

Czy ktoś słyszał o "MS minutach"? Instalatorzy Windows wiedzą co to takiego :). W czasie instalacji pojawia się komunikat, że do końca zostało np. 10 minut i trwa to jakieś pół godziny.

Te ~40 km do Monemvasii to były "MS kilometry".

Najpierw trzeba było wydrapać się na wysokość ponad 500 m n.p.m.

Obrazek

Potem trawers góry...

Obrazek

Zdobyć szczyt...

Obrazek

I odetchnąć z ulgą, że tędy nie muszę już jechać.

Obrazek

Śmiech, śmiechem, ale rzadko wrzucałem trzeci bieg. To niecałe 40 km trwało. Basia piszczała, że albo walniemy w skałę, albo spadniemy w przepaść. Innej opcji nie było. Jedynie widoki rekompensowały ten stres.
Na szczęście ruch był żaden i tylko raz musiałem minąć się z kamperem. Na szczęście niedaleko było coś w rodzaju zatoczki autobusu (sic!) i tam wycofałem się tych kilka metrów.

Każda góra składa się z podjazdu, szczytu i zjazdu. Zjazd do Monemvasii był równie karkołomny, jak podjazd. Ale to nic z porównaniu z tym, co zobaczyliśmy.

Obrazek

Teraz już wiem, dlaczego miejsce to nazywane jest greckim Gibraltarem.

Żeby było trudniej, parkujemy Strzałę przed mostkiem i ruszamy na piechotę.

Obrazek

Nie był to dobry pomysł. Żar lał się z nieba niemiłosiernie, odległość jakiś kilometr.
Po drodze zaliczamy "tolkienowskie" klimaty.

Obrazek

Dalej to już samochodem nie dojedzie. Najwyżej na osiołku.

Obrazek

A ja, głupi myślałem, że w Omiszu uliczki są wąskie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pamiętacie film "Złodziej z Bagdadu"? Jest tam scena, gdy główny bohater ucieka przez wrogami i nieustannie skręca w zaułki, uliczki, bramy...
Kto wie, czy tych scen nie kręcono w Monemvasii.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeszcze mamy "zachciewajkę", żeby wypić frappe z widokiem na dachy i morze, ale, o zgrozo, NIE MA! Skonfudowani takim despektem postanawiamy się wynieść z tak niegościnnego miasta.
Pocieszamy się tym napitkiem w podgrodziu i wracamy do Elafonissos. Tym razem w kierunku na Spartę. Droga dłuższa, ale szybsza i łatwiejsza.
taurus
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 698
Dołączył(a): 11.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) taurus » 21.11.2011 13:09

Witam

Zamierzam Elafonissos i Monemvasie odwiedzić w przyszłe wakacje wycieczką z okolic Nafplio.

Jestem ciekawy ile czasu zajmie mi droga?

Zdjęcia super klimatyczne.

Pozdrawiam
kulka53
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 10989
Dołączył(a): 31.05.2006

Nieprzeczytany postnapisał(a) kulka53 » 21.11.2011 13:17

taurus napisał(a):Jestem ciekawy ile czasu zajmie mi droga?

Zależy którędy pojedziesz...
Jeżeli przez Leonidio, to trzeba liczyć minimum 3 godziny do Monemwazji.
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 21.11.2011 13:26

taurus napisał(a):Zdjęcia super klimatyczne.


Dzięki :)

Mam tego więcej, ale nie chciałem zapychać forum.
taurus
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 698
Dołączył(a): 11.06.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) taurus » 21.11.2011 14:24

kulka53 napisał(a):Zależy którędy pojedziesz...
Jeżeli przez Leonidio, to trzeba liczyć minimum 3 godziny do Monemwazji.


Zastanawiałem się nad jazdą droga krajową nr 39 przez Sparti.. Ale twoją propozycję również rozważę.

Dziękuję i pozdrawiam
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 22.11.2011 11:40

Miało być o kocie

W drugim tygodniu naszego pobytu zostaliśmy sami. I to nie tylko, jako jedyni wczasowicze, ale jedyni w całym budynku. Rano przychodził jakiś gość, włączał podlewanie oliwek (każde drzewko było indywidualnie podlewane), chwilę się pokręcił, powiedział "kalimera" i znikał.

Przedostatniego wieczora widzimy... kota. Duże toto nie było.

Obrazek

Chwila zastanowienia... tak, to ten sam kotecek, który atakował nas ambitnie kilka dni temu. Jednak nas znalazł.
W Elafonissos, było sporo kotów. Trzymały się portu i wyglądały całkiem dobrze. Ten niestety, to sama skóra i kość. Aż serce się ściskało. W dodatku jadł jakąś rybną breję, którą facet mu rzucił. Jadło to biedne kocisko razem z ośćmi. Dławił się, raz nawet zwymiotował. Ale co robić? Żyć trzeba.

Zostało nam sporo mielonki, którą kupiliśmy w Neapolis. Basia się tego nie tknęła, a dla mnie było zjadliwe w niewielkich ilościach. Dla kotka zostało aż za dużo.

Kicia nie wybrzydzała. W porównaniu z tymi rybnymi syfami musiał mieć kocie niebo w pyszczku. Rzucił się na to z takim animuszem, że obawialiśmy się przejedzenia. Ale kocisko się pilnowało. Pojadł, popił, a potem zaczął wojować.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Mam nadzieję, że kot ma się dobrze.

Niestety był to nasz ostatni wieczór na wyspie. Wiem, że nastawialiśmy się na zwiedzanie starożytności, a wyszło wielkie nic. Planowałem nawet wydrapać się na najwyższy szczyt. Nie był daleko, ale było za gorąco. Z każdym dniem coraz lepiej rozumiałem Pamelę i Kowala, którzy sporo miejsc podziwiali na widokówce.

A myśl, że miałbym jechać prawie 250 km do Myken po tych serpentynach, górach... Dnia by było mało. Może w przyszłym roku? Zakotwiczyć się w północnej części Peloponezu i zwiedzać. Zobaczymy!

Jedziemy na plażę. Dziś jakoś inaczej patrzymy na znane nam miejsce. Było bardzo cicho i spokojnie.

Obrazek

Jadąc na plażę mijaliśmy kapliczkę. Obiecałem sobie, że koniecznie muszę ja oglądnąć z bliska.

Obrazek

Zrobiłem to w ostatnim dniu.

Obrazek

Obrazek

Daleko nie było :)

Z rozpędu jedziemy do centrum. Kilka fotek na koniec.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy. Jeszcze ostatni raz aparat na statyw i zabawa z długim naświetlaniem.

Obrazek

Jutro odpływamy pierwszym promem.
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 23.11.2011 13:47

Pierwszy prom odpływał o siódmej rano.

Na nogach byliśmy odpowiednio wcześniej. Szybkie dokończenie pakowania, śniadanie, reszta mielonki wystawiona dla kota. Jeszcze tylko trzaśniecie drzwiami apartamentu (były uszczelnione i inaczej się nie dało) i jedziemy. Nikt nas nie żegnał, nawet kot.

Przeprawiamy się na drugą stronę i zaczynamy powrót do domu.
Tym razem podróż zaplanowaliśmy z dwoma noclegami. Pierwszy miał być w Chalkidonie, drugi w Mohaczu. Dodatkowo planujemy zakupić w Sparcie suweniry, czyli piwo FIX. Jak nie przepadam za tym napojem, tak ten mi smakował i postanowiłem uszczęśliwić Marcina kilkoma puszkami.

Kierunek Sparta. Tu nie ma co się rozwodzić. Może tylko to, że Eurotas był wyschnięty, a Liedl miał wąską ofertę (tylko niemieckie piwa). Dobrze, że niedaleko był Carrefour i tam kupiłem to, co chciałem.
Jeszcze tylko dojazd do Aeropolis i jesteśmy na autostradzie. Zaplanowałem sobie zatankowanie w okolicy Aten, a potem już w Macedonii. Na swoje nieszczęście tankowałem zwykłego diesla na stacji EKO (jak raz nie było eurodiesla) i po 400 km miałem 1/4 baku zapasu.

Tu muszę wyjaśnić, że Strzała przy szybkości 120-130 km/h spala ~5,5 l/100 km. I chociaż wskaźniki paliwa w Ibizach znane są z kantowania, to aż tak źle nie było.

W dodatku "przestrzeliłem" zjazd na Chalkidon i gnałem w kierunku Tesalonik. Żeby nie było zbyt monotonnie zgasł mi GPS. Zepsuł się rozdzielacz zasilający lodówkę i nawigację. Ale to wyczaiłem dopiero na parkingu. Wcześniej "jechałem w ciemno". Lodówkę wypinamy, nawigacja przelicza drogę i jedziemy. W sumie nadłożyliśmy 19 kilometrów.

Ten dzień jednak miał być długi.

Na stronie Hotelu "Maison" podane jest dokładne położenie. Na wszelki wypadek zapisuję sobie też adres w komórce. Czyli jest super. POZORY! Wjeżdżamy do miasta, GPS każe skręcić w lewo, a po 200 metrach mówi, że jesteśmy na miejscu. Hm...
No nic. Zapytam, gdzie jest ten hotel. Nie uwierzycie, ale oboje na śmierć zapomnieliśmy nazwy naszego hotelu. Gdzie to ja mam zapisaną nazwę... W komórce! NIE MA!!!!!
W tym momencie przypomniałem sobie, że poprzedniego wieczora czyściłem pocztę i inne wiadomości. No i notka z nazwą poszła się czochrać. Ale nic to. Przecież mam adres hotelu. Ano miałem, tylko Grecy za Chiny nie rozumieli co do nich mówię.
Jeden w końcu skumał, że chodzi mi o jakiś hotel i zaczął machać ręką "w tę stronę". Poszedłem. Docieram do głównej drogi i widzę Hotel "Chalkidona". Z otuchą wchodzę do recepcji, bo tam pewnie ktoś zna angielski. I tak było. Szalenie miła pani najpierw zapytała, o który hotel mi chodzi. Trochę się zdziwiła, gdy powiedziałem, że nie pamiętam i nie zapisałem. Dowiedziałem się, że w Chalkidonie są trzy hotele. Niestety żadna z nazw mi się nie kojarzyła. Poprosiłem panią, żeby pozwoliła mi skorzystać z neta i zaglądnąć na booking.com. Nie było żadnych problemów.

Błyskawicznie znalazłem interesujący mnie hotel. Przy okazji rozwiązała się zagadka, dlaczego nie skojarzyłem wcześniej nazwy. Pani nazwę hotelu wymawiała z francuska - "mezą", a ja z angielska, czy jakoś tak, czyli "mejson". :)
Pytam kobiety, jak dojechać do hotelu. Wyprowadziła mnie na zewnątrz, pokazała sygnalizację na skrzyżowaniu, kazała skręcić w prawo, pojechać 500 metrów i tyle. Kochana kobieta!

Cały w skowronkach wracam do samochodu, zawracam, skręcam, jadę ten kawałek i faktycznie widzę nasz hotel. Obok nawet stacja BP. Od razu zajeżdżam pod dystrybutor, to Strzała popiskuje, że już tuż, tuż...
Czekam, czekam... Nic się nie dzieje. Wysiadam, idę do gości na zapleczu i pytam o pompiarza. Dowiaduję się, że dziś nieczynne, a jutro mało prawdopodobne.
Na szczęście koło hotelu "Chalkidona" widziałem kolejne BP, więc problemu nie ma.

Kwaterujemy się w hotelu. Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni standardem. Nawet basen był do dyspozycji. I to czynny. A cena? 40E ze śniadaniem w formie szwedzkiego bufetu. I Wi-Fi było. Cudo nie hotel.
Basia rozpakowuje klamoty, a ja jadę zatankować. Jednak ten olej z EKO był trochę dziwny. Spalanie wyszło mi 6,5 l/100 km. Nigdy więcej tam nie zatankuję.

Noc mija szybko i wygodnie. Rano, po smacznym śniadaniu, wyruszamy w dalszą drogę. Bez przeszkód "gnamy" przez Macedonię. Ponieważ mam pełen bak paliwa, to planuję przed granicą serbską dotankować.
Im bliżej granicy z Serbią, tym stacje ładniejsze. To taka ciekawostka. Zatrzymuje się i proszę do pełna. Eurodiesla. Pierwsze wybicie po 11 litrach. Gość patrzy na mnie z uwagą, a ja zachęcająco i z dumą (230 km) kiwam głową, żeby lał dalej. Dolał 10 litrów. Z taką ilością paliwa nie potrzebowałem tankować w Serbii.

Granicę przekraczamy bez problemu. Chcemy natomiast uniknąć przejazdu przez Belgrad, więc rezerwując spanie w Mohaczu postanawiamy skorzystać z "obleznicy" Belgradu. Na którejś stacji upewniam się czy obwodnica jest czynna. Dowiaduję się, że jest i jest "very good".
Nie jest źle. Co prawda pierwszych kilka kilometrów to zwykła droga, ale potem jest już tylko lepiej. Pewnym horrorem okazał się jedynie wjazd do nowego, totalnie ciemnego, tunelu. Kontrast był taki, że pomimo włączonych świateł, miałem wrażenie jazdy po omacku. Basia to nawet zaczęła się zastanawiać, czy jedziemy dobrą drogą.

Autostrada w kierunku Zagrzebia jest nowa. Jest super!!!! Żadnych dziur! Tak to można jechać. Szybko przez granicę i jesteśmy w Chorwacji, jak to mówi Basia, prawie w domu. Pierwsza bramka, bilet i jazda. Monotonna :)
Fajnie było na zjeździe, bo pan "bramkarz", gdy zobaczył naszą rejestrację to resztę wydał nam w złotówkach. Cały jeden złoty. A jaki był z siebie dumny!
W pewnym momencie dzwoni telefon. Numer nieznany. Odbieram, a tu dzwonią do mnie z "panzio" w Mohaczu i pytają kiedy będziemy. Wzruszające.

Granica z Węgrami.
Tu pierwsze zaskoczenie, czyli wbity stempel przez chorwackiego celnika. Jakoś nam się dotychczas udawało bez. Potem krótka kolejka na węgierskiej części. I tu kolejna horrora. Celnik powiedział mi "stop endżin" i pyta czy nie przewożę alkoholu. Mówię, że piwo, ale tylko 8 sztuk i małe pojemności... Celnika na szczęście interesuje "vodka". Patrzę na niego trochę zdezorientowany, bo miałbym do kraju przemycać wódkę?? Drzewo do lasu?
Mówię, że nie mam i nadal coś bredzę o tym nieszczęsnym piwie. Czułem się prawie, jak przemytnik. Gość każe mi otworzyć bagażnik, a potem lodówkę.

Kilka minut wcześniej, gdy w ten sposób kontrolowano busa, zauważyłem, że celnika nie interesowało wnętrze bagażnika, tylko zachowanie kierowcy. Jako, że nie miałem nic na sumieniu spokojnie otwarłem jedno i drugie, gość powiedział OK, dostaliśmy kolejny stempel i jedziemy dalej.

Tym razem GPS zawiózł nas na peryferie Mohacza. Nie wiem co mu się porobiło. Upadł i się uszkodził? Tym razem jednak byłem przygotowany. Zacząłem pytać o drogę i chociaż Węgrzy mają kłopoty z angielskim (nemtude), to w końcu trafiliśmy do naszej noclegowni. Była w ścisłym centrum miasta.

Obrazek
Zielony szyld z prawej strony to nasze panzio

Parkuję na podwórku witam się z gospodarzem. Gość pyta czy znam niemiecki lub włoski? Ja na to, że nie, ale mogę po angielsku lub rosyjsku (jak się okazało, przez telefon rozmawiała ze mną córka szefa). Pomimo tych barier językowych "dokupiłem" śniadanie (warto było) i dowiedziałem się, że najlepsze lokalne wino mają w knajpce w tym samym budynku. Było takie sobie, ale kudy mu do Tokaja Aszu 6p...

Sam Mohacz to miłe miasto. Według gospodarza ma jedynie 2000 mieszkańców.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Rynek jest imponujący.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I poświęcony najważniejszemu wydarzeniu w historii tego miasta, czyli bitwie pod Mohaczem.

Obrazek

Obrazek

Dodatkowo niedaleko jest międzynarodowa ścieżka rowerowa prowadząca wzdłuż Dunaju. Może kiedyś... (rozmarzyłem się).

Standard pensjonatu nie jest tak imponujący, jak w Chalkidonie, ale jest przywozicie. Tradycyjnie uderzamy w kimono i nie ruszamy się aż do rana.
Rano śniadanie (szwedzki bufet). Przepyszne!

Ruszamy do domu.

Nie licząc koszmarnego oznakowania słowackich dróg, było fajnie. Symboliczne przejście drogowe w Koniecznej. Symbolika polegała na tym, że droga do granicy (ostatni kilometr) składała się głównie z żużla wypełniającego imponujące dziury, a po drugiej stronie czekała nas malownicza droga z doskonałym asfaltem. Gdzie te czasy, gdy Słowacja miała lepsze drogi niż my? Może tak jest bliżej Bratysławy?

Na koniec kilka liczb.
Dystans: 4950 km
Średnie spalanie: 5,5 l/100 km
Koszt wyprawy: 5800 zł

I to by było na tyle
piter83pl
Cromaniak
Posty: 651
Dołączył(a): 16.07.2009

Nieprzeczytany postnapisał(a) piter83pl » 24.11.2011 00:23

Co do zwiększenia spalania, to ja bym raczej nie obstawiał paliwa. Ja miałem taki przypadek po tankowaniu w Albanii... zauważyłem że mi szybko schodzi paliwo, jednak potem wróciło to do normy - czasem wiatr, droga biegnąca niezauważalnie w górę czy trochę szybsza jazda potrafią zwiększyć spalanie. Złe paliwo to poważniejsze problemy, szczególnie z układem wtryskowym.

Fajna wycieczka i fajny luz w trasie :) a na granicy węgierskiej to wszyscy otwierają bagażniki - granica unijna i taki jest prikaz :)

Podoba mi się ten piasek "bałtycki", trochę to przypomina Bułgarię :)

Autostrady w Serbii są moimi ulubionymi - bardzo fajnie się nimi jeździ, a objazd Belgradu ujdzie :)

Pozdrawiam
maslinka
Cromaniak
Avatar użytkownika
Posty: 9915
Dołączył(a): 02.08.2008

Nieprzeczytany postnapisał(a) maslinka » 24.11.2011 11:11

Świetna relacja, piękne zdjęcia!

Grecja zajmuje coraz więcej miejsca w moich myślach, planach... :D
kato
Croentuzjasta
Posty: 187
Dołączył(a): 29.09.2005

Nieprzeczytany postnapisał(a) kato » 24.11.2011 12:14

Dziękuję :)
Poprzednia stronaNastępna strona

Powrót do Jak nie Chorwacja to ... ???



Elafonissos - Grecja - strona 2
Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się
Chorwacja Online
[ reklama ]    [ kontakt ]

Serwis Cro.pl Chorwacja Online wykorzystuje cookies do prawidłowego działania, te pliki gromadzą na Twoim komputerze dane ułatwiające korzystanie z serwisu; więcej informacji w polityce prywatności.

Redakcja serwisu Cro.pl Chorwacja Online nie odpowiada za treści zamieszczone przez użytkowników. Korzystanie z serwisu oznacza akceptację regulaminu. Forum wykorzystuje oprogramowanie M 2.0. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjny. Cro.pl nie reprezentuje interesów żadnego biura podróży, nie zajmuje się organizacją imprez turystycznych oraz nie odpowiada za treść zamieszczonych reklam.

chorwacja online - cro.pl 1999-2017